„Czy chiński turysta to dla nas, Europejczyków, błogosławieństwo, czy kłopoty?” – niedawno usłyszałam takie właśnie pytanie. To, że tylko w ubiegłym roku homo viator sinensis, osobny, wyjątkowy gatunek człowieka podróżującego, przekroczył granice swojego kraju ponad 80-milionową armią i udał się do najróżniejszych zakątków globu, jest faktem.

Już zjadł hotelowe śniadanie – opłacone, więc można nałożyć sterty nie do przejedzenia. Po prostu babrze się widelcem i zostawia. Gnącego się w „proszę” i „dziękuję” kelnera wyminął ze szlachetną wyższością. Teraz właśnie tłoczy się jeden przez drugiego w wejściach do światowych muzeów. Ręce ze zwitkami banknotów próbują gremialnie dosięgnąć okienek z biletami, wyciągając się ze wszystkich stron ponad zdumionymi głowami. Odpluwając na luwrzańskie posadzki, homo viator sinensis patrzy na sztukę yang ren (洋人, dosłownie:„zamorskich ludzi”), a na uwagi zawstydzonego zachowaniem podopiecznych przewodnika odpowiada, że „przecież zapłacił, niech laowaje (czyli cudzoziemcy) nie szukają dziury w całym”.

Matka wysadza dziecko na miejskim skwerku, podczas gdy ojciec drapie się po brzuchu odsłoniętym w wyniku podwinięcia koszulki z charakterystycznym wizerunkiem gracza w polo. Wieczorem, po wycieczce, gardłując każde słowo, homo viator sinensis gestykuluje nad szwedzkim stołem ręką z papierosem, a popiół tańczy, wirując w stronę półmisków. Rano, jak nikt nie będzie patrzył, na 3500-letnich płaskorzeźbach w Luksorze wyryje nieśmiertelne XXX dao ci yi you (XXX到此一游, „XXX tu był”), dokładnie takie, jakie od dziesiątków lat zostawia na posągach Buddy w Shaanxi, bambusach w parkach, czerwonych kolumnach pawilonów czy skałach Huang Shan i Emei Shan. Tyle że teraz robi to w egzotycznym entourage’u. Choć wiele z tych zachowań chińskich turystów to raczej pojedyncze przypadki niż reguła, to nagłośnione i spotęgowane przez media wydają się wieszczyć nic innego, jak tylko kłopoty.

W tym „najeździe” jest oczywiście i błogosławieństwo. Pamiątką z Paryża nie będzie przecież plastikowa Wieża Eiffla nabyta za grosze od drobnego handlarza, ale torebki Louis Vuitton kupowane stertami dla siebie i dla krewnych. Ciężkie torby z koniakiem, tym najdroższym, ile tylko ręce uniosą. Buty, zegarki, iPhone’y. Mingpai (名牌, „sławne marki”), choć od dawna dostępne w Chinach, to jednak zdobyte podczas zagranicznej podróży mają jakiś inny smak. „Europejczycy patrzą na nas, Chińczyków, z góry, wręcz nas nie znoszą, ale za to luksusowe towary kupuje się tam tak łatwo, jak kapustę pekińską na targu” wymieniają się doświadczeniami internauci.

Ale nie tylko sławne marki. Gdy będziesz kupować w Gdańsku drobny wisiorek z bursztynem na pamiątkę, stojący obok homo viator sinensis niedbałym ruchem, znowu, jakby kupował warzywa na bazarze, zgarnie największe bryły bursztynu uformowane w wykwintne korki do wina (wino kupił poprzedniego dnia we Francji), a do ręki sprzedawcy trafi jednorazowo kilka tysięcy złotych w gotówce. Gdy będziesz gorączkowo próbować znaleźć mu rozrywkę na wieczór (muzeum, może koncert?), po prostu spyta, czy możesz zaprowadzić go do miejsca, gdzie można kupić upominki, koniecznie drogie, bo po prezencie musi być widać, że jest wartościowy. Europa, choć dawno już przestała być wzorem ekonomicznym czy politycznym (jeśli w ogóle kiedykolwiek w Chinach nim była), a i w coraz mniej jednoznaczny sposób stanowi ważny odnośnik kulturowy, jest wciąż zasobnikiem klasycznych widoków, szacownych marek i dóbr luksusowych. Jest trochę jak pałac, w którym, choć nie ma już prawdziwego życia i choć znikł świat, którego część stanowił, to jednak wciąż zachwyca delikatnością brokatu i subtelnością detalu. Te „brokaty” są wciąż potrzebne do dopełnienia wizji udanej podróży, potwierdzenia własnego statusu, zbudowania wizerunku osoby, która odniosła sukces, sygnalizują, że należy się do klasy średniej, a może i wyższej. Przywiezione w formie prezentów służą do wyrobienia sobie jeszcze lepszych guanxi (关系, „kontaktów”, „znajomości”).

Choć można się zastanawiać, co jeszcze nam kulturowo i ekonomicznie przyniesie pojawienie się chińskiego turysty, to znacznie ciekawsze wydaje się chyba zastanowienie nad tym, co te masowe wyjazdy i związane z nimi doświadczenia oznaczają dla samych Chin i Chińczyków.

