Lekcje chińskiego

Lekcja 3. Brud i miód

Widzieliście to na pewno nie raz: wielkie, wypielęgnowane ostrze na końcu małego palca. Inne paznokcie u dłoni pozostają normalnej długości, ale ten jeden wyjątkowy odstaje okrutnie na kilka centymetrów, niczym szpon wampira w filmie klasy B. Od czasu do czasu ostrze ląduje w uchu, a jego właściciel kręci metodycznie paluszkiem to w jedną, to w drugą stronę.

Wreszcie wyciąga paznokieć z otworu i niedbale strzepuje urobek wprost pod nogi. Niezależnie od tego, czy jest na ulicy, w metrze, czy w pociągu. I nie tylko w Chinach – największy taki pazur miałem okazję podziwiać u pewnego kambodżańskiego pogranicznika, kiedy przez pół godziny kontemplowałmój polski paszport, czyszcząc przy okazji jamę uszną.

Niedawno Katarzyna Pawlak pisała w Na Temat Chin o zachowaniach chińskich turystów, które rażą tubylców w krajach przyjmujących, takich jak Polska. Dłubanie w uchu za pomocą higienicznego szponu to z pewnością jeden z najbardziej hardkorowych przypadków, które zniesmaczają laołajów w Chinach i beyond.Internet pełen jest opisów obrzydzenia, ale jeżeli spojrzymy na ten problem w szerszym kontekście, to możemy braci Chińczyków zrozumieć i zdobyć się na nieco więcej tolerancji.

Paznokieć Drakuli

Zjawisko „wampirzego paznokcia”postrzegałem długo w kategoriach najzwyklejszejkulturowej niekompatybilności i próbowałem neutralizować absmak, tłumacząc je sobie jako przaśny przejaw chińskiego praktycyzmu. To przecież oczywiste, że osobnik wyposażony w superpaznokieć może natychmiast usunąć wszelkie swędzenia i szumy, co czyni jego życie przyjemniejszym. Wystarczy, że utrzyma przyrząd w czystości, a nie będzie musiał wprowadzać do jamy usznej żadnych potencjalnie groźnych ciał ani substancji obcych, w rodzaju wacików czy płynów czyszczących, oszczędzając sobie wydatku i fatygi. A przecież pazur znajduje jeszcze więcej zastosowań: można nim podłubać w nosie, między zębami i w innych zakamarkach.

Długi paznokieć może dodatkowo pełnić tę samą funkcję, co pawi ogon, czyli imponuje kobietom. Utrudnia życie, bo łatwo go złamać, ale dzięki swej kruchości manifestuje społeczny status właściciela, który nie musi się parać pracą fizyczną. Opazurzeni bywają ludzie półświatka, interesu czy też urzędnicy, którzy łączą przyjemne z pożytecznym, bo ozdoba przydaje się jako nożyk do papieru. W tym celu można zresztą wyhodować sobie inne paznokcie, np. u kciuka, a są też i tacy, którzy zapuszczają ostrza u wszystkich palców jednej, czy nawet obu dłoni. Tak właśnie postępowali Mandżurowie, którzy opanowali Chiny w XVII wieku. Wśród mandżurskiej arystokracji pazury zapuszczały obie płcie, czasem na pięć, dziesięć i więcej centymetrów. W muzeach można podziwiać nawet zdobne ochraniacze na długie paznokcie, należące do takich znakomitości, jak cesarzowa-regentka Cixi. A że za czasów dynastii Qing zwyczaje arystokracji były kopiowane przez coraz niższe warstwy chińskiego społeczeństwa, chińscy kulisi zaczęli z czasem hodować wampirze pazury.

I tak oto patrzyłem na chińskie pazury przez pryzmat historii i socjologii, co podszeptywał zdrowy rozsądek, niczym Lemowski Wuch w przygodach Automateusza. Podszeptywał i podszeptywał, aż niespodziewanie przeczytałem o pewnej różnicy genetycznej, która odróżnia Azjatów oraz rdzennych

