Ostatnia próba nuklearna przeprowadzona przez Koreańską Republikę Ludowo-Demokratyczną wzbudziła poważne obawy opinii międzynarodowej. Doniesienia medialne sugerowały nawet możliwość wybuchu wojny między Koreą Północną a Stanami Zjednoczonymi. Oczy całego świata, jak zawsze w takich sytuacjach, zwróciły się ku Chinom i bacznie śledziły reakcję chińskiej dyplomacji.

Chiny niewątpliwie dokładały w ostatnich latach starań, by zachować status quo i doprowadzić do denuklearyzacji Półwyspu Koreańskiego. W roku 2003 rozpoczęto w Pekinie „rozmowy sześciostronne” (z udziałem Korei Płn., Korei Płd., Chin, USA, Japonii i Rosji), a przy każdej nadarzającej się okazji Chiny próbowały wpływać na stanowisko władz w Pyoengyangu. Wielu zarzuca jednak Chinom bierną postawę i nieprzerwaną intensyfikację współpracy gospodarczej z Koreą Północną.

Wokół koreańskiej polityki Pekinu narasta coraz więcej znaków zapytania: czy to gra strategiczna, czy po prostu dobry biznes, czy też może jakieś inne przesłanki stanowią o dość spolegliwej polityce wobec „byłego wasala”?

Strategiczny bufor i unikanie klarownej postawy

Korea zawsze odgrywała ważną rolę w chińskiej percepcji świata. Królestwa Półwyspu Koreańskiego należały do nielicznych państw regularnie składających trybut cesarzom w Pekinie: trzykrotnie w ciągu roku, podczas gdy inni, jak Japonia czy Assam, robili to tylko raz w roku. Korea była również ostatnim państwem, który złożył Chinom trybut (pod koniec XIX wieku). „Relacje tak bliskie jak wargi i zęby” zostały scementowane wysłaniem chińskich „ochotników” na wojnę ze Stanami Zjednoczonymi w 1950 r. Decyzja o przyłączeniu się do wojny koreańskiej z pewnością podyktowana była wieloma czynnikami, ale przede wszystkim chodziło tu o posiadanie bufora (przysłowiowych „warg”) – państwa oddzielającego terytorium Chin od amerykańskich wojsk stacjonujących w Azji Wschodniej, a następnie również w samej Korei Południowej.

Cena takiej strategicznej obecności jest jednak wysoka. Kredyty, nieopłacalne często lub nawet konfiskowane przez władze północnokoreańskie inwestycje, a także konieczność udzielania odpowiedzi na reakcje innych aktorów azjatyckiej sceny, takich jak Japonia czy Korea Południowa. Reakcje wywołane wszak nie działaniami czy decyzjami Pekinu, ale jego „bratniego” reżimu, nad którym nie ma kontroli. Nieprzewidywalne zachowania „chińskiego bufora” mogą doprowadzić do remilitaryzacji Azji Północno-Wschodniej (zwłaszcza Japonii), co byłoby sprzeczne z jednym z podstawowych założeń chińskiej polityki zagranicznej, która budować ma przyjazne otoczenie oraz dobrosąsiedzkie stosunki.

Istotnym w tym kontekście problemem, szeroko w Chinach dyskutowanym, jest konieczność rewizji podpisanego z Koreą Północną w 1961 r. traktatu o przyjaźni i wzajemnej pomocy. W artykule drugim obie strony zobowiązały się udzielać sobie wzajemnej pomocy w przypadku ataku na którąkolwiek ze stron. Gdyby doszło zatem do konfliktu zbrojnego Korei Północnej ze Stanami Zjednoczonymi, ChRL (przynajmniej na papierze) powinna wypowiedzieć USA wojnę, wypełniając w ten sposób zobowiązania sprzed ponad 50 lat. Jednak, jak zauważył niedawno komentarz chińskiego dziennika „Global Times”, „w razie konfliktu [okaże się, że] potencjał KRLD jest niewspółmierny do połączonych sił amerykańsko-japońsko-południowokoreańskich”. Takie postawienie kwestii wydaje się być jednoznaczną odpowiedzią na pytanie o prawdopodobieństwo powtórki z lat 50., czyli powtórne pójście przez Chiny z odsieczą swojemu „sojusznikowi”. Biorąc pod uwagę, za jak delikatny uważa się w Pekinie temat relacji z Koreą Północną, nie jest wyobrażalne, aby komentator „Global Times” wyrażał po prostu prywatną opinię.

