Ai Weiwei nie daje o sobie zapomnieć. Szczególnie chińskim władzom, które – pomimo wypuszczenia artysty z tajnego więzienia – nie pozwalają mu na wyjazd z Chin. Ze złotej klatki swojej pekińskiej pracowni Ai Weiwei rozlicza się tym razem z jednymi z najciemniejszych doświadczeń swego życia – trwającym 81 dni „aresztem” (cudzysłów wynika z faktu, że formalnie aresztowany nie został – przetrzymywano go bez wyraźnej podstawy prawnej). Jak sam mówi, nagrany przez siebie teledysk traktuje jako terapię, ale uczestniczymy w niej także my, widzowie.

Kiedy w kwietniu 2011 roku Ai Weiwei dosłownie „zniknął” z lotniska w Pekinie, skąd miał odlecieć do Hongkongu, informacja o tym zdarzeniu trafiła na czołówki mediów na całym świecie. Zaginął bowiem nie tylko czołowy chiński artysta, ale przede wszystkim jeden z niewielu Chińczyków, którzy mają odwagę nieustannie podejmować z władzą dialog na niewygodne dla tejże tematy. Po 81 dniach niespodziewanie został wypuszczony. Z zakazem wyjazdu z kraju i rozmawiania o tym, co wydarzyło się podczas tych nieomal trzech tajemniczych miesięcy.

Władze oficjalnie oskarżają artystę o uchylanie się od płacenia podatków, co w chińskim kontekście brzmi nieomal humorystycznie. Uwięzienie Ai Weiwei’a i potężna grzywna, jaką na niego nałożono, dowodzą jednak, że nie chodzi o żart.

Po dwóch latach od uwolnienia Ai Weiwei przełamuje milczenie, a traumę aresztu przetwarza w charakterystyczny dla siebie sposób – szokując i prowokując do pytań. Tym razem debiutuje w roli piosenkarza w utworze „Dureń”, w którym to śpiew zdecydowanie schodzi na dalszy plan. Teledysk „Durnia” to przetworzony przez wrażliwość artysty zapis 81 dni spędzonych w odosobnieniu. Polewanie wodą przypominające „waterboarding”, nieustanna obecność funkcjonariuszy, nawet przy wykonywaniu najbardziej intymnych czynności – takie sceny można obejrzeć w teledysku, który jest zapowiedzią heavymetalowego krążka. Ai Weiwei mówi, że jego najnowszy projekt to po trosze terapia, dzięki której przezwyciężyć chce koszmary, z którymi zmaga się od czasu powrotu z aresztu. W tej publicznej terapii dużą rolę odgrywa jednak publiczność.

„Durnia” równie trudno słuchać, co i oglądać, wiedząc, że pokazane w teledysku traumatyczne sceny oparte są na autentycznych doświadczeniach, które odcisnęły na artyście głębokie piętno. Tekst piosenki jest zaś tak przesycony wulgaryzmami, że moi koledzy z amerykańskich mediów musieli bardzo skrupulatnie dobierać fragmenty do reportaży radiowych, w obawie przed protestami chińskiej diaspory po emisji „Durnia” w Stanach Zjednoczonych. Sam tytuł oddaję tu zresztą za złagodzoną wersją angielską (Dumbass), gdyż chiński oryginał jest lekko jedynie zawoalowanym przekleństwem dużo cięższego kalibru.

Moim zdaniem, Ai Weiwei z upiorami własnej przeszłości poradził sobie już dawno. Teraz w roli terapeuty stawia zaś każdego, kto zetknie się z jego najnowszym dziełem. To od każdego z nas będzie zależała diagnoza i forma terapii.

W teledysku znalazła się scena golenia głowy maszynką elektryczną. Czupryny pozbawia tu Ai Weiwei’a jego jedyny syn. Zakładam, że w areszcie był to któryś ze strażników. Jesienią ubiegłego roku Ai opowiadał mi o tym, jak posiadanie dziecka zmieniło jego stosunek do świata. Być może odpowiedzialność za najbliższych wyznacza granice jego prowokacji. Jedyne momenty, w których widziałem na jego twarzy wzruszenie, następowały wtedy, kiedy opowiadał o synu i o tym, jak podczas pobytu w zamknięciu martwił się o swoją matkę. Martwił się, czy po raz kolejny – po doświadczeniach z lat 50. i 60. – będzie miała ona siłę stawić czoła wielkiej polityce, brutalnie wdzierającej się do jej życia. Każdemu, kto w jakikolwiek sposób wspierał matkę artysty w ciągu tych 81 dni niepewności, ta dziękowała za pomocą porcelanowych ziaren słonecznika wymyślonych przez jej syna (kilka milionów takich ziaren wysypano swego czasu w Tate Modern w Londynie).

