W ciągu zaledwie pięciu dni chińskiej kulturze, w której wyróżnia się dziesiątki lokalnych odmian tradycyjnej opery, przybył nowy gatunek – „opera jinańska”, jak od miejsca, w którym toczy się najbardziej sensacyjny proces ostatnich dekad, nazwano sprawę Bo Xilai’a. Przed sądem w stolicy prowincji Shandong stanął jeden z najpotężniejszych do niedawna ludzi w Chinach. Poprzez starannie wyreżyserowane rozprawy chińskie władze starały się stworzyć pozory przejrzystego i sprawiedliwego procesu sądowego.

Nie pomogło jednak nawet założenie przez sąd w Jinan na popularnej platformie mikroblogów konta, z którego świat informowano o przebiegu procesu kontrowersyjnego polityka. Konto pod koniec procesu obserwowało 2,5 mln osób. Pierwsze od kilkunastu miesięcy upublicznione zdjęcie Bo Xilai’a, zrobione na sali sądowej, zostało skopiowane w internecie kilkaset tysięcy razy. Można przypuszczać, że nad reżyserią procesu Bo pracowało kilkaset osób, a wypuszczane w świat informacje przechodziły nie tylko przez wiele cenzorskich rąk, lecz także i przez ręce dzierżących obecnie stery władzy.

Ostatecznie usłyszeliśmy tylko to, co chiński sąd (czytaj: władze partyjne) chciał, aby do nas dotarło. Sąd w Jinan publikował na Weibo niepełne stenogramy z rozpraw, a według dobrze poinformowanych źródeł, na które powołują się m.in. dzinnikarze hongkońskiego dziennika „South China Morning Post”, były one cenzurowane. W co nietrudno uwierzyć.

Proces unaocznił skalę zepsucia chińskich elit politycznych. O tym, jak wyglądało życie najbliższych członków rodziny Bo, dowiedzieliśmy się tylko dlatego, że żona polityka Gu Kailai otruła brytyjskiego „biznesmena” Neila Heywooda (choć de facto wciąż z całą pewnością nie można stwierdzić, dlaczego tak się stało). Ostatniego dnia procesu w Jinan Bo Xilai zeznał przed sądem, że były szef policji w rządzonym przez niego do momentu politycznego upadku mieście wydzielonym Chongqing Wang Lijun miał romans z Gu Kailai, a jego ucieczka i schronienie się w amerykańskim konsulacie w Chengdu związana była właśnie z tym odkryciem, którego dokonał zdradzany małżonek.

Dzięki procesowi Chińczycy dowiedzieli się na przykład, ile kosztuje przelot prywatnym odrzutowcem z Dubaju pod Kilimandżaro. Dokładnie 50 000 dolarów. Opiewający na tę sumę rachunek Bo Guagua (syna Bo Xilai’a) opłacić miał biznesmen Xu Ming. Według prokuratury, w latach 2007-2012 wydatki na podróże Bo Guagua i jego matki Gu Kailai wyniosły łącznie prawie pół miliona dolarów. Na trasie ich podróży znaleźć się miały m.in. Włochy, Niemcy, Argentyna i wiele państw afrykańskich. Z jednej z takich podróży Bo Guagua przywieźć miał ojcu – jak zeznała Gu Kailai – blitong, czyli specjalnie przygotowane i suszone mięso, które nie należy to tanich. Bo Xilai, wbrew protestom swego syna postanowił mięso ugotować, a rodzina cieszyła się nim przez miesiąc – zeznawała Gu Kailai. Takie i podobne absurdalne rewelacje ujrzały światło dzienne podczas procesu Bo.

O ile na tej samej sali sądowej, w obecności Bo, zeznawał Wang Lijun, o tyle za kompletną porażkę sądu uznać można brak konfrontacji upadłego polityka z jego żoną. Jej zeznania w dużej mierze obciążają męża, ale prokuratura zdecydowała się jedynie na upublicznienie 11-minutowego nagrania wideo, na którym – szczerze mówiąc – Gu Kailai nie sprawia wrażenia osoby zrównoważonej psychicznie.

