Łukasz Sarek opublikował 2 maja na łamach „Kultury Liberalnej” polemikę z moim niedawnym tekstem („Sarmacja w Chinach”), będącym krytyką wypowiedzi Krzysztofa Darewicza dla tygodnika „Polityka” (nr 16/2013).

Publicysta „KL” uważa, że dyskutuję w opraciu o „konfabulacje”, „ignoruję pewne elementy chińskiej rzeczywistości”, „wysnuwam bezpodstawne twierdzenia”, „mijam się z prawdą”, a także poddaję „miażdżącej, bezpodstawnej i niesłusznej krytyce” coś, co jest – jego zdaniem – „wartościowym i przydatnym opisem chińskiej rzeczywistości” (czyli wypowiedzi Darewicza). Wszystko to robię przy tym, ocenia mój kolega po sinologicznym fachu, dla pozyskania czytelników, za nic mając „rzetelność”.

Na wstępie uwaga natury ogólnej: mimo wysiłków mojego polemisty, nadal nie uważam wywiadu, o który się spieramy, za „wart polecenia wszystkim, którzy mają zamiar oferować swoje towary i usługi chińskim klientom”. Zaczynam chyba jednak coraz lepiej rozumieć, dlaczego tak trudno polskim firmom przebić się na rynku chińskim…

Widzę, że popełniłem błąd wdając się w dyskusję o powszechności spożywania psiego mięsa w Chinach. Jako że naprawdę nie widzę sensu kontynuowania tej zupełnie jałowej debaty (nie będziemy przecież organizować badań frekwencyjnych spożycia psiny), przyjmijmy roboczo, że w całych Chinach na każdym rogu ulicy stoją budki, w których można kupić za 2 do 4 juanów (1-2 zł) „chińskiego hot doga”, który zrobiony jest dosłownie z psiego mięsa. Tak to sobie zresztą pewnie wielu Polaków wyobraża – przyjmijmy, że ta fantazja jest rzeczywistością.

Moje zasadnicze pytanie brzmi: i co z tego? Co z tego wynika? Dlaczego miałoby to budzić jakiekolwiek oburzenie, być negatywnie oceniane czy w ogóle skłaniać do rozważań natury etycznej? Jaki związek ma częstotliwość spożywania konkretnych rodzajów mięsa z „dzikością”? Ani Darewicz w swoim wywiadzie, ani Sarek w swojej polemice w żaden sposób tego nie wyjaśniają, bo polemista tak zapędził się w dowodzeniu, jak to łatwo w Chinach zjeść psa, że zgrabnie pominął odnoszenie się do meritum, po czym pożeglował już w zupełnie innym kierunku.

Łukasz Sarek zarzuca mi, że odmawiam badaczowi Chin prawa do oceny, zmuszając go do „odrzucenia własnej kultury” i afirmacji każdego zjawiska w kulturze badanej. Tymczasem nie ma tu czego „afirmować” ani „odrzucać”, rozmawiamy przecież o różnych gatunkach mięsa! Jak tak dalej pójdzie, zaczniemy z pozycji moralnych dyskutować o „afirmacji” lub „odrzuceniu” lodów o smaku fasolowym (są takie w Chinach), które będziemy przeciwstawiać „cywilizowanym” lodom czekoladowym czy truskawkowym, których jedzenia Chińczyków trzeba będzie – jak chcą zgodnie Darewicz i Sarek – „nauczyć”, bo lodów fasolowych – jakby to zgrabnie ujął mój polemista – „jeść się nie godzi”.

Jeśli chodzi o moje oburzenie na określenie „nauczyć”, Łukasz Sarek wydaje się, niestety, nie rozumieć, o co mi chodziło. Spróbuję zatem wyjaśnić raz jeszcze. Problemem nie jest to, czy podawania, dobierania i picia wina można się nauczyć (jest wszak oczywiste, że można). Problemem jest ton i kontekst wypowiedzi rozmówcy „Polityki”. Zdanie o „nauczaniu” pada zaraz po stwierdzeniu, że „Chińczycy mają coś do nadgonienia”, czyli mają – jak rozumiem ocenę Darewicza – jakieś braki (domyślam się jedynie, że w stosunku do ludzi Zachodu), które trzeba uzupełnić.

