Konferencje prasowe w Chinach przypominają starannie wyreżyserowane spektakle. Im donioślejszy temat, im ważniejszy dostojnik, tym lepszy dobór rekwizytów, miejsca akcji, a przede wszystkim – osób na widowni. Co roku po zakończeniu sesji parlamentu (OZPL) szef chińskiego rządu spotyka się z dziennikarzami. W tym roku konferencja ta miała szczególny charakter, gdyż po raz pierwszy w głównej roli wystąpił Li Keqiang – nowy premier Chin.

Nie ma mowy o żadnej spontaniczności. To, co wygląda na chwilę zastanowienia prowadzącego konferencję przed wyborem kolejnego dziennikarza, który premierowi Chin zada pytanie, to doskonała gra. Organizatorzy konferencji prasowej premiera Li doskonale wiedzą, kto i jakie pytanie chce zadać, bo trzeba im je wcześniej zgłosić. Bez zgłoszenia pytania przed konferencją nie ma najmniejszych szans na stanięcie twarzą w twarz z Li Keqiangiem. Stawka jest wysoka. Dla chińskich dziennikarzy możliwość zadania pytania premierowi to kwestia prestiżowa. Tu panuje pełna przewidywalność. Pytania grzeczne i ogólne. Zagraniczni korespondenci z kolei – gdyby w ostatniej chwili przyszło im do głowy zmienić zgłoszony wcześniej temat na inny – muszą liczyć się z tym, że będzie to ich ostatnie pytanie na jakiejkolwiek konferencji z udziałem ścisłego kierownictwa Chin.

Teatralizacja konferencji ma bardzo praktyczny wymiar. W niedzielny poranek transmituje ją „na żywo” (czyli w chińskich warunkach z kilkusekundowym opóźnieniem) większość głównych stacji telewizyjnych. Do oglądania zmuszeni są też np. pasażerowie pekińskiego metra, bo na telebimach, których w każdym wagoniku metra jest kilka, zamiast reklam, z ekranu przemawia Li Keqiang.

Najciekawsze w tych konferencjach jest oczywiście to, czego zwykły śmiertelnik nie ma szansy dostrzec. Dziennikarze chińscy i zagraniczni tego dnia do Wielkiej Hali Ludowej, gdzie obraduje OZPL, wchodzić mogą od 7:40 rano. O 9:00 początek posiedzenia plenarnego kończącego tegoroczną sesję parlamentu. Półtorej godziny później – konferencja Li Keqianga. Większość dziennikarzy zagranicznych rusza ku sali, gdzie odbędzie się spotkanie z premierem Chin. I tu pierwsza nieprzyjemna niespodzianka. O 8:00 rano wolne są już tylko miejsca w ostatnich czterech rzędach (a jest ich w sumie około 20). Potem okazuje się, że większość miejsc zajęta jest przez ochroniarzy, pracowników MSZ i „zaprzyjaźnionych” dziennikarzy głównych chińskich mediów, którzy (dość niepocieszeni) przyszli tu z samego rana „robić za tłum”.

Kolejna część ceremonii – rozpoczyna się „wielkie usadzanie”, które nadzoruje Biuro Prasowe MSZ. Wyławiani z sali „wybrańcy” lądują w pierwszych rzędach. Vis-à-vis premiera Chin przede wszystkim korespondenci z byłych państw socjalistycznych. Mnie ten zaszczyt nie spotyka, siedzę w jednym z ostatnich rzędów. Znaleźć się na konferencji prasowej premiera Chin to i tak jednak powód do dumy! Nie każdy otrzymuje zaproszenie. Zależy to wyłącznie od arbitralnej decyzji Biura Prasowego MSZ, czasem podyktowanej zawartością naszego dziennikarskiego portfolio. W tym roku wielkimi nieobecnymi są dziennikarze „New York Times’a”. Nie było ich także na konferencji Xi Jipinga, kończącej XVIII Zjazd KPCh. To „kara” za publikację dotyczącą majątku rodziny byłego już premiera Wen Jiabao.