Przede wszystkim to chyba pierwsza tak duża okazja, która umożliwia Chińczykom masowe przeglądanie się w oczach równie masowo występującego, kulturowego Innego. Okazuje się, że Innemu wcale się to, co widzi, za bardzo nie podoba, a często wręcz wywołuje niesmak, a wręcz strach. Pojawiają się hotele, które wraz z przybyciem wycieczki z Chin wydają specjalne ostrzeżenie dla reszty gości („Jutro w godzinach od 8:00 do 9:30 będą  Państwo niestety narażeni podczas śniadania na niespotykany w europejskiej etykiecie stołowej bardzo duży hałas”),czy wręcz nie obsługujące chińskich wycieczek („Tutaj w Paryżu nie przyjmujemy każdego jak leci, mamy bardzo wysokie wymagania, ponieważ bardzo wielu z naszych gości niezwykle ceni sobie ciszę i prywatność”), czy punkty usługowe, które odmawiają świadczenia usług turystom z Państwa Środka (japońskie… domy publiczne, ale i polskie biura podróży: „Mi się to po prostu nie opłaca – później trzeba gruntownie prać całą tapicerkę autokaru”usłyszałam kiedyś od właściciela biura podróży).

Gdy Inny przyjeżdżał do Chin, czy to z okazji Olimpiady, czy Expo, rodzima telewizja pokazywała ujęcia jego roześmianej twarzy, gdy mile łechtał chińskie ego, zachwycając się nowoczesnością projektów, wspaniałością miast, życzliwością organizatorów i radośnie tańczył z maskotkami Olimpiady czy machał flagą Expo. Głosy odmienne, jak ciche piski, ginęły gdzieś w dźwiękach pieśni pochwalnych. Gdy jeden laowai gdzieś na chińskiej ulicy okazuje niezadowolenie z powodu tego, że – mimo zielonego światła – nie jest w stanie przejść po pasach, czy dlatego, że nie może wyjść z wagonu metra, bo zatrzymuje go fala ludzi, która z impetem wlewa się do środka, łatwo po prostu zbyć go śmiechem, jak tak stoi nieporadny, z twarzą wykrzywioną złością. Ale gdy jest to masowa reakcja setek par oczu, także tych medialnych, wobec równie masowego chińskiego turysty, sprawa nie jest już taka prosta. To samo, co powtarza się codziennie w Chinach w milionach odsłon, teraz, wykonane w Paryżu czy Rzymie, przez choćby jedną czy dwie czarnowłose, czarnookie postacie, może przynieść bardzo konkretne szkody, nie tylko wizerunkowe, ale i ekonomiczne. Trzeba zacząć działać.

„Obywatel chiński, wyjechawszy za granicę, niechaj maniery szanuje, godność swoją zachowuje,

Dba o higienę, środowisko chroni, ubiera się stosownie, od hałasu stroni,

Troszczy się o młodzież, a starszych szanuje, w pomaganiu innym radość odnajduje.”

Dalej jeszcze o tym, że rzeczony obywatel ma stać posłusznie w kolejce, nie marnować jedzenia i nie niszczyć hotelowych sprzętów, a nade wszystko – szanować lokalne prawo i zwyczaje, także religijne.

Taki oto wierszyk, znany jako „Przewodnik cywilizowanych wyjazdów zagranicznych”, ukazał się na stronie chińskiego Państwowego Urzędu Turystyki, a następnie w wielu innych miejscach sieci. A wraz z nim cały nawał artykułów, dokumentów, raportów z konferencji poświęconych próbom zaradzenia kłopotliwej sytuacji. „Dziennik Ludowy”, obok wymyślonego przez siebie dydaktycznego kupletu, zamieszcza też satyryczny rysunek, obrazujący w prześmiewczy sposób „chiński styl podróżowania”, całe to nieokiełznanie, mazanie po zabytkach, hałasowanie, wysadzanie dzieci za potrzebą na ulicy. Telewizja pokazuje z kolei programy, w których piętnowane są niekulturalne zachowania zarówno w kraju, jak i za granicą, wojuje ze słynnym „XXX tu był”,a w przerwach puszcza reklamy społeczne wzywające do niemarnowania jedzenia.

Wspomniany Urząd, oprócz pouczeń dla samych wycieczkowiczów, zaleca agencjom turystycznym organizowanie przedwyjazdowych zebrań z grupami, celem wyjaśnienia reguł obowiązujących na obczyźnie. Parlament wreszcie, pragnąc uregulować sferę chaosu i ryzyka, jaką są masowe wyjazdy obywateli za granicę, przyjął ustawę o turystyce, która m.in. nakłada na turystów obowiązek poszanowania zwyczajów, kultury i tradycji religijnych miejsca, do którego się udają, a także – ogólnie – do przejawiania „cywilizowanych zachowań”. Ustawa wejdzie w życie 1 października tego roku – to data wysoce symboliczna, jako że to nie tylko rocznica ustanowienia ChRL, ale i pierwszy dzień tzw. „złotego tygodnia” wolnego od pracy, podczas którego Chińczycy rozjeżdżają się po kraju, a coraz częściej i po świecie.

Trzeba przyznać, że wielu Chińczyków jest wobec niektórych zachowań rodaków, zarówno w kraju, jak i za granicą, bardzo krytycznych. Na Ding Jinhao – nastolatka, który „przyozdobił” staroegipską płaskorzeźbę własnym imieniem i nazwiskiem – posypały się gromy i bezlitosne kpiny (przez pewien czas oczom osób, które wchodziły na stronę internetową jego liceum, ukazywał się sporządzony przez hakera wielki napis „Ding Jinhao tu był”). Z kolei pewien internauta we wpisie o znamiennym tytule „Chińczycy są najbardziej niekulturalnym narodem świata” wyznaje, że „nienawidzi” rodaków za wpychanie się do kolejki, przeganianie samochodem pieszych na przejściu, za głośne zachowania, torowanie sobie łokciami drogi do środków transportu, także kosztem starszych czy dzieci (a jak przypominają niezmiennie komunikaty w autobusach, szacunek do tych pierwszych i miłość do tych drugich są przecież „tradycyjnymi chińskimi cnotami”).