Amerykanów od innych wariantówhomines sapientes. Odmienność DNA sprawia, że: (1) Azjaci i rdzenni Amerykanie mniej się pocą (dlatego sami uważają często, że nieumyci biali zwyczajnie śmierdzą); (2) w ich uszach zamiast lepkiej i płynnej woskowiny wydziela się substancja sucha, coś w rodzaju wosku. Mokry „miodek” pojawia się zaledwie u 4-7 proc. Chińczyków (u Europejczyków w 60-70 proc., u Afrykanów – w 99 proc.),toteż w języku chińskim wydzielina ta nosi nazwę „usznego brudu” (耳垢, ergou). A brud, jak to brud, trzeba czasem proaktywnie usunąć, bo sam nie raczy wypłynąć. I dlatego właśnie historia prozaicznych patyczków do uszu, jakie znajdziemy dziś w każdej polskiej łazience, zaczyna się w Chinach w okresie dynastii Shang, czyli jakieś 1300 lat p.n.e. Jak ustaliła archeologia, Chińczycy wykonywali tego typu przyrządy od wieków z nefrytu, kości słoniowej, drewna, srebra i tak dalej, a nazywali je m.in. „łyżkami do dłubania w uchu” (挖耳勺, wa er shao).

Tak chciałaMatka Natura, a w zasadzie – ewolucja. Przypuszcza się, że rasa żółta (tak, wiem, to brzydki, archaiczny i nieprecyzyjny termin) dostosowała się po prostu do ekstremów klimatu Azji Wschodniej: od chłodów Syberii po południowochińskie upały. O tym, że zredukowana potliwość (a wraz z nią zredukowana wilgotność woskowiny usznej) to wspaniałe dostosowanie, mogłem się przekonać na własnej skórze mieszkając w Szanghaju. Od połowy czerwca do końca września upał jest tu taki, że spodnie od garnituru muszę oddawać do prania co tydzień, bo na pasku i wzdłuż szwów pojawiają się białe zacieki – to sól, która wytrąca się z parującego potu. W przeciwieństwie do chińskich kolegów, pocę się niczym butelka zimnego piwa wyciągnięta z lodówki.

Inne ewolucyjne modyfikacje tego typu występujące wśród Azjatów to nieco grubsza warstwa tłuszczyku pod skórą, która lepiej chroni przed zimnem, jak i przed upałem (pomarszczone przekwitające Europejki mogą jej pozazdrościć chińskim babciom, które nierzadko cieszą się cerą podlotków), a także tłuściutkie powieki, osłaniające oczy (o tym później).

Odkrycie, iż za różnicami kulturowymi, wzbudzającymi tak żywe emocje i dyskusje, kryją się fizyczneodmienności warunkowane genetycznie, jest w istocie fascynujące. Oczywiście, inne turystyczne ekscesy opisane przez Kasię należałoby tłumaczyć raczej na gruncie historii najnowszej, ale myślę, że perspektywa biologiczna jest oświecająca i warto przy niej pozostać. Oto trzy ciekawe przykłady.

Przykład 1. Kto pije mleko…

Żołądek każdego zdrowego oseska na świecie jest w stanie trawić laktozę – cukier, który występuje w mleku ssaków. W ludzkim – w wyjątkowo dużym stężeniu. Jego trawienie uławia enzym (laktaza), którego produkcja dramatycznie spada u większościmałych ludzi po odstawieniu od piersi, podobnie zresztą jak u innych ssaków. Ale w trzewiach ok. 80 proc. Indusów czy Europejczyków laktaza jest produkowanaw dużych ilościachtakże w dorosłym życiu. Mutacje, które za to odpowiadają, pojawiły się być może w Turcji, jakieś 20 do 2 tys. lat temu, a następnie rozpowszechniły wraz z kulturą hodowli krów.

W Europie Północnej, np. wśród Holendrów, nie trawi laktozy tylko 1 proc. populacji, a wśród Duńczyków – 4proc. Pomógł klimat. Dzięki niskiej temperaturze, spożywano na ogół mleko świeże, o wysokiej zawartości laktozy, i przypuszczalnie dzięki temu pojawiły się mutacje ułatwiające jej trawienie długo po okresie dzieciństwa. W ciepłym klimacie mleko szybko się zsiada, dzięki zawartym w nim bakteriom, które lubią ciepełko i pracują wtedy wydajniej, rozkładając przy okazji część laktozy.Ulubionym mlecznym dodatkiem do posiłku Indusa, Persa czy Turka jest raczej jogurt niż świeże mleko, a wśród mieszkańców Sycylii, gdzie jest gorąco i gdzie krów raczejnie zbywa (na skały trudno jest je wypędzić), nietolerancja laktozy sięga 71 proc.