Prowadzone pod auspicjami Pekinu (i w Pekinie) rozmowy sześciostronne, mimo szumnych zapowiedzi, nie przyniosły rozwiązania problemu nuklearnych ambicji Pyeongyangu. Ostatecznie w kwietniu 2010 r. dyplomacja KRLD wycofała się z udziału w nich. Przekonanie chińskich władz, że problem można rozwiązać bez użycia sankcji i nacisków takich jak np. Proliferation Security Initiative (PSI), okazało się zatem złudzeniem. Korea Północna, zamiast słuchać wytycznych z Pekinu, postawiła prowadzić rozmowy na własną rękę. Jeszcze w marcu 2007 r. utworzono bilateralną amerykańsko-koreańską grupę roboczą ds. normalizacji relacji. Tym samym dyplomacja chińska straciła szansę na przejęcie inicjatywy w budowaniu platformy bezpieczeństwa w Azji Wschodniej.

Dopiero druga północnokoreańska próba jądrowa (z maja 2009 r.) spowodowała wyraźniejsze zmiany w stanowisku Chin, które znalazły się po presją międzynarodowej opinii. Chińskie poparcie dla rezolucji Rady Bezpieczeństwa nr 1874 stanowiło istotną nowość, ale spowodowało jednocześnie zablokowanie chińskich inwestycji w przemysł wydobywczy w Korei Północnej. W dalszej konsekwencji polityka Pekinu przyniosła jednak wznowienie rozmów, nawet jeśli były to już tylko bilateralne rozmowy między Pyeongyangiem a Waszyngtonem.

Również podczas konfliktu między Koreą Północną a Południową wokół wyspy Yeonpyeong (grudzień 2010 r.) Chiny zachowały wstrzemięźliwość. Chińscy przywódcy, w tym przewodniczący Hu Jintao, premier Wen Jiabao oraz odpowiedzialny za sprawy międzynarodowe radca stanu Dai Bingguo opowiadali się publicznie za pokojowym rozwiązaniem problemu, które miało gwarantować stabilność w regionie. O ile jednak relacje między Kim Jong-ilem a chińskimi władzami były bardziej trwałe i dawały Pekinowi realną siłę oddziaływania na Pyeongyang, o tyle po przejęciu władzy przez mniej znanego chińskim liderom młodego przywódcę Kim Jong-una szanse na bliskie relacje interpersonalne były niewielkie. Po tej zmianie nawet Wydział Łączności z Zagranicą KC KPCh będzie miał trudności z osiągnięciem konsensusu z „bratnią” Koreańską Partią Pracy. Możliwości wpływania przez Chiny na trudnego sąsiada stopniowo maleją. Po próbie nuklearnej z 12 lutego 2013 r. Chiny nie zawetowały rezolucji Rady Bezpieczeństwa nr 2094, która zaostrzyła międzynarodowe sankcje wobec Korei Północnej.

Chińskie interesy w Pyeongyangu

Mimo nakładanych na KRLD sankcji, chińska dyplomacja nie rezygnuje z głównego narzędzia wpływu, czyli gospodarczego uzależniania. Chińskie inwestycje w ostatniej dekadzie potroiły się, eksport z Korei Północnej do Chin rośnie średnio o 50% rocznie, a eksport w przeciwnym kierunku o około 20%. Co warte podkreślenia, chińskich firm inwestujących w Korei Północnej jest około 200, co stanowi 50% wszystkich firm zagranicznych działających w tym kraju. W 2004 r. China Minmetals Corp. wygrała przetarg na eksplorację węgla w złożach Yongtung, Tonghua Iron and Steel Group zainwestowała 875 mln USD w złoża rudy żelaza Musan, a Tangshan Iron and Steel Company rozpoczęła budowę hut z mocami produkcyjnymi wynoszącymi łącznie 1,5 mln tony stali rocznie. China Iron and Steel Group inwestuje z kolei w Korei Północnej w wydobycie molibdenu, potrzebnego do produkcji m.in. w przemyśle lotniczym i zbrojeniowym. Dodatkowo rozpoczęto negocjacje między władzami prowincji Jilin a partnerami północnokoreańskimi w sprawie zaopatrywania północnej części KRLD w prąd w zamian za koncesje na wydobycie złota, żelaza i rud innych metali.

