Garść uwag o stosunkach Polski i Chin po wizycie marszałek Kopacz

Polska ma w końcu w Chinach swoje 5 minut. Dostrzeżono nas bez specjalnych urządzeń powiększających. Aparat propagandy nie pieje wprawdzie z zachwytu nad współpracą z nami, jak np. nad współpracą z państewkami wyspiarskimi  (głos każdego z nich w Zgromadzeniu Ogólnym NZ równy jest naszemu), ale po latach naszej „chińskiej politycznej amnezji” politycy znad Wisły starają się jak mogą, aby polsko-chińskie stosunki rozwijać.

Polacy wciąż mają duży problem z wizytami polskich polityków w Chinach. Problem ma przeciętny Kowalski, dziennikarka dużej stacji telewizyjnej i prezydent. Kowalski zapyta (i słusznie), czy wyjeżdżając tak daleko na tak długo (do Chin trudno na krótko) ten czy ów polityk nie funduje sobie wakacji za pieniądze tegoż Kowalskiego. Dziennikarka, która o sytuacji w Chinach wie zaledwie ciut więcej niż o sytuacji w Brazylii czy Meksyku, zapyta, czy warto współpracować z komunistami. Prezydent zaś (czy raczej jego otoczenie) za wszelką cenę będzie się starał, aby jego wyjazd zaowocował wielkimi słowami i dużymi kontraktami, ukrywając przed dziennikarzami fakt zwiedzania Zakazanego Miasta. Ja mam z tym wszystkim ogromny problem, wręcz osobisty – od ponad 8 już lat codziennie staram się bowiem, jak tylko mogę, informować na bieżąco o tym, co ważnego i ciekawego się w Państwie Środka dzieje.

Z Chinami warto i trzeba rozmawiać. Trzeba prowadzić dialog na jak największej liczbie płaszczyzn. Cieszy zwiększająca się liczba polskich turystów w Chinach. Jeszcze bardziej cieszy ponad 50 polskich przedsiębiorców w maju tego roku na największych targach branży spożywczej w Szanghaju. Cieszy program promocji polskiej kultury w Chinach (praktycznie nie ma tygodnia, aby nie było imprezy z udziałem artysty z Polski).

W Chinach, jak w żadnym innym kraju, bardzo mało można zdziałać na polu współpracy gospodarczej, czy nawet kulturalnej, bez dobrych relacji politycznych. Czy nam się to podoba, czy nie, jeśli chcemy w Chinach promować nasze wartości lub tylko polskie mleko, musimy mieć co najmniej poprawne relacje z Chińczykami na płaszczyźnie politycznej. I takie teraz mamy. Bez cienia wątpliwości, Warszawa jest dla Pekinu liderem Europy Środkowo-Wschodniej. To w naszym kraju w ubiegłym roku odbyło się spotkanie ówczesnego premiera Chin Wen Jiabao z szefami rządów 16 państw tego regionu. W tym gronie znalazły się też kraje spoza Unii, przez co Bruksela na całą inicjatywę patrzy z dużą dozą ostrożności. Wiem, że powołanie Sekretariatu ds. Współpracy Chin z Europą Środkowo-Wschodnią nie podoba się wielu europejskim dyplomatom z państw „starej Unii”. Głównie Niemcom i Francuzom, bo do tej pory to ich zdanie nadawało ton stosunkom europejsko-chińskim. Nawet jeśli uznać, że nie jesteśmy ważnym partnerem w dyskusji o współpracy między UE a Chinami, polskiego głosu nie sposób już nie słyszeć i ignorować. Od grudnia 2011 roku z Państwem Środka łączy nas strategiczne partnerstwo. Czas wypełniać je treścią. To apel nie tylko, a może nawet przede wszystkim nie, do polskich polityków, lecz do pana Kowalskiego i pani dziennikarki. Przyszedł czas, żeby młodzi Polacy poznali młodych Chińczyków. W Chinach wciąż pokutuje obraz Polski jako kraju „gdzieś między Rosją a Niemcami”. W Polsce zaś kluczem do „rozumienia” Chin wciąż jest myślenie skojarzeniowe oparte na formule „Chiny–komunizm–reżim–stop”, tudzież pochopne snucie analogii „ChRL=PRL”.

Niedawną wizytę marszałek Kopacz w Chinach zapamiętamy głównie dlatego, że doszło do niej 4 czerwca. Nie wiem, czy ktoś będzie cokolwiek pamiętał ze spotkań gospodarczych (trochę ich było), czy nawet deklaracji, że powstanie polsko-chiński mechanizm dialogu o prawach człowieka. Decyzji o wyjeździe do Chin akurat w tym terminie trudno bronić, bo sama marszałek i jej otoczenie zdają sobie sprawę, że niezależnie od tego, jak dobra to była wizyta, będzie postrzegana poprzez pryzmat jej daty. Marszałek Kopacz podczas spotkań z chińskimi politykami poruszała temat praw człowieka. Polscy politycy, moim zdaniem, mają moralny obowiązek niezapominania o wartościach, dzięki którym jesteśmy teraz wolnym narodem. To jednak jeden z wielu powodów wizyt naszych decydentów w Państwie Środka i wolałbym, żeby z warszawskiej perspektywy był co najmniej równoważny z budowaniem coraz lepszych relacji gospodarczych z Chinami. A nie jest, bo perspektywa postrzegania współpracy z Chińczykami w Polsce jest mocno zaburzona.

Paradoksalnie, dzięki kontrowersyjnej decyzji o pobycie w Chinach 4 czerwca, wizytę Ewy Kopacz jednak zapamiętamy. „Można mnie o wszystko posądzić, tylko nie o to, że jestem tak cyniczna” – odpowiedziała mi Ewa Kopacz na pytanie, czy dzięki wizycie w tak newralgicznym czasie Polska chciała zyskać u gospodarzy „dodatkowe punkty”. Marszałek polskiego Sejmu jako jedna z pierwszych odwiedziła Chiny po objęciu tamże najwyższej władzy przez nowe pokolenie polityków. W ciągu ostatnich kilkunastu tygodni w Pekinie byli też minister Boni i minister Siemoniak. Nie przypominam sobie jednak słów oburzenia w Polsce po moich depeszach, w których informowałem np., że zamierzamy zacieśniać współpracę wojskową z Chinami.

Kolegów dziennikarzy namawiam do czytania o Chinach, przekonywania wydawców i redaktorów naczelnych, że warto Polakom o Chinach opowiadać. Przeciętnych Kowalskich namawiam do tego, aby każdy we własnej dziedzinie zainteresował się Chinami, zastanowił się, czy realizując w Warszawie międzynarodowe (czyt: europejskie) projekty, nie warto byłoby doprosić do nich chociażby „symbolicznego” Chińczyka. Znajdą się chętni i ciekawi. Zakończyliśmy właśnie wizytę w Polsce czołowych chińskich blogerów. Dużo dobrego z niej będzie. O tym jednak wkrótce. Pana Prezydenta, Premiera i inne ważne osobistości zachęcam, aby postarały się psychologicznie przepracować „syndrom Machu Picchu”  i nie robić polityki międzynarodowej skalkulowanej wyłącznie na wewnętrzne dwa ognie. Pomoże. Zaczną nas poważniej traktować. Nie tylko Chińczycy.



Skomentuj