Dlaczego jest tak mało polskich firm w Chinach? Dlaczego polska prasa tak chętnie i łatwo zbywa Państwo Środka ogólnikami i stereotypami? Dlaczego nie potrafimy w pełni wykorzystać szans, jakie daje światu rozwój chińskiej gospodarki?

Tego rodzaju pytania od lat padają w środowisku sino-specjalistów. Zajmując się Chinami od 15 lat, wielokrotnie miałem okazję się przekonać, iż Polaków mówiących po chińsku, czy też prowadzących z Państwem Środka ożywione interesy, jest znacznie więcej niż ktokolwiek mógłby przypuszczać. Ciągle odkrywam rodaków pracujących w Chinach w międzynarodowych koncernach, utrzymujących własny zakład produkcyjny albo oferujących na miejscu usługi translatorskie. Znam śmiałków, którzy prowadzą w Chinach działalność tak zaskakującą, jak produkcja kiełbasy, sprzedaż gofrów, marketing tzw. wirtualnych przedmiotów z gier komputerowych czy wyrób nagrobków. Ale wobec skali interesów, jakie prowadzą w Chinach nasi partnerzy z UE, i tak ciągle jawimy się jako – mówiąc dobitnie językiem polskiej żulii – „małe miki”.

Z oczywistych powodów chcielibyśmy – chciałby niżej podpisany, cały zespół Natematchin.pl i pewnie czytelnicy tego tekstu – aby stosunki polsko-chińskie nabrały większej wagi. Marzyłoby się, żeby nasi politycy i przedsiębiorcy en masse mieli na temat drugiej gospodarki globu więcej do powiedzenia; żeby dostrzegali, iż współczesny świat nie kończy się na Unii Europejskiej, lecz zaczyna w Azji Wschodniej. Zaczyna nie tylko ze względu na linię zmiany daty (dzięki której Azja każdego dnia pierwsza na świecie wstaje z łóżka), lecz także ze względu na rosnącą rolę całego regionu. W powszechnym odczuciu sino-specjalistów, Polska nie jest w Azji Wschodniej zaangażowana w takim stopniu, w jakim pozwalałby na to jej potencjał.

Polski Internet dochował się grupki pociesznych blogerów, którzy szeroko rozpisują się na ten temat i na wyjaśnienie obecnego stanu rzeczy znajdują proste wyjaśnienia. Jeden z uporem godnym lepszej sprawy głosi, że to wszystko spisek Waszyngtonu, a drugi stawia pod pręgierzem „Gazetę Wyborczą”. Sprawa jest oczywiście znacznie bardziej złożona i zasługuje nie na drwinę, lecz na głębszą refleksję. Miną lata zanim nasza obecność w Chinach dorówna – proporcjonalnie do naszych możliwości – obecności niemieckiej czy francuskiej. I nie jest to tylko kwestia dysproporcji pomiędzy PKB Polski i wspomnianych krajów. To przede wszystkim kwestia różnic systemowych, tradycyjnego podejścia przedsiębiorców i urzędników oraz dysproporcji kapitałów – nie tylko finansowego (polska gospodarka małymi i średnimi przedsiębiorstwami stoi), ale też kulturowego i społecznego. A wszystko to znajduje wytłumaczenie w historii.

W przeciwieństwie do Francji, Niemiec czy USA, Polska nigdy nie była mocarstwem kolonialnym. Poza rzadkimi wyjątkami w rodzaju Nowej Kurlandii, Rzeczpospolita nigdy nie rościła sobie pretensji do terytoriów zamorskich. Nie brała też udziału w globalizacji, kiedy ten proces rozpoczął się wraz z epoką odkryć geograficznych i nabrał impetu w XIX wieku – Polski po prostu wtedy nie było. Przeciętny Brytyjczyk może mieć wśród bliżych i dalszych krewnych kupców z Kompanii Wschodnioindyjskiej, piratów z Karaibów albo australijskich zesłańców. Polak pochwali się najwyżej krewniakiem, który przepadł w sowieckim łagrze albo wyjechał za chlebem do USA, gdzie w drugim-trzecim pokoleniu kompletnie się zamerykanizował. Stąd – w moim przekonaniu – bierze się u Polaków niewielkie zainteresowanie sprawami świata, szczególnie odległego, włączając w to Państwo Środka. Taka jest po prostu nasza tradycja: gdzieś tam daleko „Chińczyki trzymają się mocno”, a my idziemy w chocholi tan z naszymi starymi upiorami.