Dla Chińczyków – nietolerancja laktozy sięga w ich przypadku aż 95 proc. populacji! – świeże mleko od krowy będzie idealnym przepisem na długą wyprawę tam, dokąd nawet król chadza piechotą. Z dodatkowymi objawami w postaci bolesnych kolek oraz zwiększonej emisji gazów jelitowych, produkowanych przez bakterie marki Danone, którepo przejściu treści pokarmowych przez żołądekbiorą się za niestrawiony cukier. Nic dziwnego, że Chińczycy odkrywają mleczną kulturę Zachodu dopiero od niedawna, dzięki rozwojowi przemysłu spożywczego, który stosuje mleko UHT,czyli pasteryzowane. Chińska tradycja ceni natomiast mleko sojowe, które jest obowiązkowym dodatkiem do śniadania w południowych częściach kraju, np. w Kantonie. Z tego mleka robi się również ser – tofu.

Mleczne krowy były w Chinach raczej nieznane, co zaowocowało ciekawymi różnicami w kulturze i języku. Na przykład jednym z ulubionych motywów rustykalnych w chińskim malarstwie jest chłopiec jadący na wołu, bo bawoły wodne były szeroko rozpowszechnione – zwierząttych używano do prac polowych. W języku chińskim nie ma określenia „głupia krowa”, które przemawia do wyobraźni każdego, kto miał kiedykolwiek okazję gnać mleczne krowy na pastwisko. Słowo  niu(牛, oznaczające wszelkie rodzaje bydła, łącznie z jakami i bawołami wodnymi) ma raczej pozytywne konotacje, związane z siłą i wytrwałością. Kilka lat temu określenie 最牛(zui niu, można je przetłumaczyć na polski: „po byku!”) zrobiło furorę w slangu młodzieżowym, tak jak np. w polskim słowo „zakręcony”.

Przykład 2. Powieka, która wreszcie drgnęła

Wróćmy teraz do oczu, tych tak zwanych „skośnych”. W ich przypadku mamy do czynienia ze zjawiskiem wspak: to nie kultura dopasowuje się do biologii (jak w przypadku dłubania w uchu czy tolerancji na mleko), lecz sami ludzie poprawiają biologię, żeby dopasować się do wymogów nowoczesnej, wielkomiejskiej kultury w stylu zachodnim.

Z jakichś powodów w Polsce utrzymuje się przekonanie, że Chińczycy mają oczy „skośne”, choć w istocie po zamknięciu powiek szparki ich oczu są zazwyczaj idealnie równoległe (skośne bywają oczy np. u Mongołów). To dziwne, że nie znalazł się nikt, kto by odpowiednie dał rzeczy słowo. Spieszę donieść, iż w języku chińskim występuje rozróżnienie pomiędzy „powieką pojedynczą” (单眼皮, dan yanpi) i „podwójną” (双眼皮, shuang yanpi). Przygniatająca większość Chińczyków ma oczywiście powiekę pojedynczą i wiadomo, że jest to cecha recesywna. Innymi słowy, dziecko rodziców o odmiennych rodzajach powiek, przykładowo Chinki i Polaka, będzie miało powiekę podwójną, bo taka cecha jest genetycznie dominująca.

Oczywiście, obecny światowy wzorzec piękna faworyzuje ludzi o powiece podwójnej, z cienką skórką ściśle przylegającą do gałki ocznej i z zagłębieniem poniżej brwi. Takie oczy, z migającą dramatycznie powieką, są w stanie wyrazić więcej uczucia, wydają się żywsze i większe. Takimi oczami błyskają do nas nowe gwiazdy chińskiego kina i estrady. Nie sądzę, by wszystkieone odziedziczyły podwójną powiekę po swych rodzicach. W większości przypadków artyści poddali się odpowiedniemu zabiegowi chirurgii plastycznej (双眼皮手术, shuang yanpi shoushu), który w azjatyckim show-businessie jest po prostu obowiązkowy i który z gwiazd promieniuje na „prostaczków”. W Korei Południowej poddaje się temu zabiegowi znaczna część społeczeństwa, bo tam podwójna powieka oznacza lepszą pracę i fajniejszych przyjaciół. W Chinach gorączka chirurgii plastycznej właśnie się zaczęła i wywołuje podobne skutki. Kto (jeszcze) nie zdążył oddać swych powiek w ręce chirurga plastycznego, może skorzystać z rozwiązania tymczasowego – w bodaj każdej telewizyjnej makijażowni w Chinach jest na stanie… taśma klejąca, z której wycina się maleńkie kawałki służące do sfingowania podwójnej powieki.