Jednak oprócz gorączkowego edukowania, wprowadzania nowych reguł, zakazów i nakazów, rysunków i wierszy, dzieje się chyba coś jeszcze ważniejszego. Wystawiona na krytyczne spojrzenia Innego i porównania kultura Chińczyków (nie ta „odwieczna”, której blasku nie przyćmi nawet najgorsze współczesne zachowanie, ale codzienna, osobista), przestaje być oczywistością, a staje się wyraźnym obszarem refleksji. Była przeźroczysta, jak powietrze dookoła, a teraz nagle nabiera barw, i to niekoniecznie ładnych. Dlaczego nie stoimy w kolejkach, a inni tak? Dlaczego gapimy się na obcokrajowca i, nie bacząc na jego protesty, robimy mu zdjęcia? Dlaczego nie szanujemy osób pracujących w usługach? Dlaczego w kraju, w którym wielu wciąż pamięta głód, tyle osób nakłada na talerz góry jedzenia tylko po to, by je zostawić?„Czy laowaje są do nas uprzedzeni, czy coś jednak jest nie tak z naszą kulturą osobistą?” – zastanawiają się chińscy internauci.

Odpowiedzi pojawiają się różne, tak jak różne są te problemy. Nie stoimy w kolejkach, bo lata niedoboru nauczyły nas, że jak się człowiek nie wciśnie, nie przepcha łokciami, to dla niego zabraknie. Towaru w sklepie, miejsca w autobusie, pociągu jadącym do domu na Nowy Rok, na studiach. Laowaja świdrujemy wzrokiem, bo jesteśmy po prostu ciekawi – tyle lat nie mieliśmy kontaktu z cudzoziemcami. A kelnera nie szanujemy i marnujemy jedzenie, bo – jak zauważa odważnie jeden z internautów – system socjalistyczny zniszczył reguły, które tradycyjnie od wieków zapewniały porządek społeczny, a nie zdołał zbudować nowych. Wśród odpowiedzi jest jedna szczególnie znamienna, pojawia się chociażby w komunikacie kończącym jedno z seminariów Państwowego Urzędu Turystyki, mających na celu zaradzenie sytuacji kryzysowej spowodowanej zachowaniami chińskich turystów. To całe plucie na posadzkę Luwru, mazanie po starożytnym Egipcie, tłoczenie się, połączone z rozgarnianiem „starszych i dzieci”, ma jedną szerszą przyczynę, a jest nią słabość Chin jako państwa prawa. Tylko tyle i aż tyle.

„Jeśli wchodzi w grę bardzo poważne przestępstwo, mówimy o polityce, jeśli średniego kalibru, mówimy o regułach, a dopiero jeśli lekkie, mówimy o prawie”. „Prawo jest dla biednych”, „wysocy urzędnicy oskarżeni o korupcję nie biorą adwokatów, bo po prostu nie wierzą, że w toku procesu można coś udowodnić – uważają, że wszystko jest już z góry zdecydowane” – to cytaty z trzech świeżych numerów wiodących chińskich tygodników. I łagodniej (we wspomnianym komunikacie): „jako Chińczycy szanujemy rządzących, ale nie prawo”.

Współczesny homo sinensis nie wierzy, że prawo, reguły, zasady, także te dotyczące życia społecznego, mogą go chronić, ułatwiać mu życie, rozwiązać problemy. Nie liczy na nie, a wręcz przeciwnie – od dziecka wie, że musi sam, często wbrew prawu i regułom, zdobyć coś dla siebie, wyrwać jak najwięcej, bo inaczej działające poza regułami tłumy zdobędą to, na co ostrzył sobie apetyt, a czego jest za mało, by starczyło dla wszystkich. Gdy wszyscy zabierają ciastka z cukierni, zamiast lamentować i wołać o porządek, trzeba po prostu spróbować dopchać się do półki – za pomocą łokci, pieniędzy lub znajomości. Te dwa ostatnie przydadzą się także i później, na wypadek gdyby trzeba było za cukierniany rozbój odpowiedzieć. A jak się wynoszenie ciastek raz zacznie, nie wiadomo, jak skończyć.

A czy w ogóle trzeba? Może to świat zewnętrzny, zwłaszcza zachodni, przyzwyczajony do „pouczania” Chin, znowu wynajduje problemy? Może Chiny chcą właśnie tak dalej żyć, podróżować „w chińskim stylu”? W „chińskim stylu” przechodzić przez ulicę i stać w kolejce? Odpowiedź jest niezmiennie negatywna i powtarzana jak mantra przez władze, media i coraz większą grupę obywateli: trzeba zmieniać, trzeba sprawić, żeby w Chinach było „cywilizowanie”, a ludzie szanowali reguły i prawo. A żeby je szanowali, trzeba, aby wszyscy byli wobec prawa równi – gdy ja będę czekać posłusznie w kolejce po ciastko, muszę być pewien, że tylnymi drzwiami łakocie nie będą wynoszone ukradkiem dla kogoś znaczniejszego, komu stać się nie chce. Że jeśli będę posłusznie stać w ogonku po dobra i stabilizację życiową, w końcu doczekam się. Aby tak się stało, muszę widzieć, że urzędnicy najróżniejszych szczebli i bogacze (czyli główni podejrzani o wynoszenie łakoci tylnymi drzwiami) działają przejrzyście, otwarcie (公开, gongkai), są pełni cnót, nie stoją ponad prawem, świecą przykładem. Że podlegają publicznej kontroli stojących w kolejce zwykłych ludzi. Że prawo jest egzekwowane nie tylko w przypadku ubogiego rolnika nielegalnie sprzedającego na ulicy owoce, ale także wtedy, gdy w grę wchodzi „wielka sprawa”.