Warto podkreślić, że w stosunkach Polski ze światem pozaeuropejskim brak było sprzężenia zwrotnego. To, co z Polski wyszło, już do niej nie wracało, lecz ginęło gdzieś bez większego  sensu i pożytku – bez różnicy, czy mówimy o pieniądzach, ideach czy ludziach. Ginęło, tak jak Michał Boym ze swoimi pionerskimi pracami na temat chińskiej przyrody, które przypisali sobie plagiatorzy; tak jak Maurycy Beniowski, który po życiu pełnym barwnych przygód i możliwości padł martwy w niepotrzebnym, francuskim konflikcie o Madagaskar; tak jak niejaki Wróblewski, który wedle wszelkiego prawdopodobieństwa (temat wart zbadania!) założył w Harbinie najstarszy chiński browar, o trzy lata wyprzedzając słynny browar Tsingtao w Qingdao; tak jak Witold Urbanowicz, który po odejściu z Dywizjonu 303 pół roku walczył w Chinach z Japończykami, a potem wrócił do Polski i uciekł z PRL, aby ostatecznie osiedlić się w USA i pracować na rzecz tamtejszego przemysłu lotniczego (kiedyś przypominając Urbanowicza zakłóciłem spotkanie wyborcze jednego z czołowych polskich polityków, który palnął, że „Polacy bili się na wszystkich frontach II wojny światowej, za wyjątkiem Dalekiego Wschodu”). Kraje Zachodu pracowały nad swoją obecnością w Chinach przez lata i w miarę systematycznie, choć w XIX wieku nie była to praca godna pochwały. Nam tej systematyczności zawsze brakowało.

Polska, jak śpiewał Jacek Kaczmarski, była Penelopą narodów, która „co utkała, to spruła”, a stosunki polsko-chińskie nie są od tej zasady wyjątkiem. Dobrą ilustracją będą tu dzieje polskiej sinologii. Z oczywistych względów powstała ona dopiero po odzyskaniu niepodległości, a jej początki mogą budzić uśmiech politowania wśród dzisiejszych studentów przedmiotu. W 1925 roku Bogdan Richter opublikował w „Roczniku Orientalistycznym” pionerską rozprawkę o potrzebie polskiej transliteracji języka chińskiego. Z tekstu jasno wynika, iż autor nie miał pojęcia czym są tony (języki chińskie są tzw. językami tonalnymi) i kompromitował się, dociekając, czemu jeden z zachodnich systemów wymienia tyle rodzajów „e”. Ale kilka lat później Richter nadrobił braki, a w 1933 roku otwarto na Uniwersytecie Warszawskim pierwszą katedrę sinologii.

Po wojnie mieśliśmy z Chinami całkiem niespodziewane, długie randez-vous. Polska Rzeczpospolita Ludowa, jako jedno z pierwszych państw na świecie, uznała Chińską Republikę Ludową. Na wyprawy do Chin ruszyli pierwsi studenci, uczeni, politycy, artyści i literaci, wśród których znalazł się m.in. Paweł Jasienica. Pierwsza w historii Chin firma joint-venture to powstałe w 1951 roku Chińsko-Polskie Towarzystwo Okrętowe „Chipolbrok”, które działa do dziś, choć – ironia historii – regularnych połączeń do Polski obecnie nie utrzymuje. W 1956 roku na Międzynarodowych Targach Poznańskich Chińczycy otworzyli wielki pawilon w rodzimym stylu, w którym można było podziwiać chińskie traktory i figurę Przewodniczącego Mao. Ten miesiąc miodowy skończył się stopniowo po 1960 roku, po rozłamie chińsko-radzieckim. Wycieczki do Chin urwały się, a polscy sinolodzy wrócili do badań Chin na sucho (czyli za pomocą książek, tablicy i kredy).

