Wobec nasilającego się kryzysu na Półwyspie Koreańskim padają ciągłe pytania: gdzie są i jak zachowają się władze Chińskiej Republiki Ludowej? Wang Yi – minister spraw zagranicznych zapewnił, że bez względu na rozwój sytuacji, Chiny w dalszym ciągu opowiadają się za denuklearyzacją Półwyspu Koreańskiego i powrotem do „rozmów sześciostronnych” (rozpoczętych w 2003 roku, a przerwanych w 2007). Jednak sytuacja wydaje się mało korzystna z punktu widzenia Pekinu.

„Rozróba”, którą urządził młody Kim, doprowadziła do zacieśnienia sojuszu Stanów Zjednoczonych z Koreą Południową i Japonią. Dała też japońskiemu premierowi Shinzo Abe zielone światło do ogłoszenia w Waszyngtonie „powrotu Tokio do gry”, co w konsekwencji może doprowadzić do uzasadnionej budowy armii z prawdziwego zdarzenia w miejsce Sił Samoobrony, które formalnie armią nie są i praktycznie nie mają zdolności ofensywnych.

Kim wygraża „amerykańskim imperialistom” – jednak czy na pewno kieruje te groźby do nich? Słowa rzucane pod adresem Waszyngtonu mogą mieć, paradoksalnie, swojego rzeczywistego adresata w Pekinie. Czy nie jest tu zasadne przywołanie haseł wygłaszanych niegdyś przez Mao Zedonga, który wzywał do „wyścigu z imperialistycznymi Stanami Zjednoczonymi”, podczas gdy realnie ścigał się ze Związkiem Radzieckim? Czy taka paralela może posłużyć do scharakteryzowania aktualnego układu ChRL-KRLD?

Po ostatniej północnokoreańskiej próbie nuklearnej Chiny stanęły w obliczu międzynarodowej presji i jednak poparły w Radzie Bezpieczeństwa ONZ sankcje nałożone na KRLD. Taką decyzję ułatwił z pewnością fakt, że nowa władza (tzn. Xi Jinping – sekretarz generalny KPCh i przewodniczący ChRL) zmuszana jest przez nasilające się nacjonalistyczne nastroje społeczne oraz rosnącą rolę struktur wojskowych w procesie decyzyjnym do wykazywania bardziej asertywnej postawy. Pokoleniowa zmiana w chińskim kierownictwie zbiegła się ze zmianą warty w Pyeongyangu. Tam też nowe pokolenie (w tym wypadku całkiem dosłownie) u steru musi pokazać siłę. Te okoliczności doprowadziły do „oziębienia” wzajemnych stosunków. Tu nowy przywódca i tam nowy przywódca, a obaj w tej samej sytuacji – konieczności budowania własnej pozycji, zaplecza politycznego czy godzenia interesów różnych frakcji w rządzącej partii.

Jednak Pekin w bardzo wyważony sposób podchodzi do problemu, jakim jest Koreańska Republika Ludowo-Demokratyczna. Pytanie, czy taka – w sumie dość bierna – postawa, jest korzystna dla chińskich władz? Przy założeniu, że Kim tylko straszy, aby zbudować sobie odpowiednią reputację wewnątrz własnego państwa – nieszczególnie. Przy założeniu, że straszy i zacznie realnie działać… również.

W scenariuszu pierwszym Chiny będą próbowały w sposób bardzo umiarkowany wskazywać Korei Północnej drogę reform taką, jaką same przebyły. Otwarcie na świat, reformy czy tworzenie specjalnych stref ekonomicznych oraz podkreślanie „historycznych więzów” (wojna koreańska) mają stanowić elementy oddziaływania Chin na KRLD. Niewątpliwie Pekin ma do zaoferowania transformacyjne know-how. W samej Korei Północnej jednak tworzone wspólnie strefy ekonomiczne czy transport Coca-Coli od „wielkiego brata” będą odbierane jako próba narzucenia modelu rozwoju, a przecież – jak twierdzi koreańska propaganda – „broń atomowa, a nie strefy ekonomiczne, to gwarancja suwerenności i niepodległości”.

Czy zatem Kim nie broni się w rzeczywistości przed narzuceniem przez Chiny modelu rozwoju i przekształceniem po raz wtóry Korei Północnej w „zsinizowanego wasala”? Tego chyba najbardziej obawiają się Koreańczycy z Północy, bo to Chiny, a nie Ameryka, mogą realnie stymulować rozwój gospodarczy w tej części Półwyspu i silniej wpływać na decyzje podejmowane przez reżim w Pyeongyangu. Warto pamiętać o historii regionu. To nie Stany Zjednoczone (które przez większość tego okresu w ogóle nie istniały) dominowały przez stulecia nad obszarami Korei. Trybut nie był płacony w Waszyngtonie, lecz w Pekinie. Korea składała ten trybut bez mała do końca panowania dynastii Qing (czyli do XIX wieku). To Chiny dominowały pod każdym względem: handlowym, wojskowym czy cywilizacyjnym. W końcu koreański alfabet (Hangul) powstał w XV wieku po to, aby wyzwolić się spod dominacji chińskich znaków.