Przełomową dla dwustronnej współpracy gospodarczej miała być wizyta premiera Wen Jiabao w październiku 2009 r., pierwsza od wizyty Li Penga w r. 1991. Podpisano wówczas liczne umowy o handlu i inwestycjach. Mimo tego, pod koniec roku władze w Pyeongyangu zdecydowały o przeprowadzeniu wymiany pieniądza oraz wprowadzeniu zakazu posiadania walut obcych, co w praktyce oznaczało konfiskatę oszczędności wielu ludzi, a uderzyło również w inwestujące w Korei Północnej firmy zagraniczne. Chiny nadal jednak próbowały wywierać presję przez gospodarcze uzależnianie. W 2011 r. wzajemna wymiana handlowa osiągnęła rozmiary 6 mld USD. W lipcu 2011 r. w chińskim Dandongu (tuż przy granicy z Koreą Północną) zorganizowano specjalne targi promujące możliwości i atrakcyjność inwestycyjną sąsiada. Chiny zainwestowały też 3 mld USD w rozwój infrastruktury portowej w Specjalnej Strefie Ekonomicznej Rason. W lipcu 2012 r. podpisano umowy o współpracy w dwóch kolejnych specjalnych strefach ekonomicznych. Poszukując nowych rozwiązań w polityce gospodarczej, Korea Północna mogłaby wzorować się, choć pewnie w sposób pośredni, na doświadczeniach chińskich z pierwszej dekady reform.

***

Wycofanie się przez Koreańską Republikę Ludowo-Demokratyczną ze wszystkich możliwych porozumień z pewnością stawia przed dyplomacją chińską nowe wyzwania. Mimo udzielanej Korei Północnej pomocy, jak zauważa pekiński specjalista od spraw koreańskich Zhang Lianggui, Chiny stały się ofiarą polityki koreańskiej. Z perspektywy czasu wydaje się, że polityka rosnącej gospodarczej współzależności nie przyniosła w przypadku KRLD spodziewanych geopolitycznych efektów. Zamiast tego Pyeongyang, kontynuując swoje nuklearne zbrojenia, doprowadził m.in. do ożywionych dyskusji w Japonii na temat zmian w konstytucji i utworzenia regularnej armii, jak również do zbliżenia Tokio i Seulu z Waszyngtonem. Każdy z tych skutków z osobna jest dla Chin bardzo niepożądany.

Wśród chińskich badaczy stosunków międzynarodowych coraz częściej pojawiają się głosy o konieczności budowania przez chińską dyplomację sojuszy i koalicji, gdyż (m.in. na skutek działań Korei Północnej) na arenie międzynarodowej Chiny mogą liczyć w tej chwili tylko na siebie. Z drugiej jednak strony, tak intensywna i konsekwentnie rozwijana współpraca gospodarcza z KRLD, prowadzona częściowo wbrew międzynarodowym sankcjom, rodzi naturalnie pytania o jej rzeczywiste przyczyny i głębiej ukryte intencje Chin. Jako jedno z możliwych wyjaśnień nasuwa się tu hipoteza, że odcięcie zastrzyków finansowych czy inwestycji bezpośrednich mogłoby przyczynić się do upadku „reżimu Kimów”, co oznaczałoby zapewne napływ znacznej liczby północnokoreańskich uchodźców do Chin. To z kolei mogłoby doprowadzić do napięć i niepokojów społecznych w północno-wschodniej części kraju i doprowadzić do destabilizacji tych regionów.

To właśnie, oprócz wspomnianej już wcześniej potrzeby posiadania „bufora”, może być przyczyną zadziwiającej wręcz tolerancji Pekinu wobec Pyeongyangu. Zachowanie „niesfornego” sąsiada coraz bardziej Chiny irytuje, ale irytacja ta – póki co – ustępuje najwyraźniej przed istotniejszymi czynnikami natury strategicznej. Pekin wydaje się często wobec Korei Północnej bezradny i istnieją poważne obawy, że nawet związki Zhang Dejianga* (nowy nr 3 w chińskiej hierarchii partyjno-państwowej) z Koreą Północną niewiele tu zmienią.

* Zhang Dejiang jest z wykształcenia koreanistą, posiada również dyplom z ekonomii uzyskany na Uniwersytecie im. Kim Il-sunga w Pyeongyangu. Do końca lat 90. pracował na pograniczu chińsko-północnokoreańskim, a więc „na pierwszej linii” relacji z tym sąsiadem.



Skomentuj