To smutne, ale za m.in. za sprawą podwójnej powieki, Chińczycy – oraz ich sąsiedzi – powszechnie uważają, że biali ludzie są ładniejsi, a już szczególnie – białe dzieci. Kto podróżował po Chinach z dzieciakami, ten wie, że w miejscach nawiedzanych przez rzesze turystów aż trudno się opędzić od domorosłych fotografów, wśród których prym wiodą panie w średnim wieku, uzbrojone w iPhone’y. Czasem pytam je, po co im takie zdjęcie, a one zawsze odpowiadają, że białe dzieci są 这么可爱 (zheme ke’ai, „takie słodkie”)! Niektóre dodają, że chińskie dzieci nie są takie ładne, z czym się osobiście nie zgadzam.

Dzieci jak dzieci – wszystkie są piękne, a przykre zjawisko „cudze chwalicie, swego nie znacie” w kontekście białych i czarnych opisuje Elliot Aronson w swoim słynnym wykładzie psychologii społecznej, podając przykład czarnych dziewczynek bawiących się białymi lalkami. W Chinach najbardziej pożądane lalki również przypominają zazwyczaj białe kobiety (wiem, bo zwiedziłem z córką niejeden sklep i bazar). Moim skromnym zdaniem, skoro już chiński rząd reguluje w krajowej popkulturze zawartość takich treści jak pornografia czy podróże w czasie, to w pierwszej kolejności powinien zabrać się za lalki. No chyba, że chce napędzić klientek chirurgom plastycznym operującym seryjnie powieki, nie wspominając o producentach wybielających maści do skóry. I taśmy klejącej.

Przykład 3. Kultura octowa (醋文化, cu wenhua)

Z powodu uwarunkowań biologicznych Chińczycy inaczej reagują na alkohol i maja odmienną kulturę picia. Na ogół zakąszają, nawet do piwa, zaś osobników snujących się po ulicach z oznakami „wstawienia” praktycznie się nie widuje. Cóż, Chińczykom znaczniej trudniej osiągnąć przyjemny i długotrwały stan upojenia alkoholowego. Nie piją tak namiętnie, jak ludzie Zachodu, i według powszechnego przekonania, mają słabe głowy. W rzeczywistości jest jednakdokładnie na odwrót, o czym wie każdy, kto się mierzył z Chińczykami przy stole. Niektórzy potrafią wlać w siebie pokaźne ilości trunku i zachować przy tym twarz pokerzysty oraz trzeźwy umysł.

Wątroba typowego Chińczyka (i Koreańczyka)błyskawicznieprzetwarza alkohol etylowy w aldehyd octowy za sprawą wariantu genu ADH1C, który występuje niemal w całej miejscowejpopulacji.Wariantów odpowiada za powstawanie bardzo wydajnej odmiany enzymu (dehydrogenazy alkoholowej), który pozbawia nosiciela znacznej części przyjemności z konsumpcji.A dalej jest jeszcze gorzej: powstały aldehyd octowy jestjuż rozkładany znacznie wolniej, za co z kolei odpowiadagen ALDH2, który w wersji rozpowszechnionej w Chinach koduje w DNA mitochondrialnym mało wydają odmianę dehydrogenazy aldehydowej. W efekcie aldehydrozlewa się szeroko po organizmie, poszerzając naczynia włosowate, co wywołuje często charakterystyczny rumień na twarzy (红脸,hong lian – fachowo: 酒精性脸红反应,jiujingxing lian hong fanying, a po angielsku: Asian glow albo Asian flush). Na obliczu i cieletakiego osobnika pojawiają się często czerwone plamy, czemu towarzyszy m.in. uczucie pieczenia w ustach. Osoby z takim genetycznym wyposażeniem nie tyle się upijają, co podtruwają, nierzadko przeżywając po obfitej libacjikaca-giganta. Zmusiło to tradycyjną medycynę chińską do wynalezienia szeregu lekarstw na tę przypadłość, otoczonych legendą i chętnie nabywanych przez Polaków odwiedzających Państwo Środka.