Dziś wszyscy debatują o zasięgu rakiet czy potencjale nuklearnym, zapominając, że to pamięć historyczna, pozostająca gdzieś „z tyłu głowy”, jest istotnym czynnikiem stymulującym m.in. rozwój potencjału sił balistycznych. W tym układzie Kim straszy zatem i demonstruje swoją siłę nie tyle z myślą o Stanach Zjednoczonych, ile wobec „starszego brata” z północy, próbując udowodnić, że „chiński model” nie jest do zastosowania za graniczną Rzeką Yalu. Korea Ludowa kroczyć może bowiem inną, „trzecią drogą”, opartą na potencjale nie tyle gospodarczym, co nuklearnym. Ta „trzecia droga” mogła być przyczyną wycofania się Pyeongyangu ze wspominanych już „rozmów sześciostronnych”. Mimo że Pekin wykazał wolę zbudowania platformy porozumienia, to jednak okazało się, że nie był tu najważniejszym rozgrywającym.

Drugi z możliwych scenariuszy jest dla Chin również niezbyt szczęśliwy. Przekroczenie przysłowiowego Rubikonu przez Kima i rozpoczęcie, nawet krótkiego, konfliktu zbrojnego byłoby niekorzystne na kilku płaszczyznach. Taka sytuacja, jak piszą niektórzy chińscy eksperci, doprowadziłaby do konieczności rewizji chińskiego podejścia do relacji międzynarodowych, ustalonego jeszcze przez Deng Xiaopinga, a podsumowanego hasłem „pokój i rozwój”. Realne zagrożenie ze strony Pyeongyangu podważa takie podejście, gdyż wojna zachwiałaby lub obaliła „pokojowe otoczenie” Chin.

Po wtóre, w przypadku konfliktu Pekin musiałby się opowiedzieć po którejś ze stron, a to by była sytuacja bardzo niewygodna, tym bardziej że strona koreańska wyprosiła chińską placówkę ze swojej stolicy, pomimo próśb o pozostanie. Dodatkowo Chiny nie posiadają realnych sojuszników, choćby takich wymuszonych z pozycji siły, jakich mają Stany Zjednoczone. Pekin próbuje budować pozycję raczej na własną rękę, wykorzystując doraźne wsparcie, np. ze strony państw afrykańskich na forum Organizacji Narodów Zjednoczonych.

W wypadku wojny między KRLD a koalicją amerykańską trudno było by zachować bierną (jak dotąd) postawę. Stąd też, jak donosiły media, przeprowadzono mobilizację w Okręgu Wojskowym Shenyang, który odpowiada za obronę granic z Koreańską Republiką Ludowo-Demokratyczną. Chodzi przede wszystkim o postawienie „zapory ogniowej”, aby zapobiec rozprzestrzenieniu się konfliktu zbrojnego na Chiny Północno-Wschodnie, gdzie żyje przecież znacząca mniejszość koreańska. Takie defensywne podejście jest chyba najbardziej realne, gdyż trudno sobie wyobrazić Chińską Armię Ludowo-Wyzwoleńczą wkraczającą do stolicy KRLD i instalującą podporządkowany Pekinowi, marionetkowy rząd.

Innym elementem tej układanki są biznesowe powiązania Chin z Koreą Południową. I nie chodzi nawet o Chiny jako takie, ale mające coraz większe znaczenie chińskie władze lokalne. W tym przypadku głównie bogatej prowincji Shandong, która ma bardzo silne powiązania gospodarcze z Seoulem. Koreańczycy z Południa aktywnie uczestniczą w różnych międzynarodowych programach mających na celu modernizację tej prowincji. Jak skądinąnd wiadomo, „lobby shandońskie” jest bardzo silne w strukturach centralnych. Te interesy należy w jakiś sposób chronić – tam w końcu bogacą i modernizują się Chińczycy.

