Chinom trzeba przyznać organizację kolejnych Igrzysk Olimpijskich. Najlepiej jak najszybciej.

Tylko pod presją organizacji międzynarodowej imprezy chińskie władze w 2008 roku poluzowały regulacje dotyczące pracy zagranicznych korespondentów. Wywiad za zgodą osoby, z którą mamy ochotę porozmawiać? Luksus! Wcześniej, przynajmniej oficjalnie, zgodę na każdą rozmowę z obywatelem Chin wydawać musiało lokalne biuro ds. kontaktów zagranicznych i zakład pracy (tzw. danwei), do którego przypisany był nieszczęśnik. Jeszcze większe ograniczenia dotyczyły poruszania się po Chinach. Znów – przynajmniej na papierze (naruszenia zasad zawsze można użyć przeciwko dziennikarzom, jeśli zajdzie taka potrzeba) – przed każdym wyjazdem poza miejsce, w którym zarejestrowane jest biuro zagranicznego korespondenta (Pekin, Szanghaj) trzeba było uzyskać pozwolenie rzeczonego biura ds. kontaktów zagranicznych. Co to oznaczało w chińskich warunkach? Niekończącą się wymianę faksów, dostarczanie coraz bardziej wyszukanych informacji dotyczących planów wyjazdu etc. etc. etc… Od 2008 roku możemy w miarę swobodnie poruszać się po Chinach. Chyba że chińskie władze akurat będą miały inne zdanie. Tybet – z oczywistych względów – wciąż pozostaje dla zagranicznych korespondentów zamknięty. W 2009 roku, podczas zamieszek na tle etnicznym w Xinjiangu, relacjonować można było to, co chińskie władze chciały, aby było relacjonowane. Dolecieć można było jedynie do Urumczi, gdzie rzeczywiście doszło do ogromnej tragedii. Wszystkich tych, którzy chcieli udać się w głąb regionu, aby poznać życie Ujgurów mieszkających poza stolicą regionu, zawracano z lotnisk i dróg do Urumczi.

Piszę o tym, bo doszło do alarmującej sytuacji. W przedostatni dzień lutego ekipa niemieckiej stacji telewizyjnej ARD została brutalnie zaatakowana zaledwie 50 kilometrów od Pekinu. „Zaledwie”, bo odległość od Pekinu ma ogromne znaczenie w traktowaniu zagranicznych korespondentów. Pamiętam, jak w pobliżu wsi, gdzie wówczas przebywał w areszcie domowym Chen Guangcheng, zaatakowana została korespondentka „Le Nouvel Observateur”. Z posterunku policji dzwoniła do MSZ w Pekinie. Szef policji nie chciał rozmawiać z urzędnikami MSZ twierdząc, że Pekin jest daleko, a tu „on odpowiada za porządek”…

Tym razem Christine Adelhardt z ARD realizowała w pobliżu miasta Sanhe materiał o urbanizacji. Zbliżała się sesja parlamentu – każdy z nas przygotowywał programy o sprawach dla Chin najważniejszych, a taką na pewno jest dość nieprzejrzysty system wywłaszczania. Komuś nie spodobało się to, co ekipa ARD nakręciła we wsi Da Yan Ge Zhuang. Christine twierdzi, że robiono ujęcia wyłącznie na głównym placu, przy którym położone są budynki administracji publicznej. Dziennikarze odjechali, ale w pościg za nimi ktoś wysłał 5 samochodów. Auto, którym podróżowała pięcioosobowa ekipa ARD, najpierw starano się zepchnąć z drogi, co groziło bardzo poważnym wypadkiem. Po tym jak wymuszono zatrzymanie się samochodu, grupa napastników uzbrojonych w kije bejsbolowe starała się wybić szyby. Dziennikarze, którym udało się w końcu uciec, zatrzymali się dopiero przy przypadkowo napotkanym patrolu policji. Zatrzymali się także i ich napastnicy, którzy kontynuowali „demolkę”, nie bacząc na obecność chińskich „stróżów prawa”.

Po tym zajściu Christine Adelhardt i jej kolegów humanitarnie przesłuchiwano przez 16 godzin. O przesłuchaniach bandytów, których ofiarami padła ekpia ARD, nic nie wiadomo.