Te problemy to nie nowość, choć to właśnie m.in. zagraniczne kłopoty homo viator sinensis mocno przyczyniły się do tego, że ich rozwiązanie zaczęło się wielu jawić jako sprawa niecierpiąca zwłoki, tak pilna, jak konieczność zgaszenia „ognia dosięgającego brwi”, jak mówi chińskie powiedzenie. Zmieniły się za to warunki – trzeba do tego wszystkiego usilnie dążyć właśnie teraz, w trudnych czasach wygasania szybkiego rozwoju i końca zawrotnego tempa pomnażania dochodu narodowego. Bo jak się tego teraz nie zrobi, później będzie jeszcze trudniej.



18 Komentarze

  1. YLK mówi:

    Kolejna uczta dla ludzi zwiazanych z Chinami (i nie tylko). Wiele bardzo trafnych spotrzezen. Prawo jest dla ubogich – bogaci i oficjele maja guanxi. Nie mowiac o tym, ze w czystej wodzie ryby nie przezyja.

  2. Cebulkapekin mówi:

    Nie spodziewałam się czytać takich tekstów na Państwa stronie.

    Nie chcę się tłumaczyć i bronić swoich, bom nie ma jak. Zawiska, jakie były opisane w tekście istnieją rzeczywiście. Nie zaprzeczam też, że postępowania wielu moich rodaków też mnie irytuje. I to mnie boli, bardzo boli. Dość niedawno temu czytałam na Wyborczej podobny artykuł, nawet mi się wydaje, że Państwa tekst powstał na podstawie tamtego właśnie, ale mogę się mylić. Już tamten w dość bolesny sposób mnie dotknął. Nie spodziewałam się jednak, że w takim oortalu jak Państwa, gdzie autorami są autorytatywni znawcy kultury chińskiej, mogę napotkać takie oto opinie. Zastanawia nnie, od kiedy weszło w modę opisywanie z wyższością „dzikości” innych kultur? Tu chyba nie chodzi tylko o obiektywne podejście do rzeczy.

    Owszem, jak już powiedziałam, nie jestem w stanie bronić niekulturalnych postępowań moich rodaków, które mnie też drażnią. Ale ukazujące się w tym oto tekście wzmianki o kupujących bursztynu w Gdańsku Chińczykach czy świdrujących na cudzoziemców(„po prostu jesteśmy ciekawi” wydaje się pisała Autorka) to już za wiele. Przy pełnym szacunku dla pani autorki uważam, że znacznie obniża to wizerunek samego piszącego. NA CZYM POLEGA ZNACZENIE TAKICH UWAG? Jaki jest cel i sens ten Państwa tekst? Przekonać przeciętnych Kowalskich, że Chińczycy to dzicy, lepiej trzymać się od nich z daleka i zamknąć granice RP przed nimi? Czy misje kulturoznawców, jakimi są – moim dotychczasowym zdaniem – właśnie Państwa nie polegają na opisywaniu i pokazywaniu światu różnorodności kulturalnej?

    Naprawdę mi przykro, że widzę ten tekst na Państwa stronie.

  3. Katarzyna Pawlak

    Katarzyna Pawlak mówi:

    Bardzo dziękuję za Pani komentarz. Myślę, że przede wszystkim warto, abym się ustosunkowała do głównego pytania Pani komentarza: „na czym polega znaczenie takich uwag, jaki jest cel i sens?”. Jeśli chodzi o mój tekst, z pewnością nie było nim „przekonanie przeciętnych Kowalskich, że Chińczycy to dzicy”. Tak, jak wyraźnie zaznaczyłam w tekście, zarówno dosłownie, jak i w jego konstrukcji czy w tytule, jest to przede wszystkim artykuł o pewnym procesie, który obecnie ma miejsce w Chinach. Osią tego procesu jest to, że pewne zachowania przestały być traktowane jako jednostkowe „przypadłości”, a stały się obszarem refleksji, niemal ogólnonarodowej dyskusji, i to bardzo intensywnej, pełnej krytycznych głosów. Staram się pokazać, skąd ta dyskusja się wzięła (stąd z konieczności przybliżam pewne zjawiska, jak i doniesienia o nich) i co z niej dla Chin wynika. A wynika rzecz ważna i cenna, czyli np. rozważania o państwie prawa i respektowaniu reguł. Jak dla mnie, dzieje się coś bardzo ważnego: chińskie media, instytucje, internauci wyszli poza jedynie opisywanie i piętnowanie pewnych zjawisk, a skupili się na poszukiwaniu ich przyczyn.

    Jako, że moim celem było pokazanie tego, co z problemów tongbao za granicą dla Chińczyków i Chin wynika, mój artykuł powstał na podstawie doniesień mediów nie polskich, ale wyłącznie chińskich (CCTV,Sina, ale i Renmin Ribao i wiele, wiele innych), jak i materiałów dostępnych na stronie 国家旅游局 i innych jednostek rządowych, czy dyskusji internautów na różnych forach. Przykłady zachowań, które przedstawiłam na początku artykułu, również są zaczerpnięte z mediów chińskich i mam wrażenie, że w porównaniu z niektórymi chińskimi doniesieniami, jak i przyjętym w nich sposobem komunikowania, mój tekst można chyba wręcz uznać za łagodny. Oczywiście można twierdzić, że Chińczycy z różnych powodów mają większe niż cudzoziemiec prawo do przedstawiania niektórych negatywnych zachowań swoich rodaków, jednak z taką opinią akurat dość trudno by mi było się zgodzić.