Tu znowu nie chodzi o to, ile i jakiego wina się w Chinach sprzedaje, ale o to, że kwestię tę oceniać można jedynie z perspektywy mniej lub bardziej skutecznego marketingu. Mówimy tu bowiem o rynku i stosunkowo nowym na tym rynku produkcie, który promuje się i reklamuje dla zysku (w czym – podkreślam po raz kolejny – nie widzę niczego złego). Mała popularność wina nie jest objawem zacofania, dowodem na jakiekolwiek braki czy ułomności cywilizacyjne ani nie wymaga „nadgonienia” – jest to po prostu wypadkowa tradycji, przyzwyczajeń i mody. Fakt, że w Europie spożywanie wina kojarzy nam się z wyrafinowaniem, nie nadaje temu skojarzeniu waloru uniwersalnego, więc nie ma potrzeby „uczenia” nikogo picia wina, żeby stał się mniej „dziki”.

Moja krytyka pod adresem Krzysztofa Darewicza, czego Łukasz Sarek zdaje się nie dostrzegać, dotyczy przede wszystkim jego sposobu mówienia o Chinach i Chińczykach. To są oczywiście tylko słowa, można by powiedzieć. Słowa, układające się w dyskurs, są jednak elementem realnie kształtującym nasz sposób myślenia, a w konsekwencji – nasze działania. Czy w Europie, kontynencie doświadczonym tak tragicznie (i tak, wydawało by się, intensywnie dyskutującym o swej przeszłości), naprawdę trzeba jeszcze tłumaczyć, jak niebezpieczna jest pogarda dla „obcego” czy „innego”, czym może skończyć się mówienie o innych kulturach czy grupach etnicznych stereotypami, dokąd wiedzie ocena dokonywana w miejsce refleksji?

Łukasza Sarka zupełnie już ponosi, kiedy wyzłośliwia się, jak to – rzekomo moim zdaniem – nie wolno sinologowi, który „odkrył” tudzież „rozpracował” przyczyny różnych zachowań Chińczyków, publicznie wyrażać swoich opinii. Wymienia przy tym litanię zachowań (m.in. plucie w miejscach publicznych, wpychanie się do kolejki, urągające regułom ruchu drogowego zachowanie za kierownicą, hałaśliwość etc.), które są klasycznym katalogiem narzekań mieszkających w Chinach cudzoziemców. Wszystko to jest oczywiście irytujące, zachowania takie drażnią ludzi Zachodu (mnie również), ale stwierdzenie, że to „paskudne” niczego nie wyjaśnia. Tak samo, jak niczego nie wyjaśnia Krzysztof Darewicz, którego w ten sposób Sarek broni. Co więcej, śmiem twierdzić, że „badacz” zaczynający swoją „refleksję” od ogólnej konkluzji brzmiącej „to obrzydliwe”, „to paskudne” niczego nie odkryje. Jaki jest bowiem sens dociekania źródeł i przyczyn zachowań a priori ocenianych negatywnie? Jeśli coś oceniamy negatywnie, to możemy od tego albo uciec, albo próbować to zmienić. Nie jest to żadna motywacja dla poszukiwania odpowiedzi i – z reguły – do jej znaleznienia nie prowadzi.

Gorzkie żale „ekspata”, które w polemicznym zapale wylewa Łukasz Sarek, są tak samo bezproduktywne i prowadzące w ślepą uliczkę jak kategoryczne stwierdzenie Krzysztofa Darewicza, że Chiny nigdy nie zdominują świata, bo do tego potrzeba kreatywności, a do tej – jego zdaniem – Azja Wschodnia jest niezdolna. Moja polemika z tą drugą opinią nie jest (jak chce Sarek) „obroną honoru chińskiej innowacyjności”. Mój polemista zaleca lekturę artykułu swojej małożonki na ten temat. Czytałem i zasadniczo zgadzam się z postawionymi tam tezami, jak też analizą przeszkód, przed jakimi stoi rozwój nauki w Chinach. Proszę jednak zwrócić uwagę na to, że Krzysztof Darewicz przedstawia to jako jakąś immanentną niezdolność nie tylko Chińczyków, ale w ogóle społeczeństw Azji Wschodniej, do twórczego myślenia. Zgadzam się z Sarek (Katarzyną), że aktualny chiński system edukacji jest hamulcem dla innowacyjności, ale nie zgadzam się z Darewiczem, że to pochodna jakichś wrodzonych cech Chińczyków czy Azjatów (tak sugeruje jego stwierdzenie, że sytuacja ta „nigdy” nie ulegnie zmianie).