Adelhardt nie ma szczęścia do Chin, niestety. W sierpniu ubiegłego roku, gdy filmowała z zewnątrz jedną z fabryk chemicznych w prowincji Henan, wraz z ekipą została wciągnięta siłą do środka. Ochroniarze szybko stwierdzili, że Niemcy są szpiegami, którzy przyjechali po to, aby wykraść tajemnice handlowe. Dziennikarzy chciano zlinczować. Po kilkunastu godzinach z fabryki musiała ich uwolnić jednostka antyterrorystów.

Do pobić zagranicznych dziennikarzy przy pracy dochodzi w Chinach niebezpiecznie często. W ubiegłym roku doszło do co najmniej 20 sytuacji, w których naruszono nietykalność cielesną dziennikarzy – wynika z danych, które gromadzimy w Klubie Korespondentów Zagranicznych (FCCC).

Sytuacja nie napawa optymizmem. Zagraniczni korespondenci, nad którymi pieczę de facto sprawuje chińskie MSZ, poddawani są także coraz większej presji Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. To ta ostatnia instytucja (z rekomendacji MSZ) przedłuża nam pozwolenia na pobyt w Państwie Środka. W ubiegłym roku, po raz pierwszy od lat bodajże 14, z Chin wydalono zagranicznego korespondenta – amerykańską dziennikarkę Melissę Chan, która pracowała dla stacji Al-Jazeera.
Chińskie władze robią tymczasem co tylko mogą, aby poprawić wizerunek Chin na świecie. Zakładają w wszędzie własne stacje radiowe i telewizyjne, a na Times Square wynajmują jeden z największych telebimów, na którym wyświetlane są informacje Agencji Prasowej Xinhua. Sieć korespondentów CCTV jest tak duża, że w ubiegłym roku objęła nawet Warszawę. Ja nie mam nic przeciwko temu, ale ewidentnie niesprawiedliwe jest sytuacja, w której chińscy dziennikarze korzystają na świecie ze swobody działania, podczas gdy ich odpowiednicy w Chinach nie tylko nie mogą pracować swobodnie, ale wręcz z narażeniem zdrowia i życia -choć, odpukać, tak drastycznego przypadku jeszcze nie było, nietrudno sobie wyobrazić, jak mogło zakończyć się spychanie z drogi samochodu z ekpią ARD.

Nie ma przy tym znaczenia, że brutalne ataki na zagranicznych dziennikarzy organizowane są przez lokalnych kacyków, a nie przez władze w Pekinie, które przecież nie sprawują pełnej kontroli nad wybrykami każdego powiatowego czy gminnego oficjela. Gdyby władze centralne rzeczywiście chciały zapewnić zagranicznym dziennikarzom odpowiednie warunki pracy, to by to zrobiły, choćby karząc odpowiedzialnych za ataki na korespondentów i publicznie potępiając takie zachowania np. jako „godzące w dobre imię Chin”. Kilka takich „uderzeń pięścią w stół”, a każdy lokalny kacyk zastanowiłby się trzy razy, czy zaatakować dziennikarza i ryzykować swoją ciepłą posadkę. Tymczasem Pekin udaje, że problemu nie widzi, za to namiętnie przypisuje zagranicznym dziennikarzom chęć „oczerniania Chin”.



Jeden Komentarz

  1. X mówi:

    niesprawiedliwe jest sytuacja, w której chińscy dziennikarze korzystają na świecie ze swobody działania, podczas gdy ich odpowiednicy w Chinach nie tylko nie mogą pracować swobodnie

    Sprawy nie można w ten sposób oceniać. Nie zaprzeczam, że tu wolność jest opłakanie ograniczona. Ograniczajmy na terenie ChRL, i tak macie więcej swobód niż my. Odkryjecie i relacjonujecie szcunku godne prawdy, podczas gdy my nawet dostępu do nich nie mamy. Na domiar złego zmuszeni powtarzać kłamstwa mimo woli coraz częściej musimy walczyć z własnym sumieniem. I to jest sprawiedliwe?

Skomentuj