    Oprócz bazowania na chińskich mediach w pewnym stopniu czerpię także oczywiście z własnych doświadczeń. I tak zakupy bursztynu miałam okazję obserwować wielokrotnie (osobiście nie uważam, aby opisanie sytuacji kupowania dużej ilości okazałych bursztynów było dla chińskich turystów obraźliwe, w tekście to była raczej ilustracja możliwości finansowych wielu z chińskich turystów i zasygnalizowanie tego, co może to przynieść Polsce). „Jesteśmy ciekawi, więc dlatego patrzymy na laowaja” to z kolei odpowiedź, którą najczęściej słyszę, gdy usiłuję zrozumieć, dlaczego tak często towarzyszą mi w miejscach publicznych intensywne spojrzenia i okrzyki „o, laowaj!” (zjawisko ma na tyle dużą skalę, że niestety trudno mi się zgodzić z tym, że to, co napisałam to „za wiele”).

    Reasumując, pragnę jeszcze raz zaznaczyć: moją intencją było pokazanie co z niektórych problemów może dla Chin wyniknąć, a nie ukazanie „z wyższością dzikości innych kultur” ani urażenie kogokolwiek. Jeśli Pani, czy ktokolwiek inny, ten tekst tak odebrał(a) i poczuł(a) się dotknięty(a), to pozostaje mi tylko wyrazić z tego powodu szczere ubolewanie. Chcę jeszcze raz podkreślić: zachowania niektórych turystów i ich nagłośnienie medialne (zresztą w tekście zaznaczam, że wiele doniesień jest nadmiernie generalizujących jednostkowe zdarzenia) posłużyły mi jako punkt wyjścia do ukazania pewnej rodzącej się, w moim mniemaniu, wartościowej (choć nie koniecznie przyjemnej) wewnątrzchińskiej refleksji i dyskusji. I myślę, że tym różni się mój tekst od artykułów skupiających się wyłącznie na „sensacyjnych doniesieniach” (a te można spotkać i w Chinach i w „Gazecie”, bo po prostu taka jest natura mediów). Jeśli chodzi zaś o misję kulturoznawców, to wydaje mi się, że będzie nią właśnie nie poprzestawanie na opisywaniu faktów, ale wychodzenie od nich do szerszej refleksji, nawet jeżeli sprawy, od których wychodzimy są trudne.
    Łączę wyrazy szacunku, Katarzyna Pawlak

  4. NIE TE CHINY mówi:

    kaska, piszesz po linii redakcyjnej godlewskiego? takie same teksty to on wrzucal razem z marysia w wyborczej wyrzadzajac krzywde rodakom. pokazywanie problemow chin ci w glowie? zajmij sie swoim polskim podworkiem. miaszkala w chinach i jeszcze z ironii nie wyrosla.

    bialasy zawsze mialy bezpodstawna manie wyzszosc nad chinczykami.

  5. Przeciętny Kowalski mówi:

    Cała dyskusja trochę bez sensu. To tak jakby uznać, że artykuły o Polakach na all inclusive albo wyjazdach integracyjnych są antypolskie, więc problemy w nich poruszane powinny być zamiatane pod dywan. Właśnie temu powinien służyć portal o Chinach aby poruszał sprawy ogólnochińskie, i żeby statystyczny Kowalski przywołany w komentarzu wiedział, że Chiny to nie tylko komunizm/postęp/ryż/wielki mur/tanie klapki i wojsko z terakoty, ale także problemy społeczne, którymi ten kraj żyje, i które w tamtejszych mediach w wywołują gorącą dyskusję. Wyższość „białych” nad „dzikimi”? A niby gdzie to jest? Polecam spokojną lekturę tekstu bez uprzedzeń wynikających z kontaktu z poczytnymi dziennikami. Artykuł przedstawia pewien problem i reakcję chińskiego społeczeństwa. Dla mnie to jest jasne i wynika z treści artykułu a nie z nastawienia wobec niego.

  6. zhongguo mówi:

    Miła Autorko!
    Podobne zachowanie można przypisać każdemu krnąbremu turyście z europejskiego lub amerykańskiego podwórka. Wszystko jest uzależnione od kultury człowieka. Kulturę się nabiera, poprzez dobre wychowanie wyniesione z domu. Chińscy turyści przyjeżdzający do Europy są to ”noworysze” uważający, że skoro mają pieniądze to im wszystko jest dozwolone. Kupują tuzinami Rolexy, upominki zachodnich 名牌 i inne tym podobne świecące łakocie ze względu na niską cenę. Mimo że w Europie te dobrodziejstwa są drogie, ale przecież dużo tańsze niż w Chianch kontynentalnych.

    Proszę nie kaleczyć Narodu chińskiego i proponuję spojrzeć bliżej, na własne polskie podwórko. Proszę ocenić bardziej obiektywnie ten Naród, który jeszcze 10 lat temu nie mógł podróżować, z prostej przyczyny: nie miał 3 tygodniowych urlopów i pieniędzy. Teraz ma i nadrabia stracony czas.

  7. YLK mówi:

    Rzeczywiscie, byc moze wpychanie sie do kolejki, metra, plucie na ulice czy trabienie na pieszych przechodzacych na zielonym swietle to kultura z chinska charakterystyka, ktora dzis wyniosli ludzie zachodu uwazaja za dzika; ale przeciez jesli jest to jedna z twarzy liczacej 5000 lat tradycji cywilizacji, to musi byc to czesc tejze kultury, jej cecha, i nalezy te rozmaitosc uszanowac.