Dzięki ludziom wykształconym przed wojną i w latach 50., polska dyplomacja utrzymała dobre stosunki z Chinami  w kolejnych, burzliwych dekadach, a w latach 80. nastąpiło ponowne ożywienie. Chińsko-amerykańskie rozmowy ambasadorów, które wraz ze słynną dyplomacją ping-pongową doprowadziły z czasem do wizyty prezydenta Nixona w Chinach, odbywały się w Pałacu Myśliwieckim w warszawskich Łazienkach. Gospodarczo też byliśmy w Chinach obecni, starsi mieszkańcy Pekinu i Szanghaju pamiętają polskie maluchy, polonezy czy nawet autosany, które w swoim czasie były za Wielkim Murem ostatnim krzykiem techniki. Kiedy Chiny otworzyły się na świat, Polska nie musiała zaczynać od zera. Ale potem przyszedł 1989 rok i historia znów dała znać o sobie.

Od zarania III RP mamy z Chinami problem. Z jednej strony uważamy się za demokratycznego prymusa i patrzymy na Chiny z wyższością ludzi, którzy zasmakowali „końca historii”; uważamy, że ta właśnie historia zobowiązuje do przekazania naszych doświadczeń i niesienia prometejskiego ognia demokracji. Z drugiej strony, mniej więcej w okolicach Expo w Szanghaju w 2010 roku, zauważyliśmy wreszcie, że Chiny rozwinęły się gospodarczo, na czym korzystają wszystkie największe gospodarki świata. I uważamy, że my też powinniśmy na tym skorzystać, bo skoro globalny prąd płynie na Wschód, to nie ma sensu mu się przeciwstawiać. Tak więc miotamy się wciąż pomiędzy interesem, a obowiązkiem; pomiędzy dumą (i poczuciem wyższości, że nam się udało zdemokratyzować, a Chinom nie) a wstydem (że nie udaje nam się tyle co im na niwie gospodarki). Z tego rozdarcia wyłania się dość infantylna dyskusja, która na chwilę odżyła na nowo w polskich mediach z okazji przyjazdu do Chin delegacji sejmowej.

W tej dyskusji wszyscy mają rację. I ci, którzy mówią, że należy skupić się na biznesie; i ci, którzy twierdzą, że historia zobowiązuje. Jest to fałszywy spór, który chętnie rozniecają media, bo emocje są chodliwym towarem. Ale nic tak naprawdę z niego nie wyniknie, gdyż wszyscy odgrywają tu dawno napisane role. Gesty zazwyczaj nie mają wpływu na bieg wydarzeń, choć post factum człowiek – istota uwielbiająca wszelkie narracje – przypisuje im ogromne znaczenie. Dla polityka gest to takie samo narzędzie jak umowa gospodarcza. Tak naprawdę liczy się cel, plan i codzienna konsekwentna praca. Jak mawiał klasyk, „nigdy nie jesteś równie daleko od celu, jak wtedy, kiedy nie wiesz dokąd zmierzasz”. Z przyczyn historycznych polską bolączką pozostaje brak konsekwencji i długofalowej strategii, nie tylko wobec Chin. Niemieccy decydenci wiedzą mniej więcej, jakie sektory będą podstawą niemieckiej gospodarki za 20-30 lat i już do tego kraj oraz społeczeństwo przygotowują. Dla przykładu, polska gospodarka przez lata opierała i nadal opiera się na węglu. Ale kto wie, co będzie za 20-30 lat?

W ciągu ostatnich kilku lat okazało się niespodziewanie, że Chiny uznały nas za strategicznego partnera, co stwarza – jak każda zmiana – szanse i zagrożenia. Niestety, jakoś nie widać, by debata na ten temat toczyła się w polskiej przestrzeni publicznej. Dlaczego nie debatujemy o sprawach, które nie wywołują tyle emocji, ale maja naprawdę realne przełożenie na naszą sytuację gospodarczą? Na przykład o skuteczności chińskiej strategii PAIiIZ, odkąd agencja otworzyła w Chinach swoje jedyne biuro zagraniczne. Dzięki działaniom PAIiIZ, w Polsce zainwestowało już całkiem sporo chińskich przedsiębiorstw, ale jakoś nie zauważyłem, żeby polskie media rozpisywały się o tym, kim są ci chińscy biznesmeni, co sobą reprezentują i jak osiągnęli sukces. A są to przecież historie i ciekawe, i pouczające.

Dlaczego nie rozmawiamy o szansach i barierach, jakie stoją w Chinach przed produktami żywnościowymi z Polski? Przecież sukces tego eksportu (innych potencjalnych hitów eksportowych mamy w zasadzie niewiele) stworzyłby ogromne możliwości dla polskiego rolnictwa. Dlaczego nie rozmawiamy o polskim planie ściągania do Polski chińskich studentów, który jak na razie odnotował dość umiarkowane sukcesy? Dlaczego nie mówimy o tym, że niemal połowa naszego eksportu do Chin to jeden surowiec, co plasuje nas w jednej lidze z państwami najsłabiej rozwiniętymi?