Powiedzmy sobie otwarcie: esencjalistyczne określenia dotyczące całych nacji są produktem ignorancji. Chińczyków jest ponad miliard i każdy z nich jest człowiekiem o indywidualnych, w jakiś sposób różniących go od innych, cechach. Aż niezręcznie jest tak oczywiste rzeczy tłumaczyć, ale najwidoczniej nie dla wszystkich jest to jasne.

Łukasz Sarek zarzuca mi ponadto „kulturowy i światopoglądowy relatywizm”, który jest dla niego nie do przyjęcia. Niestety, alternatywą dla takiego stanowiska jest kulturowy absolutyzm, czyli przekonanie, że istnieją jakieś kulturowe „wzorce z Sèvres”, a poszczególne kultury mamy prawo oceniać według stopnia ich podobieństwa do tychże wzorców. Kto jednak i na jakiej podstawie miałby prawo takie wzorce wyznaczać? Jak rozumiem, dla Łukasza Sarka i Krzysztofa Darewicza takie normotwórcze prawo ma Zachód, chociaż nie bardzo rozumiem dlaczego – poza tym, że obaj panowie są ludźmi Zachodu, co – proszę wybaczyć – nie jest żadnym argumentem, nawet dla mnie, również człowieka Zachodu przecież.

Na zakończenie swojej polemiki Sarek posuwa się do niezbyt eleganckiego, chociaż (niestety) powszechnie w Polsce stosowanego, chwytu retorycznego, który polega na wyprowadzeniu z poglądu adwersarza „jego konsekwencji”, które jakoby „logicznie” z niego wynikają lub do których kontestowany pogląd rzekomo prowadzi. Jak wywodzi Sarek, moja akceptacja spożywania psów, uznanie kwestii picia bądź nie wina po prostu za kulturową konwencję czy odrzucenie idei „obiektywnej” wyższości zachodnich usług nad chińskimi wiodą prostą drogą do bezkrytycznego przyjęcia obrzezania kobiet czy przymusowych małżeństw. Czy mój adwersarz naprawdę uważa, że nie ma różnicy między problemami o charakterze wyłącznie estetycznym (jedzenie psów, picie wina) a kwestiami o charakterze etycznym (okaleczanie ludzi i ograniczanie ich osobistej wolności)?

Istnienie odmiennej od europejskiej koncepcji praw człowieka w Chinach jest faktem, czy nam się to podoba, czy nie. Nasze (tj. europejske) pojmowanie praw człowieka jest słusznie uważane za ważną zdobycz europejskiej kultury politycznej i prawnej, co nie zmienia faktu, że są one przyjętą przez większość europejskich społeczeństw, ze względu na określone doświadczenia historyczne i dokonaną refleksję nad nimi, konwencją. Warto ją niewątpliwie promować w innych częściach świata, ale jedyną skuteczną metodą jest tu próba zrozumienia, jakie czynniki utrudniają jej przyjęcie, a także pokazywanie, że jest to koncepcja racjonalna i przynosząca obywatelom państw do niej przywiązanych konkretne korzyści. Obwieszczanie ex cathedra, że każdy odrzucający tę koncepcję jest „dziki” i gorszy, więc powinien się od nas uczyć, do niczego nie prowadzi. Może jedynie sprawić (i w praktyce sprawia), że propagowane w ten sposób idee postrzegane są jako podstępny instrument umacniania kulturowej dominacji Zachodu, co skutkuje ich automatycznym odrzucaniem w innych kręgach kulturowych.

Tak samo przeciwskuteczne jest demonstrowane, w moim przekonaniu, przez Krzysztofa Darewicza (a bronione przez Łukasza Sarka) poczucie wyższości w stosunku do Chińczyków. Nikt nie lubi, co chyba oczywiste, być traktowany protekcjonalnie i z góry, więc jeśli chcemy skutecznie działać w Chinach i z korzyścią dla nas samych robić z Chinami interesy, traktowanie mieszkańców tego kraju z należnym każdemu człowiekowi szacunkiem (co nie jest bynajmniej „odrzuceniem” europejskiej kultury, ale wręcz przeciwnie – wpisane jest w jej fundamentalne współcześnie wartości), ma znaczenie podstawowe. Nawet jeśli ktoś ma trudności z zaakceptowaniem takiego stanowiska z pobudek moralnych, postąpi rozsądnie przyjmując je z podbudek czysto pragmatycznych.