    Nie wiem, ale mam wrazenie ze nie ma to nic wspolnego z Chinami i ich kultura, ale po prostu codziennym chamstwem. Chamstwem, na ktore sie przyzwala, bo nie ma wplywu na polityczne filary panstwa. Chamstwem, ktore pozwala wyladowac frustracje wywolane m.in. (choc oczywiscie nie tylko) brakiem praworzadnosci. Kto w szkole uczy tzw. kultury codziennego wspolzycia? Mam wielki szacunek dla chinczykow ze w tym calym chaosie potrafia stronic od agresji i otwartych konfliktow, podczas gdy w pieknym kraju nad Wisla takie zachowania dawno doprowadzilyby do mordobicia. No ale posluszenstwo i uleglosc wobec wladzy, sily to cos, o czym pisal juz Lu Xun, nazywajac to niewolniczoscia narodu 国民奴性.

    Sprawdza sie niestety stara zasada, ze tylko chinczycy maja prawo rozprawiac o swoich wadach, a kazde zwrocenie na nie uwagi przez cudzoziemcow spotyka sie z gwaltownym sprzeciwem z ich strony. To tak jak na ktorejs sinologii w Polsce studenci zrobili wystawe fotografii o Chinach, i dominowala tematyka wiejska, jakiejs gorki, chlop orzacy pole ryzowe bawolem, etc. Wykladowcy z Chin poczuli sie bardzo dotknieci, ze nie pokazuje sie szanghajskich drapaczy chmur, nowoczesnosci. I choc faktycznie Chiny byly pokazane jednostronnie, ale w koncu chyba wolno dzieciakom pokazac swoje fascynacje to, czego nigdzie indziej sie nie zobaczy, to, co wcale nie jest jakas „dzikoscia” czy zacofaniem, ale ucielesnieniem fascynujacego i tajemniczego Orientu w oczach mlodych ludzi Zachodu. Obraz to jednostronny, na pewno, ale co w tym zlego?
    Oczywiscie wykladowcy chinscy nie chcieli „tracic twarzy”, we wlasnym jej rozumieniu, we wlasnych oczach. Ja pewnie tez bym chcial, zeby obok slomianej strzechy na zdjeciach o Polsce wspolczesnej byly rowniez fotki czegos super-nowoczesnego, zeby se amerykanie nie mysleli, ze u nas jakies zadupie jest. Oj kompleksy, kompleksy…

    A ten Godlewski to dran jest, ile on negatywnych opinii napisal o Chinach… Moze bys Nie Te Chiny jakis konkret podal? Bo jego blog byl wg mnie calkiem obiektywny. No ale moge sie mylic, bo moje rozumienie obiektywnosci moze nie byc rownoznaczne z Twoim i jeszcze dalsze od obiektywizmu absolutnego.

    Jedna rzecz jest pewna, im wieksze jest znaczenie Chin, im wiekszy wplyw tego kraju na swiat, tym wiecej bedzie sie o Chinach mowilo i pisalo, pozytywnie i negatywnie. Chinczycy musza sie z tym pogodzic, bo to reakcja na rosnaca sile ich kraju. Czesto sie go demonizuje, czesto pokazuje w negatywnych barwach, ale nie mozna go juz ignorowac, i to powinien byc juz powod do dumy. W Chinach nie poswieca sie duzo miejsca Polsce, ale jestesmy malym, niewiele znaczacym panstwem, i niewielkim narodem. Ubolewam nad tym, ale ciesze sie, ze moge ww tym kraju bez stresu i frustracji przejsc na zielonym swietle przez ulice…:)

  8. Katarzyna Pawlak

    Katarzyna Pawlak mówi:

    Fakt, że osoby z różnych krajów, także i z naszego (w Polsce, jak i zagranicą), zachowują się nieraz nienajlepiej a nieraz wręcz karygodnie, jest chyba najzupełniej oczywisty i nie zamierzam go żadną miarą negować, po prostu nie był on tematem artykułu. Powtarzam jeszcze raz, to, co zaznaczyłam w tekście dość wyraźnie, i podkreśliłam raz jeszcze w odpowiedzi Cebulcepekin: tematem artykułu była nie „ocena narodu chińskiego”, ani nawet dochodzenie przeze mnie samą do powodów takich a nie innych zachowań, ale przede wszystkim ukazanie tego, co w Chinach się dzieje pod wpływem kłopotów rodaków za granicą. Obecnie przetacza się tu duża dyskusja, czasem nieprzyjemna, ale ważna, stosowane są środki zaradcze powzięte na różnych szczeblach, pojawia się krytyka, czasem mocna. Mam niestety wrażenie, że głosy tej krytyki, o których piszę, niektóre osoby przypisały po prostu mi. Oczywiście można z chęci „chronienia” Chińczyków zrezygnować z mówienia o tej dyskusji, jak i problemach, które ją wywołały, tylko nie wiem, czy Chińczycy takiej akurat „ochrony” potrzebują.

