Intensyfikacja kontaktów między Polską a Chinami po podpisaniu komunikatu o nawiązaniu „strategicznego partnerstwa” wydaje się nie poddawać wątpliwościom. Było forum gospodarcze, forum akademickie, konsultacje dyplomatyczne na wyższym niż dotąd szczeblu, teraz czas na forum regionalne. Co rusz w jednym z chińskich resortów pojawia się oficjalna delegacja z Warszawy. Wydaje się, że slogan „strategiczny partner” zaczyna działać. Jak należy przypuszczać, taki też był zamysł – przez wyznaczenie nowej rangi relacji nadać rozmachu relacjom bilateralnym. Sam komunikat, w porównaniu do chińsko-niemieckiego czy chińsko-francuskiego, uznać należy za ubogi, ale władze na wszystkich szczeblach administracji partyjno-państwowej w Chinach dowiedziały się z niego, że oto jest jeszcze jeden strategiczny partner.

Warto nadmienić, że dyplomacja chińska tytułem „strategicznego partnera” posługuje się wyjątkowo chętnie. Stąd też, jak twierdzą niektórzy w Pekinie, sami decydenci w Państwie Środka stracili już orientację, kto jest bardziej „strategiczny”, a kto mniej. Być może jest to działanie wpisujące się w chińską kulturę strategiczną, zastosowanie klasycznego fortelu „zamącić wodę, by wyłowić rybę” (混水摸鱼 hun shui mo yu), który polega na wprowadzeniu chaosu dla osiągnięcia własnych partykularnych celów. W końcu mówimy to o racjonalnie prowadzonej polityce. W odniesieniu do współpracy polsko-chińskiej ma to jednak drugorzędne znaczenie. Współpraca między „regionami” z pewnością nie jest prosta. Po pierwsze, należy przyjrzeć się skali oraz możliwościom oddziaływania podmiotów tej współpracy po obu stronach. Po drugie, pokazać, jak taką współpracę realizują inni, na przykład Stany Zjednoczone. I wreszcie, wskazać możliwe warianty współpracy regionalnej Polski z chińskimi partnerami.

Łodzi i Tianjinu skale i możliwości  

Dla zobrazowania różnic najlepsze jest, jak się wydaje, konkretne zestawienie dwóch przypadków. Z kilku względów do porównania wybrano Łódź i Tianjin. Oba miasta leżą w odległości nieco ponad 100 km od stolic swoich państw, na czym prawdopodobnie kończą się ich podobieństwa. Łódź liczy 720 tys. mieszkańców i ma powierzchnię 232 km2, a Tianjin – 12 mln mieszkańców, zamieszkujących 11 tys. km2. Tianjin, który jest tzw. „miastem wydzielonym” (zob. też artykuł Wojciecha Jakóbca w dzisiejszym wydaniu), obejmuje 13 dzielnic i 3 powiaty, podczas gdy Łódź ma 5 dzielnic i sama jest formalnie powiatem. Tak różna skala wymaga różnych modeli zarządzania lokalnymi społecznościami, przede wszystkim w wymiarze instytucjonalnym.

Przypomnijmy w tym miejscu, że w chińskim systemie zarządzania państwem obecne są struktury partyjne: sekretarz komitetu miejskiego czy prowincjonalnego KPCh pełni funkcję równolegle do „państwowego” burmistrza czy gubernatora, który zawsze jest jego zastępcą w partyjnych strukturach. Rozdziału państwa i partii nie ma, zatem w praktyce sekretarz komitetu miejskiego czy prowincjonalnego jest odpowiednio: „nadburmistrzem” lub „nadgubernatorem”.

Wracając do Tianjinu, władze miasta składają się z 45 „roboczych” wydziałów oraz 25 pomniejszych biur. Porównując zatem poziomy administracyjne, Łódź odpowiada bardziej poziomowi dzielnicy. Przykładowo: władze dzielnicy Heping posiadają 6 „delegatur” (Łódź – 5 w całym mieście, a w każdej około 8 referatów) oraz 35 wydziałów. Idąc dalej, struktury Łodzi kończą się na radach osiedla (jest ich 36), natomiast Tianjinu na komitetach mieszkańców w liczbie 1504!

Fundamentalną różnicą jest charakter chińskich i polskich władz lokalnych. W Chinach lokalne zgromadzenia przedstawicieli ludowych oraz rządy lokalne podlegają odpowiednim władzom centralnym (bezpośrednio lub za pośrednictwem szczebla prowincjonalnego). W Polsce władzę lokalną sprawuje samorząd, a w Chinach – struktury podporządkowane hierarchicznie centrali.