Ai Weiwei znalazł się teraz w trudnej sytuacji. Z pozoru prowadzi normalne życie. Na tyle „normalne”, że może zaangażować się w projekt pokazujący to, co spotkało go w trakcie aresztu. To jednak tylko pozory, bo w gruncie rzeczy jest najbardziej znanym więźniem Pekinu. Dla Ai Weiwei’a zamknięcie w granicach chińskiej stolicy zaczyna być równie dokuczliwe jak areszt.

Przez lata Ai Weiwei wyspecjalizował się w narodowym sporcie Chińczyków – ping-pongu. Czasami piłeczkę serwują władze, częściej on sam. Za każdym razem jednak Ai odbija ją tak, że nawet gdyby po drugiej stronie stołu stał on sam,  nie byłby w stanie wygrać tego pojedynku.

Późną wiosną ubiegłego roku spotkaliśmy się w pekińskiej dzielnicy artystycznej Caochangdi przy okazji zainstalowania przed jego pracownią przez lokalne biuro bezpieczeństwa systemu monitoringu okolicy posesji, na której pracownia się znajduje. Na odpowiedź artysty nie trzeba było długo czekać. Ai postanowił wyręczyć władze i zainstalował kamery w swojej pracowni, skąd śledzić go mogli na żywo w internecie ludzie pod każdą szerokością geograficzną, a nie tylko chińskie władze. I tym razem nie popisały się one jednak poczuciem humoru i po niespełna dwóch dobach artysta zmuszony został do wyłączenia 15 kamer. Magazyn „Time” umieścił go na liście 100 najbardziej wpływowych osobistości świata, a on przekonywał mnie wówczas, że wszystko co robi, robi z bezsilności.

Z powodu bezsilności rodziców, którzy stracili swoje jedyne dzieci, Ai Weiwei zaangażował się w zbieranie informacji o najmłodszych ofiarach trzęsienia ziemi w Syczuanie. W maju 2008 roku, kiedy to potężne wstrząsy zaledwie kołysały wzniesionymi w latach 60. ubiegłego stulecia budynkami, te wybudowane w ostatnim dziesięcioleciu składały się jak domki z kart. Wśród nich było wiele szkół – zbyt wiele, a na pewno wystarczająco dużo, aby temat ten stał się dla władz drażliwy. Uciszano wszystkich, którzy chcieli dochodzić prawdy, nawet zrozpaczonych rodziców. Ai Weiwei zaczął z pomocą wolontariuszy gromadzić informacje o faktycznej liczbie uczniów, którzy zginęli pod gruzami zawalonych budynków szkolnych, spisywać ich imiona i nazwiska, informacje o wieku i inne szczegóły. Doliczył się ponad pięciu tysięcy, sprowadzając przy okazji na siebie gniew władzy. Za swoją akcję zapłacił też zdrowiem – po uderzeniu w głowę przez jednego z policjantów w Chengdu musiał przejść operację.

„Never Sorry” to tytuł poświęconego Ai Weiwei’owi filmu dokumentalnego, na którego oficjalnym plakacie widnieje jedna z prac artysty z serii „Studium perspektywy”. Ai wyciąga na nich środkowy palec m.in. w stronę Bramy Niebiańskiego Spokoju. „Mówiąc ‘never sorry’ mam na myśli to, że nigdy się nie poddam” – wyjaśnia. Ai Weiwei nie lubi kategoryzowania, ale sam wpadł w jego pułapkę, bo paleta jego barw składa się nie tylko z jaskrawości chińskiego życia, ale i szarości chińskiej polityki. Jego nazwisko stało się marką – nie tylko artystyczną. „Myślę, że moje nazwisko stało się w Chinach przede wszystkim symbolem indywidualizmu, silnej motywacji, pasji, a w pewnym sensie głupoty i wolności słowa. Głównie symbolem mówienia tego, co się myśli, i poszukiwania prawdy” – ocenia sam zainteresowany.

Premiera płyty, której zapowiedzią jest singiel „Dureń”, planowana jest na 22 czerwca, w kolejną rocznicę tajemniczego uwolnienia Ai Weiwei’a.



Jeden Komentarz

  1. Przew. mówi:

    Nawiązując nieco do tematu. Trafiłam niedawno na taki oto filmik: http://www.youtube.com/watch?v=wgJuNnsy510&feature=player_embedded

    Opis poniżej ze strony: http://www.nytimes.com/interactive/2011/10/30/magazine/26mag-chinese-animations.html?ref=internetcensorship&_r=0

    „Spurred by the detention of the artist and government critic Ai Weiwei in April, Pi San created this satirical animation as a tribute to Ai — and, more broadly, as an indictment of the corrosive effects of censorship on society, on language itself. A masterpiece of comic subterfuge, the animation refers to Ai not by name but mainly through the subject of one of his most famous solo exhibitions: the 100 million porcelain sunflower seeds he laid out across the floor of the Tate Modern in 2010.

    (The Chinese character for Kuang Kuang’s exasperated sigh, “ai,” (哎) also happens to be just a few brush strokes away from Ai’s surname (艾).)”

Skomentuj