I tu znów kłania się ewolucja. Aldehyd octowy – sprawca kaca – jest najbardziej toksyczną z substancji w alkoholowym łańcuchu trawiennym: jest bardziej trujący od alkoholu, z którego powstaje, a także od kwasu octowego, na który przerabia go następnie nasza wątroba. Uczeni spekulują, że osoby z tendencją do wyższych koncentracji aldehydu octowego w organizmie mogły być lepiej przystosowane do realiów prachińskiej i starochińskiej gospodarki. Były one bowiem bardziej odporne na pasożyty wnikające do ustroju poprzez kontakt z wodą, przede wszystkim w centralnych i południowych Chinach, gdzie tradycyjnie dominowała uprawa ryżu. Wśród tych pasożytów znajdziemy m.in. pełzaka czerwonki, zwanego potocznie „amebą”. Innymi słowy, takie geny sprawiały, że ich posiadacze opierali się atakowi ameby i rzadziej umierali, przez co przekazywali swoje dziedzictwo genetyczne kolejnym pokoleniom. Zaś nieuprzywilejowani genetycznie wygrywali w kontakcie z amebą nagrodę Darwina. I jeśli nie chcą Państwo podzielić ich losu, to na wakacjach w tropiku unikajcie surowych potraw, np. świeżo mytych warzyw i owoców.

Oczywiście, aldehyd octowy trzeba było najpierw do organizmu wprowadzić, co by tłumaczyło, czemu w chińskiej kuchni i tradycji tak wielką rolę odgrywa ocet ryżowy, dodawany obficie do potraw.Skoro alkohol nie leczy duszy chińskiej tak skutecznie jak chociażby duszy słowiańskiej, można się tu było skupić na prozdrowotnym meritum: w niektórych regionach Chin – np. w prowincji Shanxi (山西) – jako napój konsumowany jest właśnie… ocet. Prawdopodobnie Chińczycy zauważyli, że jego popijanie sprzyja zdrowiu i dłuższemu życiu.

Na zakończenie:w świetle powyższych wywodów, chciałem wysunąć hipotezę, że najsłynniejszy chiński poeta Li Bai (李白), autor niezrównanych utworów opiewających konsumpcję alkoholu (nazywany w chińskiej tradycji „Alkoholowym Mędrcem” – 酒仙, Jiu Xian), pozbawiony był wyżej wymienionych defektów genetycznych. Dlaczego? Ano z racji pochodzenia.

Zaciekła dyskusja na temat miejsca jego urodzenia pozostaje nierozstrzygnięta, ale najtęższe głowy (m.in. Guo Moruo), wnioskowały, iż miejsce to leżało poza Chinami, gdzieś w dzisiejszym Kazachstanie albo Kirgistanie. Według legendy, matka poety pochodziła z jakiegoś tureckiego ludu, a wybitny sinolog Chen Yinque (陈寅恪, 1890-1969) uważał, że Li należy zaliczyć doHuren (胡人), czyli ogólnie ludów środkowoazjatyckich. Niektórzy przypuszczają, że Li Bai wyglądem nie przypominał nawet Hana, że miał jasne włosy i niebieskie oczy. Mógł mieć zatem genotyp nietypowy jak na Chiny, a jego dzieło i życiorys wskazują, że upijał się swojsko, z iście ułańską fantazją i z „sercem alkoholowym”, jakie opiewał w wierszu „Śmierć poety”K.I. Gałczyński. Według tradycji, Li Bai utonął po pijaku, próbując pochwycić rękami odbicie Księżyca w wodzie.

Z okazji zbliżającego się Święta Środka Jesieni, kiedy to należy podziwiać Księżyc w pełni, pragnę zadedykować PT Czytelnikom słynny utwór wielkiego poety w przekładzie Jarka Zawadzkiego. Zapraszam do dyskusji w komentarzach na temat praktycznego znaczeniaróżnic biologicznych pomiędzy rozmaitymi wariantami człowieka myślącego.Oraz do refleksji na taki oto temat: czy tak wspaniały literacki obraz pijaństwa mógł powstać w umyśle ogarniętym aldehydem octowym?