  9. Cebulkapekin mówi:

    Droga Pani Autorko,

    Bardzo Pani dziękuję za odpowiedź i wyjaśnienie. To, co napisałam nie było żadną próbą przypisania Pani głosów krytyki innych ludzi. Jest w Pani tekście sporo trafnych spostrzeżeń, którym negować nie potrafię a nawet nie zamierzam. Odniosłam jednak wrażenie, że jako artykuł z intencji pokazywania toczącej się w Chinach dyskusji i refleksji, poświęcił on jednak znacznie więcej siły na szczegółowym opisywaniu chamstwa(słowo zapożyczone, lecz dobre) chociażby jak ojca drapiącego się po brzuchu odsłoniętym w wyniku podwinięcia koszulki z charakterystycznym wizerunkiem gracza w polo, niż na dyskusji, na tym, co społeczeństwo chińskie o takich zjawiskach mówi.

    Co do ciekawości na widok LAOWAJA, to z własnych doświadczeń mogę powiedzieć, że gapiów nigdzie nie brak. Sama przecież byłam LAOWAJEM w oczach Europejczyków, tyle że nie używają tego określenia. Nie czuję jednak potrzeby takiego oto wizerunku Europejczyków z takim powiększeniem rozpowszechniać wśród moich rodaków. Ale to w końcu tylko mój sposób zachowania. Nie chcę nikogo narzucić.

    Nie wiem też, skąd Pani miała wrażenie o potrzebie „ochrony Chińczyków”, ale napewno nie wynika to z mojego komentarza.

    Drogi/a YLK,
    Trafne określenie: chamstwo. Dokładnie. Można go zauważyć w moim kraju(Chinach) w życiu codziennym. Nie zgadzam się tylko z jednym – tu nie chodzi o tracenie twarzy czy wyłączne prawo do krytyki. W moim rozumieniu istnieje pewna różnica między „traceniem twarzy” a potrzebą szacunku. Usłyszawszy np. od ust Holendrów, że Polacy nie pracują sumiennie, śmierdzą (bo taki właśnie tekst czytałam w Polityce), Kowalscy też nie byliby chyba kontenci.

    Co do posłuszenstwa i uleglosci wobec wladzy, mogę tylko powiedzieć, że jestem innego zdania – przez obserwację, a nie książkę autorytetów, choć nie zaprzeczam, że 国民奴性istnieje nadal, lecz nie uogólniam. Istnieje wielkie prawdopodobieństwo, że się mylę, bo w końcu jestem tylko tym, co znajduje się wśród gór i nie orientuje się (不识庐山真面目,只缘身在此山中 :)

    Na zakończenie, za przejście bez stresu i frustracji przez ulice na zielonym świetle jestem naprawdę Pana/Pani zazdrosna :)

  10. GXB mówi:

    Pani Katarzyno,
    Fantastyczny artykuł i myślę, że każdy kto miał styczność z opisaną grupą chińskich turystów zauważył choć część zachowań opisanych przez Panią. Nie czuję w Pani artykule „wyższości”, o której pisał któryś z komentujących, a raczej odrobinę humoru.
    Nie do końca rozumiem, dlaczego osoba, która się tak nie zachowuje czuje się dotknięta Pani artykułem. Czy dlatego, że „laowai” odważył się opisać zjawisko rzeczywiście istniejące, a nie zamieść je pod dywan i napisać kolejny artykuł wychwalający pod niebiosa tradycje chińskie? Współczesna kultura chińska składa się wielu bardzo różnych elementów i nie da się o niej pisać w samych superlatywach. To samo dotyczy kultury polskiej i każdej innej.

  11. magda mówi:

    Nie tylko polskim firmom w Polsce sprzatanie po grupach chinskich sie nie oplaca, wczoraj po wizycie w barze ogladalysmy ze znajoma Szwajcarka podloge, sciany i stoly po intensywnym wieczorze i padl komentarz, ze francuskim hotelom w Chinach juz tez sie nie oplaca szorowac dywanow w 5-gwiazdkowej restauracji po kazdym sniadaniu, takze widze odwrot ming pajow w niedlugim czasie, bo hotel juz rozpatruje wyprowadzke z Chin (slynna siec hoteli, obecna rowniez w Polsce).

  12. Wojciech Jakóbiec

    Wojciech Jakóbiec mówi:

    Pani Magdo,
    w Chinach nie ma żadnych „francuskich” hoteli. Hotele działające pod markami należącymi do Accor (który, jak sądzę, miała Pani na myśli), podobnie jak hotele sieci Starwood (m.in. Sheraton i Westin), Marriott, Hyatt czy InterContinental, to franczyzy. Hotele jako takie należą do (miejscowych w większości) inwestorów, a międzynarodowe sieci jedynie sprzedają swoją markę i tzw. „know-how”, w niektórych przypadkach zarządzają hotelami w imieniu właściciela. To zatem jemu (tj. właścicielowi) może się tu coś ewentualnie opłacać lub nie.
    Zapewniam Panią, że ani nikt nie musi szorować dywanów po każdym śniadaniu, ani nikt się z Chin nie wyprowadzi (co mogłoby jedynie przybrać formę wypowiedzenia wszystkich umów franczyzowych – biznesowe seppuku). Spokojna głowa!

  13. magda mówi:

    Nie, nie te hotele mam na mysli, hotel o ktorym mowie to nie franczyza, ale hotel prowadzony przez wlascicieli francuskich. ZAPEWNIAM PANA oraz cala jego arogancje, ze po kazdym sniadaniu szoruje sie sale. Czy sie to panu podoba czy nie. Znam osobe, ktora mi to mowi, za kazdym razem kiedy sie z nia spotykam. Moge pana z nia zapoznac przy okazji. Ale pewnie wlozy jej to pan przemoca do gardla, bo jak juz bylo wielokrotnie podkreslone, powie pan najwieksza glupote tylko po to by bronic wielkiej chinskiej kultury.