Organem odpowiedzialnym w Tianjinie współpracę międzynarodową jest (miejskie) Biuro Spraw Zagranicznych (w skrócie: 外办, wai ban). Posiada ono w swoich strukturach nawet wydziały terytorialne: amerykański, europejsko-afrykański, azjatycki, ds. Hongkongu i Makau. Dla porównania, łódzkie Biuro Promocji, Turystyki i Współpracy z Zagranicą posiada jedynie oddziały: ekonomiczny, promocji miasta, turystyki i współpracy zagranicznej. Zestawienie to pokazuje zupełnie inną skalę zaangażowania władz lokalnych w Chinach we współpracę zagraniczną. Nie należy również zapominać o tym, że w chińskim systemie monopartyjnym ważniejsze (niż kontakty z Biurem SZ) mogą okazać się kontakty z Wydziałem Łączności Międzynarodowej lokalnego komitetu partyjnego.

Rodzi to pewne trudności natury instytucjonalnej: w końcu w Polsce nie ma partyjnych komórek odpowiedzialnych (na szczeblu lokalnym!) za współpracę międzynarodową. Na poziomie krajowym struktury takie w poszczególnych polskich partiach politycznych pewnie funkcjonują, lecz owoców ich międzynarodowej aktywności szukać próżno, a w przypadku Chin nadal brakuje odważnych.

Jak to robi Ameryka?

Mimo ogromnej różnicy potencjałów oraz systemów politycznych między Polską a “mocarstwami”, warto jednak przedstawić najnowsze inicjatywy amerykańskie. Gubernator Kalifornii Edmund G. Brown spotkał się niedawno z ministrem handlu Gao Huchengiem, a umowę o współpracy podpisał z wiceministrem tego resortu Wang Chao. To, czego można się uczyć od (uwaga!) Amerykanów, to formuła wypowiedzi amerykańskiego gubernatora. Już na początku wizyty w Chinach oświadczył, że nie interesuje go polityka, a jedynie biznes, dodając: „W porównaniu do ogromnych Chin, Kalifornia jest stosunkowo mała. Jednak z uwagi na innowacje, Dolinę Krzemową czy nowości w dziedzinie medycyny, jesteśmy, w co głęboko wierzę, ważnym partnerem dla Chin.” Z jednej strony należy zatem podkreślać biznesowe intencje oraz swoją „małość” wobec „wielkich Chin”, z drugiej zaś – znając potrzeby chińskiej gospodarki i zdywersyfikowanego społeczeństwa, wskazywać potencjalne obszary współpracy.

Co ważne, jest to pierwsze tego typu porozumienie między chińskim ministerstwem i władzami lokalnymi wybranych jednostek szczebla prowincjonalnego (Jiangsu, Mongolii Wewnętrznej, Szanghaju, Shandongu, Guangdongu i Chongqingu) a jednym z amerykańskich stanów. Widzimy tu, gdzie leży prawdziwa oś współczesnych stosunków międzynarodowych. Początki rozmów sięgają wizyty ówczesnego wiceprzewodniczącego ChRL Xi Jinpinga w Kalifornii, kiedy to nakreślono warunki dalszej współpracy. Powołano wówczas „China-California Joint Task Force”, która miała za zadanie intensyfikację wzajemnych inwestycji. Idąc krok dalej, administracja Kalifornii podpisała umowę z prowincją Jiangsu, spotykając się przy okazji z chińskim wiceministrem handlu oraz delegacją z Shandongu. Od początku swej kadencji gubernator Brown był, i jest nadal, zainteresowany budową kolei wysokich prędkości z udziałem chińskiego kapitału (a pewnie i technologii) oraz inwestycjami amerykańskimi w sektor ochrony środowiska w Chinach. Nie dziwi to w obliczu danych sugerujących, że ok. 29% zanieczyszczenia powietrza w Kalifornii pochodzi z Chin.

Na mocy podpisanego 10 kwietnia w Pekinie memorandum, powstanie grupa robocza ds. współpracy – stanowi ona nową jakość nie tylko w dwustronnych relacjach amerykańsko-chińskich, ale być może jest też wzorem do naśladowania?  Do zadań grupy zaliczono m.in. wymianę informacji, organizowanie seminariów na temat handlu i inwestycji, wymianę misji handlowych oraz budowanie „strategicznych relacji między miastami Kalifornią a Chinami”.