Takich tematów jest znacznie więcej. Nie pojawiają się, bo polscy dziennikarze i redaktorzy – nie ze swojej winy, tu znów kłania się historia – na ogół Chin nie znają. Co drugi artykuł o wizycie czy wyjeździe Polaków do Chin zawiera w tytule słowo „podbój”, choć na razie to chińskie firmy przejmują polskie, a nie na odwrót. Paradoksalnie, polscy redaktorzy uważają, że czytelnicy nie interesują się Chinami, bo tak przecież wynika z badań fokusowych. W efekcie Chiny przychodzą do nas same, a kiedy już przyjdą, przecieramy oczy ze zdumienia. Tak jak mój były szef w dziale zagranicznym jednego z ogólnopolskich dzienników, który tuż przed Olimpiadą w Pekinie powtarzał, że o Chinach nie ma sensu pisać, bo nikogo one nie obchodzą. Kiedy obaj zakończliśmy pracę w owej redakcji, szef trafił do lokalnego tygodnika na południu Polski, gdzie znajduje się jeden z większych w kraju… chiński bazar. I teraz, chcąc nie chcąc, sam musi się zajmować tym, co mi szczerze odradzał.

Wracając do trzech pytań postawionych na początku: jest jak jest, bo mamy takie, a nie inne, doświadczenia historyczne. Mamy takie, a nie inne, realia. I swoje własne złudzenia. Mamy tradycyjne zamiłowanie do improwizacji, za sprawą którego nasze delegacje niepotrzebnie giną w katastrofach lotniczych albo natykają się na budzące kontrowersje daty (za sprawą których wymaga się od nich realizacji mission impossible). Dopóki – mówiąc kolokwialnie – nie ogarniemy się i nie wytyczymy sobie długofalowych celów (włączenie chińskich firm w proces prywatyzacji w Polsce albo dopuszczenie ich do przetargów na terenie kraju z pewnością takim celem nie jest), polskich firm będzie w Chinach niewiele, a Chiny, Indie czy Afryka pozostaną egzotyczną bajką, a nie przestrzenią, w której można śmiało i konsekwentnie realizować polskie interesy. Dopóki tak pozostanie, będziemy leniwie sunąć po mętnych wodach tak zwanej „Europy drugiej prędkości”, a zwykli Chińczycy będą się szczerze dziwić, że Polska to kraj kilkukrotnie większy od Belgii czy Holandii…

Ogarnijmy się.



11 Komentarze

  1. www.nietechiny.weebly.com mówi:

    Nie wiem czy jestem tym pierwszym (z uporem godnym lepszej sprawy głosi, że to wszystko [przyp. obecność Polski w Chinach] spisek Waszyngtonu), czy tym drugim (stawia pod pręgierzem „Gazetę Wyborczą”) bo uważam oba za prawdziwe.

    Gdzie w Chinach sprzedają gofry bo to news tygodnia?

  2. magda mówi:

    Nasze paranoje w porownaniu z paranojami chinskimi to jest,ze zacytuje przedmowce „male miki”.Stad moze wynikac niechec Chinczykow do obnoszenia sie po swiecie ze swoimi success stories, oni sie boja cudzoziemcow i wspomnianego spisku waszyngtonskiego bardziej, niz my mgly smolenskiej.
    Zreszta nie wiem, czy bylyby to historie pouczajace i budujace dla polskiego odbiorcy…Zatrudniam 200 osob, z czego polowe moglbym zwolnic, ale w Chinach jest przeludnienie, wiec ci ludzie gdzies musza pracowac, wiec pracuja u mnie. Zwlaszcza ci, ktorzy sa zatrudnieni przez koneksje i niewiele potrafia. Jak odnioslem sukces? Kaze im pracowac po 12 godzin dziennie, najpierw obiecuje kokosy, a potem jak juz ich trzymam w garsci to zmieniam umowe i place grosze. Do nadzienia wytwarzanych u nas pierogow dodahe tekture i w ten sposob zaoszczedzam duzo na produkcji. Ostatnio zmarlo przez to kilkoro dzieci, ale po wreczeniu lapowki ordynatorowi szpitala, ktorego corka teraz u mnie pracuje zaginely wyniki sekcji zwlok, wiec nic mi nie udowodniono.Ja mam wszystko, pracownicy maja niewiele. Prosze brac ze mnie przyklad. Sukces po chinsku!Zapraszamy do Polski!