Co zatem zrobi Pekin? W obu przedstawionych scenariuszach sytuacja nie jest dla wzrastającej potęgi Chin korzystna. Kim, o czy nie mówi, boi się zdominowania własnej agendy przez rosnące mocarstwo. Tego samego obawiają się sojusznicy Stanów Zjednoczonych: Japonia i Korea Południowa. Tyle że Pyeongyang działa w pojedynkę i używa argumentów, które uważa za najbardziej skuteczne. Idąc dalej, dyplomacja chińska, aby nie utracić możliwości realnego wpływu na rozwój sytuacji, musi włączyć się w działania wspólnoty międzynarodowej, co przy wrodzonym chińskim izolacjonizmie, może nie być sprawą łatwą. Utrzymanie kanałów dyplomatycznych pertraktacji, niezależnie od sytuacji, musi pozostać w gestii Pekinu. Problem w tym, że obecnie sama przysłowiowa „marchewka” nie wystarczy, więc polityka wobec KRLD będzie musiała zostać wzbogacona użyciem „kija”. To może być bolesne rozstanie z propagowaną wizją „pokojowych Chin”, które prowadzą swoją politykę bez używania sankcji, kupując sobie pokojowe otoczenie w Azji Wschodniej.

Chiny muszą być bardziej aktywne czy wręcz agresywne, aby nie zostać odstawione na dyplomatyczny boczny tor. Widać już, że Pekin traci nerwy i – jak donoszą media południowokoreańskie – odmówił już przyjęcia specjalnego wysłannika z KRLD. Wpisuje się to z pewnością w słowa ministra spraw zagranicznych Wang Yi, który uznał, że Chiny nie pozwolą, aby na ich granicach doszło do konfliktu i będą naciskały na powrót do rozmów. W podobnym duchu wypowiedział się przewodniczący Xi Jinping w przemówieniu inaugurującym regionalne forum w Bo’ao na Hainanie. Jednak same chińskie deklaracje tu nie wystarczą. Pekin będzie skazany na współpracę z Waszyngtonem.

***

O ile „pohukujący” reżim północnokoreański mógł być wykorzystywany przez Pekin dla równoważenia potencjału amerykańskiego w regionie, o tyle trzecia próba nuklearna bezwzględnie wzmocniła amerykańskie sojusze i obecność wojskową w tej części świata. Paradoksalnie, jeśli to Korea Północna miała być jedynym z elementów „antyamerykańskiego kordonu”, to takie założenia przyniosły odwrotny od oczekiwanego skutek. Bez względu na to jak rozwinie się sytuacja, jesteśmy zatem świadkami tworzenia się „ChinAmerica”, czyli systemu zarządzania, określanego do tej pory przez stronę amerykańską jako „G2”. Póki co w Azji Wschodniej, ale ze względu na rosnące globalne interesy Chin nie jest wykluczone, że przekształci się on w system światowy.



3 Komentarze

  1. Quyuan mówi:

    To już byłaby chyba „czwarta droga”, skoro to Chiny podążają „trzecią drogą” :) . Ciekawa interpretacja sytuacji, ale ciekaw jestem jakie byłyby praktyczne, konkretne sugestie podjęcia „zdecydowanych” działań przez Chiny w obecnej sytuacji: Odcięcie dostaw żywności do Korei Północnej? Koncentracja wojsk na ich granicy? Zapowiedź zestrzelenia rakiet, ewentualnie cyberataku na wszelkie instalacje wojskowe? Podpisanie strategicznego sojuszu z USA skierowanego przeciwko Korei Północnej? Chiny chyba nie mają lepszej opcji do wyboru w obecnej sytuacji niż (nie)spokojne wyczekiwanie dalszego rozwoju wypadków. W sytuacji ciągłego „otaczania” Chin przez kolejne bazy wojskowe USA, raczej trudno sobie wyobrazić ChinAmerica…

  2. Deming mówi:

    zaczynając od końca: to że ktoś kogoś otacza wcale nie znaczy, że nie chce z nim tworzyć rzeczywistości międzynarodowej. Wykorzystuje różne narzędzia by wciągnąć go do gry. W tym wypadku jest to „otaczanie” przez Waszyngton tak by uzyskać lepsze warunki w przyszłym ChinAmerica.

    Co do możliwości oddziaływania Chin na KRLD – pewnie instrumentów jest sporo tylko brakuje zdecydowania. Wydaje się, że wynika to z tego, że przez ostatnią dekadę Chiny tworzyły wizję możliwego alternatywnego zachowania w stosunkach międzynarodowych – Chiny to humanitarne mocarstwo, nie wykorzystujące potencjału zbrojnego, lecz pokojowo wzrastające (od 2003 r. kiedy Zheng Bijian ogłosił „pokojowe wzrastanie”). W zderzeniu z realiami taki tok myślenia może zostać bardzo szybko zweryfikowany negatywnie a wtedy wszyscy (na początku w Waszyngtonie) powiedzą: „ja wiedziałem, że tak będzie”…

  3. LEAM Komentarze 18: Chińskie oblicze usunięcia Jang Song Thaeka | LEAM Plus mówi:

    [...] o wielowiekowej dominacji Państwa Środka nad Półwyspem Koreańskim, pokazują, że Pjongjang obawia się wejścia w orbitę zbyt silnych wpływów [...]

Skomentuj