Trzy warianty współpracy

Realizacja „strategicznego partnerstwa” nie jest sprawą prostą. Wobec ogromnych dysproporcji pomiędzy Chinami a Polską, owocna współpraca wymaga sporego nakładu pracy i zrozumienia zachowań partnera. Zasadnym wydaje się ukierunkowanie polskich podmiotów samorządowych, biznesowych na pojedyncze, wybrane obszary w Chinach. Kolejnym krokiem winno być stworzenie biura reprezentującego jednostki samorządu na terenie wytypowanej (po uprzedniej analizie) prowincji, regionu autonomicznego czy miasta wydzielonego. Przecież odosobnione działania polskich samorządów raczej „kokosów” nie przyniosą i tu z pomocą powinny przychodzić instytucje państwowe. Po pierwsze, raczej nie ma co liczyć na to, że z marszałkiem, wojewodą, a tym bardziej prezydentem miasta, spotka się urzędnik w randze ministra handlu. Gubernator prowincji przyjmie wiceministra, ale niższego rangą urzędnika lokalnego już nie. Czy zatem w ramach szerszej debaty na temat polskiej polityki wobec Chin nie powinno powstać przysłowiowe „centrum dowodzenia” – „kwatera główna na Chiny”? Tu jednak pierwszą przeszkodą jest rywalizacja o Chiny w Polsce i pewnie podobna, choć nie w takiej skali, rywalizacja o Europę Środkową w Chinach.

Jeśli jednak samorządy chcą działać na własną rękę, co pewnie będzie mniej efektywne (ale nie niemożliwe), powinny znajdować partnerów porównywalnych skalą do siebie. I tak, województwo winno szukać miasta partnerskiego (mniejszego jednak niż Tianjin czy Kanton) a miasto, zamiast rzucać się na współpracę miasto-miasto, wytypować jedną z dzielnic chińskiego miasta i tam zaczynać współpracę. Warto pamiętać, że na szczeblu „dzielnicy” działają w Chinach nie delegatury, a po prostu lokalne rządy szczebla dzielnicowego.

Trzecia z możliwych opcji to wykorzystanie współpracy „euroregionów” i próba nawiązania relacji z Chinami w formule: europejski region (połączenie współpracy np. polsko-czesko-niemieckiej) i wybrana, po uprzedniej solidnej analizie, chińska prowincja, region autonomiczny czy miasto wydzielone. Współpraca między regionami w Europie cieszy się dużym powodzeniem i przynosi efekty. W wariancie trzecim przydatna będzie Bruksela czy choćby, coraz bardziej widoczna i aktywna, Grupa Wyszehradzka, jako wsparcie dla organizacji spotkań i konferencji mających ułatwić współpracę z Chinami.

Wśród wskazanych tu trzech wariantów ostatni wydaje się najbardziej racjonalny. W Europie rywalizacja o Chiny nie ma większego sensu, bo będzie prowadziła do dalszych podziałów, a chyba nie o to chodzi w projekcie europejskim. Co więcej, działanie w pojedynkę również nie przyniesie efektów materialnych, bo Chińczycy ze swoim kapitałem (np. Export-Import Bank czy China Development Bank) małymi projektami zainteresowani raczej nie są, a mali i średni inwestorzy chińscy mają pewne problemy z inwestowaniem za granicą. Z Chinami trzeba współpracować, ale tylko w szerszym zespole europejskim ta kooperacja przyniesie wymierne korzyści.



Jeden Komentarz

  1. Ke Minglei mówi:

    Na niedawnym szkoleniu przeprowadzonym dla władz samorządowych (Urząd Marszałkowski) usłyszałam od uczestników, m.in. z Departamentu Współpracy z Zagranicą, kilka ciekawych komentarzy, a mianowicie:

    1. Niestety zwiększenie nakładów pracy w zakresie promocji dwustronnych relacji i danego regiony kończy się brakiem siły przerobowej po stronie polskiej. Okazuje się bowiem, że polskie władze szczebla wojewódzkiego nie są przygotowane na ciągły napływ chińskich delegacji czy mnogość inicjatyw i „huodong`ów”. Prowadzi to często do dość ostrożnego podejścia do kwestii promocji własnej w Chinach.

    2. Oczywiście jedną z przyczyn stanu rzeczy z punktu 1 jest brak funduszy. Polska strona podkreślała, że współpraca z zagranicą to nie tylko Chiny, ale także kraje nam bliższe. Zatem należy odpowiednio rozdystrybuować środki, tak żeby żaden z partnerów nie był rozczarowany czy „pokrzywdzony”, jak wiemy odpowiednia reprezentacja generuje konkretne koszty. Sprawy nie ułatwiają media, które wyjazdy do Chin traktują często w kategoriach wakacji za publiczne pieniądze.

    3. Komentarz uczestników dotyczył również, a jakże, kwestii braku personelu, najlepiej odpowiednio przeszkolonego, który mógłby poświęcić cały swój czas i uwagę współpracy z Chinami.

    Słuszną zatem wydaje się jedna z propozycji autora, która sugeruję wykorzystanie współpracy „euroregionów”, chociażby w zakresie turystyki (dogodna infrastruktura, bezpośrednie połączenia pomiędzy niektórymi miastami, łącząca kraje historia, itp.).