To (czyli niepoczytalność), jak również kłamstwa, których celem miało być uzyskanie łagodniejszego wyroku, zarzucił swojej żonie Bo Xilai. Po opublikowaniu odpowiedzi polityka na zeznania żony w chińskim internecie pojawił się nawet dowcip, że największą karą dla obojga byłoby zamknięcie małżeństwa w jednej celi. Gu Kailai w ubiegłym roku usłyszała wyrok skazujący ją na karę śmierci z odroczeniem wykonania za zabójstwo Heywooda. W praktyce oznacza to, że z więzienia może wyjść już po 14 latach. O ile wcześniej jej życia nie zakończy choroba, o której dużo się spekuluje.

Choć trudno było się spodziewać, że będzie to rzetelny proces karny, pozostawił on jednak, w moim odczuciu, duży niesmak. Wyraźnie widać, że scenarzyści tego przedstawienia pokazali nam tyle, ile chciały ujawnić obecne władze Chin. Po ujawnieniu afery z jego udziałem Bo Xilai mógł z dnia na dzień stracić wielu wpływowych przyjaciół, ale przecież z dnia na dzień nie zniknęły jego i członków jego rodziny powiązania biznesowe z innymi wpływowymi rodzinami Chin. To tylko spekulacje, ale w chińskich realiach jak najbardziej uprawnione. Trzeba pamiętać, że Bo Xilai jest synem Bo Yibo – jednego z najbardziej wpływowych chińskich przywódców lat 80. ubiegłego wieku. Bo Xilai należy zatem (podobnie jak obecny sekretarz generalny Xi Jinping) do partyjnej arystokracji, a jego sieć wpływowych znajomości i powiązań sięga czasów dzieciństwa.

Z procesu w kształcie, jaki zaserwowano opinii publicznej, wynika jednak, że „dwór” jednego z najpotężniejszych chińskich polityków składał się z zaledwie dwóch biznesmenów, którzy teraz stali się świadkami oskarżenia…

Innym komicznym aspektem procesu było przydzielenie Bo Xilai’owi, który jest dość postawnym mężczyzną, „obstawy” w postaci dwóch wyższych od niego o głowę policjantów. Flankujący Bo na sali sądowej „stróże prawa” o wzroście koszykarzy NBA mieli na sobie policyjne mundury z identycznymi numerami identyfikacyjnymi.

Według prokuratury, podczas procesu udało się dowieść winy Bo Xilai’a, którego oskarżono o przyjęcie (za pośrednictwem syna i żony) 3,5 mln dolarów łapówek, sprzeniewierzenie 800 tys. dolarów publicznych środków i nadużycia władzy. Bo Xilai nie przyznaje się do żadnego z zarzutów. Odwołał też wcześniejsze zeznania, złożone przed partyjną komisją kontroli dyscypliny (to ona zawsze bada tego rodzaju sprawy przed przekazaniem ich prokuraturze). Bo zeznał, że podczas przesłuchań wywierano na niego presję, a przyznał się do przyjmowania łapówek – jak cytuje Agencja Xinhua – „licząc na pozostanie w partii i kontynuowanie kariery politycznej”. Bo Xilai dodał do zeznań to, czego od niego oczekiwano, czyli stwierdzenie, że nie udało mu się utrzymać dyscypliny w domu, przez co „zawiódł partię i obywateli”.

Przedstawiciel prokuratury stwierdził w mowie końcowej, że zarzuty stawiane Bo Xilai’owi są niezwykle poważne. Zgodnie z chińskim prawem, kara śmierci grozi już za przyjęcie łapówki w wysokości ponad 100 tys. juanów (około 16 tys. dolarów). Dobrze poinformowane chińskojęzyczne media hongkońskie i singapurskie spekulują jednak, że Bo Xilai spędzi w więzieniu od 13 do 20 lat, ale kary śmierci uniknie.