Zapewniam, że załatwienie czegokolwiek z chińskim kontrahentem czy urzędem, których sposobu działania nawet nie próbujemy zrozumieć, bo uważamy, że „mają sporo do nadrobienia” („niech się od nas uczą”), nie powiedzie się. Nikt nie oczekuje tu bowiem naszych „nauk”, co nie oznacza braku przestrzeni dla dyskusji o naszych doświadczeniach i szansy pokazania tego, co możemy intelektualnie Chinom zaoferować. Warunkiem sine qua non takiej dyskusji jest jednak odrzucenie stereotypów i wola pochylenia się nad argumentami naszego partnera z innej kultury, próba zrozumienia motywów jego działań, a bardziej ogólnie: otwartość na „inność”, która jest – w moim głębokim przekonaniu – fundamentem sinologicznej (czy każdej innej próbującej przekroczyć kulturowe bariery) refleksji.



16 Komentarze

  1. andrzej mówi:

    Panie Wojciechu, strasznie jest pan zacietrzewiony i śmiesznie przemadrzały. Zarzuca pan innym wiele błędów, a tymczasem pańskie artykuły są zwyczajnie chaotyczne i o niczym. Piszę to nie jako pański kolega po fachu, którym sie pan tak szczyci. Chiny są moją pasją, ale chce je poznawać bez pańskiego przewodnictwa.

  2. Mike Kubacki mówi:

    Panie Andrzeju i Panie Wojciechu,

    Artykul nie jest chaotyczny. Przeczytalem i komentuje, bo nie musze do niego wracac, zrozumialem tresc za pierwszym razem. Artykul nie moze byc o niczym, zdania skladaja sie w logiczna calosc.

    Poza tym, wydaje mi sie osobiscie, ze tematem artykulu sa otwartosc na „innosc” i umiejetnosc „postawienia sie z innej strony problemu/zjawiska”, a nie sinologia czy pasja sinologiczna.

  3. Magda mówi:

    Panie Wojciechu! Przeczytalam wywiad w Polityce i wydaje mi sie, ze dokonal Pan pewnej nadinterpretacji slow pana biznesmena. Do glowy mi nie przyszlo,ze jego slowa o braku kreatywnosci Wschodnich Azjatow sa ozaka jakiejs ich ulomnosci umyslowej. To jest pana interpretacja, naprawde. Problemem takich wywiadow jest ich krotkosc, brak poglebionej analizy, uproszczone przedstawianie swiata.
    Niestety Polityka to nie Miesiecznik Sinologiczny. Wiadomo, ze Polakom warto przyblizac Chiny, moze neikoniecznie w sposob sensacjonalistyczny albo uproszczony, Polacy o Chinach pojecia w koncu nie maja. Ale nie popadajmy tez w nadmierna polityczna poprawnosc, kiedy to nie wolno nam juz krytykowac niczego, co nam sie w innych kulturach nie podoba, bo tak. Albo nie. Chinczycy niestety nie maja za grosz poprawnosci politycznej ani otwartosci na innosc, wiec ja ich za bardzo nie oszczedzam. Inne podejscie traktuje niestety jako rasizm wlasnie, gdzie Innego traktuje sie jak dziecko specjalnej troski.

  4. Magda mówi:

    Aha, jeszcze jedno…Chinczycy niestety oczekuja naszych nauk, dlatego w Chinach przebywa bardzo wielu cudzozimecow, ktorych zadaniem jest wlasnie Chinczykow uczyc. Albo zarabiac pieniadze, ale Chinczyc BARDZO chca sie od nich- nas w tym przypadku- uczyc. Jest to zagadnienie dosyc skomplikowane i dosyc trudne do wykonania, czasami rezultaty sa komiczne, bo mamy tu do czynienia z podejsciem malo otwartym, protekcjonalnym – tak tak, to wlasnie Chinczycy sa protekcjonalni i potrafia byc wielkimi rasistami i nikt w tym kraju rasizmu nie neguje, jest on w koncu oczywisty, przy 5000 lat kultury itd itp oraz ogromna checia uczenia sie – poprzez kopiowanie, kupowanie gotowych rozwiazan, podpatrywanie itd. Chiny swoja kulture zamordowaly i teraz musza nadrabiac, czy Panu sie to podoba czy nie. Najwazniejsze, ze Chinczykom sie podoba…

  5. Jan mówi:

    ” Czy mój adwersarz naprawdę uważa, że nie ma różnicy między problemami o charakterze wyłącznie estetycznym (jedzenie psów, picie wina) a kwestiami o charakterze etycznym (okaleczanie ludzi i ograniczanie ich osobistej wolności)”
    Pies ma twarde mięso, dlatego zabija się go długo bijąc na śmierć, aby adrenalina wywołana stresem spowodowała polepszenie konsystencji mięsa. Jeśli to nie jest problem etyczny a tylko estetyczny, to nie wiem co nim jest.