  14. Tao Me Ke mówi:

    Czy widzieliscie Panstwo chinskich wiesniakow, w malych miasteczkach lub na wsiach?
    A tzw. “migrant workers” w duzych miastach?
    I czy zwrociliscie Panswto uwage na ich sposob zachowania.?
    - To teraz prosze zauwayc ze 80-90% sposrod chinskch turystow “rozbijajacych” sie po Europie i wydajacyh tu pieniadze urodzila sie na wsi, ewentualnie ich rodzice urodzili sie na wsi. Oznacza to, ze ich “obycie z mieszczanskimi zwyczajami” jest generalnie swiezo nabyte i slabo utrwalone. A kultura wyniesiona z domu rodzinnego silnie naznaczona “wiejskim akcentem”. Jeszcze 30 lat temu 80% ludnosci Chin zylo na tzw. prowincji, czy poza miastami bedacymi stolicami prowincji… Migracja do miast, bogacenie sie, przyjmowanie mieszczanskich obyczajow, i chloniecie obcej kultury – nastepuja w Chinach dynamicznie i bez kompleksow. I potrzeba zapewne pokolenia, moze dwoch, zeby mieszkancy chinskich miast zaczeli prowadzic mieszczanski (w europejskim rozumieniu) styl zycia, zachowania i podrozowania. Pokolenie urodzone w latach 90-tych niczym juz nie rozni sie od europejskich czy amerykanskich nastolatkow. Kiedy oni dorosna I zaczna podrozowac, beda byc moze nam zwracac uwage, ze “jakos tak nieelegancko trzymamy paleczki” zajadajac sie suhi czy sashimi…” :-) Dajmy im troche czasu.. Oni naprawde szybko “catch-up”..!!

  15. Wiesław Pilch mówi:

    Miła Pani
    Gdyby nie Tao Me Ke musiałbym napisac to co On napisał.
    Taka sama sytuacja ma miejsce w przypadku Mojego Drogiego Przyjaciela Zhongguo. Wyjął mi to z ust.
    Pozostaje tzw. państwo prawa. Autorka studiowała w Chinach i być może dlatego nie zna tekstów najwybitniejszego żyjącego polskiego sinologa prof. Gawlikowskiego. Dotyczących m.in. państwa prawa w dawnych Chinach.
    Ono ISTNIAŁO! W zupełnie innej formie niż w NASZEJ cywilizacji i nieporównanie wcześniej. Sugeruję nieśmiało słynnej sinolożce aby zechciała w wolnych chwilach posłuchać mojego czytania książeczki prof. Gawlikowskiego „Konfucjański model państwa w Chnach”- pod wskazaną stroną internetową.
    I jeszcze jedna uwaga którą wtrącam b. często w swoich felietonach zamieszczanych na You Tube. Białasy czyli zachodniacy chcieliby widzieć Chiny jako jeden z wielu krajów. Zorganizowanych na „ich kopyto”. Ale Chiny nie byly, nie są i nie będą jednym z wielu krajów. Przyswajają sobie ze świata zachodu to co Im wygodne w danym momencie historycznym i konwertują to do swoich potrzeb. I TO WSZYSTKO!
    Także coś co Pani nazywa „państwem prawa”. czy „porządkiem”. Ich państwo a co za tym idzie WSZYSTKO- PODLEGA CIĄGŁYM ZMIANOM!
    Na naszych oczach powstaje nowe państwo chińskie próbujące sie oprzeć na POWSTAJĄCEJ NA NOWO własnej cywilizacji.
    Rozumiem że to jest trudne do zrozumienia. Ale proszę spróbować.
    Ukłony
    Wiesław Pilch

  16. Katarzyna Pawlak

    Katarzyna Pawlak mówi:

    Szanowny Panie,

    Podkreślę raz jeszcze: stwierdzenie o słabości państwa prawa w Chinach, jak i inne przytoczone w tekście odpowiedzi próbujące wyjaśnić przyczyny obecnego „problemu turystycznego” (bo władze chińskie, jak i duża część zwykłych ludzi widzą różne zjawiska związane z podróżowaniem rodaków jako problem, wystarczy przejrzeć chińską prasę, fora, obejrzeć telewizję) pochodzą ze źródeł chińskich. I tak rzeczone stwierdzenie o słabości chińskiego państwa prawa, jak pisałam, znalazłam w komunikacie Państwowego Urzędu Turystyki, jako konkluzję pewnego seminarium, ale bynajmniej to nie jedyne miejsce, gdzie stawiane są w Chinach takie hipotezy: http://epaper.legaldaily.com.cn/fzrb/content/20130802/Articel07003GN.htm . Od wielu lat rozważaniom o kondycji państwa prawa jako przyczynie różnych fenomenów współczesnych Chin poświęca się chociażby Nanfang Zhoumo i wiele wiele innych podmiotów. Ja oczywiście teksty pana Gawlikowskiego znam, ale obawiam się, że sami Chińczycy się nimi nie sugerują formułując własne teorie dotyczące różnych zjawisk. Chciałabym jednocześnie zaznaczyć, że artykuł nie dotyczył historii państwa prawa w Chinach, ale prób spojrzenia na „problem turystyczny” widziany także od środka. Z pozdrowieniami, Katarzyna Pawlak

  17. Nowy typ chińskiego turysty | Café China mówi:

    [...] Przy okazji temat chińskiego turysty poruszany jest w różnych dyskusjach na forach internatowych czy blogach dotyczących Chin, jak np. w tym artykule pani Katarzyny Pawlak na stronie “Na temat Chin” http://natematchin.pl/homo-viator-sinensis-patrzy-na-siebie/#more-618 [...]

Skomentuj