 

Li Bo (tłum.  Jarosław Zawadzki)

„Picie do księżyca”

Wśród kwiatów siedzę z wina dzbanem w dłoni.

Nikt się nie dosiadł, no to sam się poję.

Unoszę kielich, Księżyc zapraszając,

A razem z Cieniem jesteśmy we troje.

Choć Księżyc, biedak, pić to nie potrafi,

Cień ślepo ruchy powtarza wciąż moje.

Chyba z Księżycem się zaprzyjaźnimy

I razem z Cieniem na umór spijemy.

Gdy śpiewam, Księżyc opętany skacze,

Gdy tańczę, Cień mój pląsa ze mną niemy.

Rankiem radością swą się podzielimy

I rozejdziemy się ku chwale wiecznej.

Pijani, znowu będziemy się błąkać

Bez końca gdzieś po ścieżkach drogi mlecznej.

月下独酌

李白

花间一壶酒,独酌无相亲。

举杯邀明月,对影成三人。

月既不解饮,影徒随我身。

暂伴月将影,行乐须及春。

我歌月徘徊,我舞影零乱。

醒时同交欢,醉后各分散。

永结无情游,相期邈云汉。



10 Komentarze

  1. mówi:

    Tak sobie myślę, że ten biedny Li Bai musiał być bardzo samotny pośród rzeszy niefantazyjnie upijających się Chińczyków.

  2. magda mówi:

    a ja kidys po pijaku snulam wywody o chinskich toaletach i gietkosci chinczykow i ich stawow wzgledem rasy czarnej i bialej i uslyszalam, ze to rasizm. niedlugo nie bedzie mozna swobodnie rozmawiac o roznicach miedzyrasowych…

  3. Magda Szczerbal mówi:

    do przykładu jeden: i jeszcze 牛逼;)

  4. NIE TE CHINY mówi:

    Na uszny brud mówi się też 耳屎, to bardziej potocznie jak 眼屎, 鼻屎, 拉屎.

    Jak ktoś mówi na wydzielinę z ucha 耳垢 to bardzo cywilizowanie, burżuazyjnie brzmi. :D

    Łyżka do dłubania w uchu jest genialnym wynalazkiem. Sam posiadam dwie sztuki i korzystam nałogowo, czyszczę ucho w pekińskim metrze. Zdjęcie łyżki i moje doświadczenia do poczytania na:
    http://nietechiny.weebly.com/chinski-sen-nie-dla-polakow.html

  5. Joanna Karmasz mówi:

    ‚(…)zaś osobników snujących się po ulicach z oznakami „wstawienia” praktycznie się nie widuje’

    oj to serdecznie zapraszam do Chengdu na moją ulicę pod blokiem, ‚wstawieni’ kręcą się już tłumnie od 12 w południe nie ustępując w niczym polskim pijaczkom spod sklepów ani w fazie wstawienia, ani w wybitnym poczuciu humoru :)

  6. Konrad Godlewski

    Konrad Godlewski mówi:

    @MŚ
    „On natchniony i młody był…” :)

    @Magda
    No właśnie. To tak jakbyśmy po polsku mówili „zajekrowiście”.

    @NIE TE CHINY
    Gratuluję. Proszę tylko uważać i nie sięgać zbyt głęboko.

    @Joanna
    Muszę w takim razie pojechać na badania terenowe do Chengdu, żeby zweryfikować swoje hipotezy.

  7. Joanna Karmasz mówi:

    Serdecznie zapraszam! Ja, po mieszkaniu ponad 2 lata w Szanghaju, w Chengdu odkrywam zupełnie inne Chiny i Chińczyków, którzy nie dość, że bywają wstawieni, to jeszcze mają dobre poczucie humoru i to nie tylko to po wlanych procentach :)

  8. Wiesław Pilch mówi:

    No i to mi się BARDZO PODOBA. Albo jeszcze bardziej. Tekst- oczywiście. Lubię teksty które mi wyjaśniają sprawy których nie rozumiem. I ten do nich należy.
    Zatem- DZIĘKUJĘ.

  9. Konrad Godlewski

    Konrad Godlewski mówi:

    Shanghaiist nas czyta :)

    No i okazuje się, że temat doczekał się pokaźnej literatury naukowej, np.:

    http://udel.edu/~mcdonald/mythearwax.html

Skomentuj