  3. Mike Kubacki mówi:

    Gofry sprzedaja w Yunnanie. Lijiang, Dali i Kunming na pewno, bardzo mozliwe, ze Zhongdian i Jinghong rowniez, ale pewien nie jestem. 99% szans, ze nie robia tego jednak Polacy, a Belgowie i Niemcy.

    ————————————————————

    Zgadzam sie calkowicie z Pania Magda, zdecydowanie nie powinnismy dopuszczac „sukcesow” chinskich do prywatyzacji, aby np. nie miec larw w butelkach z woda mineralna.

  4. NaTematChin

    NaTematChin mówi:

    W nawiązaniu do zamieszczonego przez pana Mike’a Kubackiego linku wypada wspomnieć, że „guest writer Yao Weitao” to nikt inny jak nasz autor Wojciech Jakóbiec.

  5. magda mówi:

    When you have 1.4 billion possible customers, there is no need to worry about customer service or good products. I’ll bet the phrase” the only business is repeat business” never crosses their mind.

    There have been many exposed for be unscrupulous in their business ventures in China. Can anyone cite an example of a Chinese business that is on the up and up.

    The biggest joke is when Huawei claims they are a independant corporation and immune to the CCP and the government cannot get involved in their business. On paper, no one can argue this, but the world knows when and if push comes to shove, this government can make Huawei do anything they want because they are on China soil. The Chinese lie so much in business, they actually view this as being clever and it is why no one can trust anyone else.

    The world is afraid of how China will do when they get more power for good reason. Just look at how they treat foreign firms now, a contract means nothing. Look at how they rape the world and dump products violating WTO rules and try to throw their weight by subtle threats if you dont agree… For example, telling the EU it will be a big mistake to impose punitive duties. In other words, they break the rules abroad and then try to pressure to resolve it through discussion and no action. One day it all blows up and backfires. If history repeats itself, we all know you will blow it and set yourself back 400 years within the next 100 years.

  6. NaTematChin

    NaTematChin mówi:

    @magda:
    Prosimy o podanie źródła powyższego cytatu.

  7. Mike Kubacki mówi:

    „The city [Chongqing] produces 3,500 tons of rubbish everyday, none of it recycled, all carted away to be buried in enormous holes dug on the outskirts, where garbage, landfill and plastic sheeting are sandwiched together in a repeating pattern like lasagna until the void is full, the area is covered and seeded, and a golf course is built on top”

    Cytat Pana Wang Yukun, „waste engineer” z Chongqing, cokolwiek to znaczy.

    Chcialbym dodac, a propos pozwalania Chinczykom na inwestycje za granica, ze wjechalem kiedys z chinskim kierowca i Panem Fredrikiem nielegalnie na chinskie wysypisko smiecie w polowie drogi miedzy Xiaguan a Weishan w prowincji Yunnan. Byla to nasza druga proba, przy pierwszej nasz samochod obstukano kijami przy slowach „回去老外,回去”, przy drugiej nie bylo straznikow i wsliznelismy sie za smieciarka mieszczac sie przed zamknieciem automatycznych drzwi. Wysypisko jest jak dolina gorska, otaczajace ja pagorki to nie jest ziemia a same smieci. Kolejne pagorki sa ongoing, wielkie koparki jezdza po „plaskowyzach” ugniatajac caly syf. Dojechalismy na samo dno „dolinki” i widzimy namioty. Wysiadamy z auta, uderza nasz przerazajacy szum. „Co to jest?” pyta Fredrik. „Muchy” odpowiada kierowca. Ilosc mucha byla przerazajaca, byly wszedzie, byly ich tryliony. Z namiotow wychodzi mloda kobieta Yi (mniejszosc narodowa chyba najbardziej pogardzana przez Han) z dzieckiem na plecach, kolejna dwojka wylania sie zza namiotu. Dzieci sa wpol nagie, ich brud mozna bylo naprawde zdzierac platami, na brzuchu jednego z nich byl wyrazny pecherz. Kobieta nie ma nawet rekawiczek czy maski, popatrzyla na nas nieobecnym wzrokiem, nie powiedziala nawet slowa, odwrocila sie i odeszla. Rozpoczela wspinaczke na „pagorek” ugniatany przez koparki, co najmniej kilkadziesiat metrow wzglednej roznicy wysokosci, co chwile zatrzymuje sie sprawdzajac ile fenow czy mao (choc rzadziej) warty jest ten smiec. Ktos krzyczy ze szczytu pagorka, nie na kobiete, poniewaz widocznie jest ona stalym rezydentem „dolinki”, a do nas “你们那边干嘛么” . Biegniemy do jeepa, ruszamy z powrotem, podjezdzamy do bramy, mowimy “不好意思,不好意思,这里是不是到巍山呢?”, straznik ze zloscia “这里不能开进去,赶快走,赶快走” – tylko, zeby przelozony sie nie dowiedzial…