  6. Magda mówi:

    Ha ha ha
    ze o kotach na smyczy nie wspomne…Chinczycy to zdaje sie jedyny narod na swiecie, ktory wpadl na ten genialny pomysl.

  7. Magda mówi:

    Koty budowe to sa, w sensie trzymania ich na sznurku badz lancuszku. Nie wyprowadzaniu na spacery…

  8. Mike Kubacki mówi:

    Pani Magdo,

    „Inne podejscie traktuje niestety jako rasizm wlasnie, gdzie Innego traktuje sie jak dziecko specjalnej troski.” Chinczycy to nie jest rasa. Czy Koreanczycy to tez rasa ?

    ” i nikt w tym kraju rasizmu nie neguje, ” swietnie nadaje sie tutaj Pani wypowiedz, cytuje: „ha ha ha”. Oczywiscie Chinczycy to w wiekszosci rasisci, ale niewielu sie do tego przyznaje.

    „Najwazniejsze, ze Chinczykom sie podoba…” – niekoniecznie jak widac w przypadku otwierania nowych fabryk w Szanghaj, Kunming, Wuhan – demonstracja za demonstracja, sondaze opinii lokalnych spolecznosci przeprowadzane przez zwyklych obywateli, nie organizacje. Oczywiscie, jest to tylko niewielki procent, ale nie mozna go ignorowac.

    Panie Janie, bardzo trafny komentarz. Szacunek do zwierzat jest w Chinach co najmniej niedostateczny. Widac od razu te 5000 lat i roznice pomiedzy ludzmi z roznych czesci swiata. Kot budowy, jak to pieknie okreslila Pani Magda, wywoluje wspolczucie u przecietnego „czlowieka zachodu”, a Chinczyk nawet sie nad tym nie zastanowi (w ZDECYDOWANEJ wiekszosci przypadkow)

  9. Magda mówi:

    Panie Mike, proponuje zapoznac sie z nowoczesna definicja rasizmu i nie lapac mnie za slowka. Tak, Chinczycy to jest rasa w ich wlasnym przekonaniu. Znajomi Chinczycy smiertelnie sie obrazili kiedy nazwalam ich East Asians w jednej linii z Koreanczykami i Mongolami oraz Wietnamczykami, tylko dlatego,ze wygladaja podobnie. Oni sa CHINCZYKAMI i sa inni.(W domysle oczywiscie lepsi)
    Chinczycy protestuja przeciwko warunkom pracy w fabrykach. Co ma obecnosc fabryki produkujacej towary na rynek chinski lub miejscowy wspolnego z faktem, ze Chinczyk chce jezdzic zagranicznym samochodem, miec Iphona, ubierac sie u Armaniego, mieszkac w budynku zaprojektowanym w zachodnim stylu to ja nie wiem. A propos fabryk – praca u zachodnich fabrykantow jest najbardziej pozadana wsrod fabrycznego ludku, ze wzgledu na najlepsze warunki. Pozniej w rankingu stoja znienawidzeni Tajwanczycy, a dopiero w ostatniej kolejnosci pojdzie sie pracowac do swojego rodaka…

  10. Magda mówi:

    Ale rasizm i ksenofobia w Chinach polaczona z fascynacja Zachodem i poczuciem nizszosci to jest material na zupelnie inny, bardzo dlugi artykul. Rzad nastrojami antycudzoziemskimi zrecznie manipuluje i wielu Chinczykow sie na ta wedke niestety lapie, bo takie myslenie jest latwe i odwraca uwage od rzeczywistego zrodla problemow. I nie jest to myslenie obce nam, Europejczykom. W wielu krajach do wladzy coraz czesciej dochodza bardzo nacjonalistyczne rzady obwiniajace o wszystko co zle cudzoziemcow i imigrantow, tylko nie siebie i wlasna nieudolnosc. Problem stary jak swiat.

  11. Mike Kubacki mówi:

    „Panie Mike, proponuje zapoznac sie z nowoczesna definicja rasizmu i nie lapac mnie za slowka.”

    Pani Magdo, prosze mnie do takiej definicji odeslac. Rasizm to z definicji uprzedzenia w stosunku do osob o roznym wygladzie. Rasy sa 4 : kaukaska, mongoloidalna, negroidalna i australoidalna. Jesli nie mowimy o rasach, nastepna mozliwoscia sa prawdopodobnie grupy etniczne, ktorych jest tysiace i Chinczycy, w Pani rozumieniu, nie tworza pojedynczej grupy.

