Cały świat śledzi epopeję informatyka Edwarda Snowdena, który ujawnił informacje o internetowym szpiegostwie uprawianym przez amerykańskie służby specjalne. Snowden opuścił wczoraj Hongkong, w którym ukrywał się przez dwa tygodnie, udając się do Moskwy. Według najnowszych informacji, nie wsiadł jednak, wbrew powszechnym oczekiwaniom, do samolotu lecącego do Hawany.

Chociaż wydaje się, że chiński epizod jego spektakularnej ucieczki przed karzącą ręką Waszyngtonu jest już zakończony (pewne wątpliwości rodzi fakt, że żadnemu z dziennikarzy nie udało się go na moskiewskim lotnisku zobaczyć), warto zadać pytanie, kto podjął decyzję o umożliwieniu mu wyjazdu ze Specjalnego Administracyjnego Regionu ChRL. Pytanie o tyle ciekawe, że Stany Zjednoczone zdążyły jeszcze przed jego wyjazdem złożyć w Hongkongu wniosek o ekstradycję Snowdena.

Jest niemal pewne, że to właśnie ten wniosek spowodował wyjazd informatyka do Moskwy. Jak ujawnił Albert Ho (prawnik, członek hongkońskiej Rady Ustawodawczej i jeden z przywódców tamtejszej prodemokratycznej opozycji), przedstawiciele władz Hongkongu niedwuznacznie zasugerowali Snowdenowi opuszczenie regionu. Jednocześnie władze Hongkongu oficjalnie poinformowały Stany Zjednoczone, że nie miały podstaw do uniemożliwienia Snowdenowi wyjazdu, jako że amerykański wniosek ekstradycyjny był „niekompletny”. Wywołało to oczywiście furię w Waszyngtonie, dla którego rewelacje informatyka (w tym o cyberwłamaniach do chińskich serwerów) były tym bardziej niewygodne, że pojawiły się w czasie, kiedy namiętnie dyskutowano o tego rodzaju działalności prowadzonej przeciwko Stanom Zjednoczonym przez Chiny.

Trudno sobie wyobrazić, żeby władze Hongkongu samodzielnie podjęły decyzję o wypuszczeniu Snowdena. Wprawdzie teoretycznie rzecz pozostawała w ich gestii i to Hongkong, a nie cała ChRL, ma umowę ekstradycyjną ze Stanami Zjednoczonymi, ale nie jest żadną tajemnicą, że władze regionu (mimo jego bardzo szerokiej autonomii) słuchają wskazówek płynących z pekińskiej centrali. Tym bardziej w tak politycznie drażliwej kwestii, którą w dodatku można od biedy podciągnąć pod politykę zagraniczną i kwestie bezpieczeństwa narodowego – obie stanowią zaś, zgodnie z ustawą zasadniczą Hongkongu, prerogatywy centralnych władz ChRL.

Pekin oczywiście nie ujawni swojego zaangażowania w sprawę, robiąc pokerową minę i twierdząc, że nigdy nie zamierzał się mieszać, a decyzję pozostawił w gestii władz Hongkongu. Te z kolei, jak wszystko na to wskazuje, dyskretnie zasugerowały Snowdenowi wyjazd, gdyż jedyną taktyką, jaką mogły tu zastosować bez jawnej odmowy respektowania swoich umownych ustaleń ze Stanami Zjednoczonymi, było odwlekanie sprawy (ze względu na konieczność „uzupełnienia” wniosku ekstradycyjnego), a to taktyka działająca tylko na krótką metę. Po wyjeździe Snowdena wniosek ekstradycyjny stał się jednak bezprzedmiotowy i problem niejako sam się rozwiązał.

Można było oczywiście próbować jeszcze całej procedury ekstradycyjnej, łącznie z bitwą przed wszystkimi sądowymi instancjami, ale to zawsze jakieś ryzyko i perspektywa kolejnych miesięcy bezustannego zamieszania, protestów i innych „uciążliwości”, których nie chciały z pewnością ani władze Hongkongu, ani Pekin.

Hongkong umywa więc ręce, a tym samym ręce umywają Chiny. Dlaczego? A no dlatego, że żadnego pożytku ze Snowdena już by raczej nie miały. Ujawnienie przez niego informacji o hakerskiej działalności amerykańskich służb przeciwko własnym obywatelom i obcym państwom (w tym Chinom) zupełnie wystarcza do podbudowania podnoszonych już wcześniej przez Pekin argumentów, że Chiny są raczej ofiarą cyberszpiegostwa, a nie jego sprawcą. Wystarczyło też jako amunicja do zaatakowania amerykańskich twierdzeń o własnej „wyjątkowości” i moralnej wyższości. Więcej już by z całej sprawy Pekin chyba nie wycisnął.

Odmowa wydania Snowdena stałaby się z kolei przeszkodą na drodze ku „nowego rodzaju relacjom między mocarstwami”, jakie Chiny chcą budować ze Stanami Zjednoczonymi. Z drugiej strony, wydanie Snowdena Amerykanom też nie wchodziło w grę, bo chińska opinia publiczna nie byłaby w stanie tego zaakceptować. Odczytałaby bowiem taki gest jako oznakę słabości Chin, uginanie się przed amerykańskim dyktatem, a także ciche przyzwolenie na oburzające (choć chyba nie zaskakujące – nikt raczej tak naiwny nie jest) praktyki władz Stanów Zjednoczonych.

Snowdena musiał się zatem Pekin z Hongkongu pozbyć, ale nie wydając go Stanom Zjednoczonym, lecz przerzucając ten „gorący kartofel” w inne ręce. To się, jak widać, udało, a dokonane zostało wprawdzie rękami władz Hongkongu, ale – trudno w to wątpić – za przyzwoleniem, czy może wręcz z inspiracji, władz w Pekinie.



Skomentuj