  8. magda mówi:

    To jest wypowiedz pewnego anonimowego pana z forum dla expatow w Chinach. Tak mi dzisiaj wpadlo w oko a propos zapraszania przedstawicieli chinskich firm za granice i do Polski. Rozmowa dotyczyla modelu prowadzenia chinskiego biznesu, ktory z zachodniego punktu widzenia nie ma najmniejszego sensu, natomiast z chinskiego jak najbardziej ma, poniewaz w kraju 1,3 miliarda konsumentow na dorobku nikt nie bierze na powaznie maksymy mowiacej, ze biznes dobry to biznes powtorzony, czyli nikt nie dba o jakosc wyrobow, czy uslug, a biznesmeni kieruja sie logika jednorazowego klamcy. Swiat juz cierpi z tego powodu, poniewaz przy produkcji doslownie wszystkiego w Chinach, wlacznie z zywnoscia, liczyc sie musimy z oszukanstwem i zanizaniem jakosci,podmienianiem skladnikow, na ktore w jakis sposob, czyli czesto poprzez stosowanie takich samych praktyk reagowac musza producenci lokalni, aby byc konkurencyjnymi wobec Chinczykow. Czy ta mentalnosc w najblizszym czasie sie zmieni? Nie wydaje mi sie, po co zmieniac taktyke, ktora przynosi kokosy, wiec swiat przechodzi w tej chwili bardzo duza przemiane dialektyczna, odchodzi sie od produkcji artefaktow trwalych na rzecz produkcji szkodliwych i krotkotrwalych bubli. Przykladem takiego myslenia jest wlasnie zalinkowana afera z Covekiem, na ktorej panstwo Chinczycy wylozyli sie rowno i bylo to dla nich bardzo nieprzyjemne doswiadczenie. Wykladali sie w podobny sposob podobnie wiele razy w Afryce, czy to w jakis sposob wplynelo na zmiane myslenia? Cos tego nie widze. Wiec albo swiat sie bedzie musial do tych ciaglych klamstw i krotkowzrocznosci dostosowac, albo nie wiem co szczerze powiedziawszy, bo Chinczycy sa bardzo malo elastyczni i zazwyczaj oni narzucaja swoje warunki.W takich dyskusjach zawsze podaje sie przyklad Japonii, ktora kiedys produkowala straszliwy szmelc, a teraz produkuje produkty wysokiej jakosci. Chiny niewatpliwie w pewnym momencie zaczna produkowac pewna pule produktow z wyzszej polki, juz zaczely, ale czy one sa rzeczywisice takiej wysokiej jakosci? Poza tym tu naprawde dochodzi kwestia mentalnosci, Japonczycy sa pracowici i prawi, Chinczycy nie lubia sie przepracowywac i uwazaja klamstwa za pewna forme wyzszej inteligencji bardzo czesto. Za przyklad posluzyc moga afery z produktami sprowadzanymi z zzagranicy, ktore rowniez na terenie Chin sie rozrzedza, rozciencza i podmienia.

  9. Mike Kubacki mówi:

    tak, cytat: „The Chinese lie so much in business, they actually view this as being clever and it is why no one can trust anyone else.” powinien znalezc sie na pierwszej stronie kazdego poradnika biznesowego, w moim skromnym uznaniu.

  10. 高大卫 mówi:

    Dobry artykuł, ciekawie napisany i poruszający istotne problemy. Również uważam że powinno się zacząć dogłębnie badać potencjalne szanse na rynku chińskim.

Skomentuj