Przeciętnych mieszkańców Chin proces nie interesował prawie w ogóle. Do tego stopnia, że – jak relacjonowali zagraniczni dziennikarze z Jinan -  jego przebiegu nie śledzili nawet mieszkańcy miasta, w którym się odbywał. Przed sądem w stolicy prowincji Shandong demonstrowała jednak grupka zwolenników Bo Xilai’a, którzy przed policją zasłaniali się portretami Mao Zedonga. Bo był bowiem od co najmniej kilku lat postrzegany jako ideowy przywódca populistycznego lewego skrzydła w KPCh, a jego eksperymenty z reanimacją „czerwonej kultury” (śpiewanie rewolucyjnych pieśni i odgrzewanie maoistowiskich sloganów) zyskały mu dużą popularność wśród kręgów konserwatywnych, z nostalgią wspominających „dobre czasy” Mao. Być może zbyt dużą, jak na gust innych prominentnych polityków walczących przed XVIII Zjazdem o wpływy i stanowiska na szczytach.

Traktując proces Bo poważnie, wypadałoby zapytać, czy przed sądem nie powinna ponownie stanąć Gu Kailai i przebywający obecnie na studiach w Stanach Zjednoczonych Bo Guagua. Spekuluje się, że obciążające męża zeznania Gu były ceną za nietykalność jej syna. Swoją drogą, obrzydzeniem wręcz napawa fakt, że w roku 2011 jeden z chińskich biznesmenów sfinasował prodziekanowi jednego z wydziałów Harvardu (gdzie wówczas studiował Bo Guagua), wykładowcom tej uczelni i 40 kolegom młodego Bo wycieczkę do Chin. Jestem ciekaw, czy po ujawnieniu tych informacji władze szacownej uczelni wyciągnęły jakiekolwiek konsekwencje wobec uczestników niesławnego wyjazdu.

„Opera jinańska” to znakomity materiał na wieloodcinkowy serial. Jestem pewien, że przyjdzie czas, kiedy taki powstanie.

Zdjęcie wykorzystane jako ikona wpisu zostało opublikowane przez sąd, przed którym toczył się proces Bo Xilai’a.



3 Komentarze

  1. Tao Me Ke mówi:

    Na jeszcze jedna rzecz warto zwrocic uwage – calkowicie nowa w przypadku chinskich procesow polityczno-korupcyjnych: do tej pory wszyscy oskarzani i skazywani dygnitarze, biznesmeni, aktywisci, itd., gdy stawali w swietle kamer przed obliczem sadu, zawsze mieli spuszczone glowy, i z pokora wyznawali swoje winy; skladali samokrytyke, i domagali sie slusznego i surowego ukarania samych siebie.
    Bo Xilai zachowuje sie zupelnie inaczej. Jest hardy, dumny, nieugiety, wrecz zuchwaly w swojej postawie i skladanych oswiadczeniach. Nie boi sie (a przynajmniej tego nie okazuje). Jego wyzywajace spojrzenie i szelmowski usmieszek w kaciku ust sa “godne podziwu” biorac pod uwage fakt, ze facet jest skonczony i powinien raczej drzec o swoje zycie (jak wielu innych przed nim drzalo – ze wspomniec ex-ministra kolejnictwa, w identycznej sali sadowej, nie tak dawno temu).
    On tymczasem – mimo ze nie slyszymy jego slow – daje wyrazny sygnal wszystkim ktorzy obserwuja ten process: “wszyscy klamia, kradna i oszukuja. I nie ludzcie sie, ze ci ktorzy przyszli po mnie sa czysci i prawi. Moj jedyny blad polegal na tym, ze nie utrzymalem dyscypliny we wlasnej rodzinie.. Nowi przywodcy wcale nie sa lepsi ode mnie i pewie kreca nie gorsze walki..” – i pewnie ma racje..!!:-) Ale Chinczycy i tak doskonale to juz wiedza. Dlatego zainteresowanie tym procesem w Chinach, wsrod “zwyklych obywateli” jest mniej wiecej takie, jak zainteresowanie strategicznym partnerstwem dospodarczym z Polska..;-)

  2. YLK mówi:

    Fotki Bo Guagua, syna Bo Xilai’a, z dziadkiem, rodzicami i – a jakzeby inaczej – kolesiami i kolezankami…:)
    http://ent.msn.com.cn/celebrity/pics/4/189010.shtml

  3. YLK mówi:

    Fakt, mnie postawa Bo bardzo przypomina Chen Xitonga. Nie bedzie stryczka, bedzie komfortowy areszt domowy do konca zycia.

Skomentuj