    Chwytam za slowka, tak dyskutuje.

    „Tak, Chinczycy to jest rasa w ich wlasnym przekonaniu.” I co to zmienia ? To jest tylko ich przekonanie, a nie nauka. Podobnie do chinskiej medycyny, 3000 lat tradycji nie obali wzoru chemicznego. Przekonania Hanow zawsze pozostana przekonaniami, jesli nie zostana udowodnione, a do tej pory nie zostaly (mimo naprawde sporych wysilkow archeologicznych).

    „…jak widac w przypadku otwierania nowych fabryk w Szanghaj, Kunming, Wuhan” przeistacza Pani w „Chinczycy protestuja przeciwko warunkom pracy w fabrykach.” Prosze uwazniej czytac, chodzilo mi o dzialania spoleczne przeciw zanieczyszczaniu powietrza w wielkich osrodkach miejskich.

    Dlatego lapie za slowka, bo to nie jest rozmowa nad talerzem zupy. Prosze myslec, co Pani pisze, a dopiero pozniej klikac „Wyslij”. Zapraszam do czepiania sie moich slowek.

  12. Magda mówi:

    https://en.wikipedia.org/wiki/Racism
    Racism and racial discrimination are often used to describe discrimination on an ethnic or cultural basis, independent of whether these differences are described as racial. According to the United Nations convention, there is no distinction between the terms racial discrimination and ethnic discrimination, and superiority based on racial differentiation is scientifically false, morally condemnable, socially unjust and dangerous, and that there is no justification for racial discrimination, in theory or in practice, anywhere.

    Jak mowia Amerykanie – komentarz o naciskaniu funkcji Wyslij wysylam right back at you!

    Nigdzie nie napisalam, ze sie zgadzam z tym, co Chinczycy mowia lub mysla o sobie jako o odrebnej „rasie”, napisalam jedynie jak mysla i co mysla.
    Pana wypowiedzi nie przeistaczam, po prostu probowalam sie w niej doszukac sensu i zwiazku z tym co pisalam w postach powyzej.

  13. Magda mówi:

    „Najwazniejsze, ze Chinczykom sie podoba…” – niekoniecznie jak widac w przypadku otwierania nowych fabryk w Szanghaj, Kunming, Wuhan – demonstracja za demonstracja, sondaze opinii lokalnych spolecznosci przeprowadzane przez zwyklych obywateli, nie organizacje. Oczywiscie, jest to tylko niewielki procent, ale nie mozna go ignorowac.

    tu nie ma nic o zanieczyszczeniu srodowiska ani o uczeniu sie od cudzoziemcow…prosze uwazniej pisac! pozdrawiam

  14. Mike Kubacki mówi:

    „According to the United Nations convention” to dyskwalifukuje podana przez Pania definicje. UN nie jest organem naukowym.

    „Jak mowia Amerykanie – komentarz o naciskaniu funkcji Wyslij wysylam right back at you!” yyyy, dobrze.

    „Nigdzie nie napisalam, ze sie zgadzam z tym, co Chinczycy mowia lub mysla o sobie jako o odrebnej „rasie”, napisalam jedynie jak mysla i co mysla.” moj blad, przepraszam.

    „otwierania nowych fabryk” – nie sadze, zeby jakakolwiek fabryka mogla zostac otwarta bez zanieczyszczenia srodowiska.

    „uczeniu sie od cudzoziemcow” nie zamierzalem nawiazac do tego tematu, to jest naturalne.

  15. Mike Kubacki mówi:

    definicja rasizmu jest jednak w podanym linku, lecz wyzej

    Racism is usually defined as views, practices and actions reflecting the belief that humanity is divided into distinct biological groups called races and that members of a certain race share certain attributes which make that group as a whole less desirable, more desirable, inferior or superior.

  16. CZWARTEK [Chiny] SAREK: Jak oceniać chińską kulturę? | Kultura Liberalna | Liberalnie o kulturze | Kultura, literatura, film, muzyka, polityka, społeczeństwo — Kultura Liberalna mówi:

    [...] z zapowiedziami na portalu „Na Temat Chin” pojawił się tekst Wojciecha Jakóbca pod tytułem „Gdzie jest pies pogrzebany?” będący odpowiedzią na mój krytyczny [...]

Skomentuj