Konferencja Li Keqianga trwa półtorej godziny. Na przemian prawo do zadawania pytań otrzymują dziennikarze z Chin i korespondenci zagraniczni. Dziennikarze z Hongkongu, Makau i Tajwanu lądują w puli „zagranica”, co skutecznie zmniejsza szanse na pytania nie o ogólne plany rządu na przyszłość, ale o to, jak nowy rząd zamierza poradzić sobie ze starymi problemami. W trakcie 90-minutowego spotkania z chińską i światową prasą dziennikarze spoza Azji zadają trzy pytania. Associated Press pyta o cyberataki, „Le Monde” – o skażenie środowiska, a RIA Novosti – siłą rzeczy o stosunki Chin z Rosją przed pierwszą zagraniczną podróżą Xi Jinpinga (właśnie do Moskwy).

Dodam, że przy pierwszych dwóch pytaniach sala ożywa, a część chińskich dziennikarzy reaguje na drażliwe kwestie nerwowym śmiechem. Dziennikarz AP pyta – najpierw po chińsku, potem sam tłumaczy się na angielski – „czy Chiny zaprzestaną cyberataków na USA”. Li Keqiang żartuje, że korespondent powinien dostać podwójne wynagrodzenie (konferencja tłumaczona jest przez tłumaczy Rady Państwowej – to też ważne, bo nawet najbardziej drażliwe pytanie zadane po angielsku, którym nie włada aż tak duża liczba chińskich telewidzów, w wersji mandaryńskiej można „ugładzić”). Całkiem na poważnie już dowiadujemy się, że to Chiny są główną ofiarą cyberataków. „W pańskim pytaniu wyczuwam założenie winy [po stronie Chin]” – mówi premier. „Nie powinniśmy stawiać sobie nawzajem bezpodstawnych zarzutów” – dodaje.

W trakcie 90 minut w świat idzie zapewnienie, że Chiny zamierzają utrzymać wzrost gospodarczy, walczyć z korupcją i bardziej intensywnie monitorować stan środowiska naturalnego. Nic, czego nie słyszelibyśmy wcześniej z ust chińskich polityków w ciągu ostatnich lat.

Na uwagę zasługuje też wystąpienie, bo przecież nie pytanie, dziennikarza hongkońskiej stacji Phoenix TV. „Panie premierze, zwróciłem uwagę na pewien szczegół. W trakcie konferencji prasowej ponad 30 razy podniósł pan rękę, co przypomina mi o spotkaniu z panem 11 lat temu. Pracował pan wówczas w prowincji Henan. Podczas spotkania byłem pod wrażeniem pana pewności siebie i mądrości”. Tym razem śmiechem wybucha cała sala, wliczając w to Li Keqianga. Jakie pytanie mogło paść po takim exposé? Tu następuje dalsza część panegiryku ku czci Li. Dziennikarz znów wplata wątki osobiste, po czym pyta premiera o… jego filozofię życiową!

Spektakl kończy się małym zamieszaniem. Na szczęście już poza zasięgiem kamer telewizyjnych. Prowadzący konferencję ogłasza, że przy wyjściu można sobie zabrać „na pamiątkę” drukowane zaproszenie. Wybucha trwająca kilka minut regularna bitwa o kawałki papieru z pozłacanym wytłoczeniem w kształcie Wielkiej Hali Ludowej.

Po 9 latach w Chinach i dziesiątkach, jeśli nie setkach, konferencji prasowych nie przestaje mnie zadziwiać, jak bardzo chińskie władze nie radzą sobie z budowaniem wizerunku (czy, ogólniej, PR-em), o który tak bardzo przecież starają się dbać. Wydaje się oczywiste, że dopuszczenie większej liczby pytań o kwestie kontrowersyjne (przecież i tak z możliwością przygotowania zawczasu „błyskotliwych” odpowiedzi) stworzyłoby pozytywne wrażenie większej pewności siebie i otwartości chińskiego przywództwa – nie tylko wobec świata, ale również krajowej opinii publicznej. Myślę jednak, że teatralizacje konferencji prasowych to być może jedyna metoda na uniknięcie miażdżącego dla jednej ze stron zderzenia diametralnie różnych podejść do roli dziennikarza.



Jeden Komentarz

  1. Daga Gregorowicz mówi:

    Łatwo być nieświadomym, lub zapomnieć o takiej rzeczywistości przebywając w Chinach jako turysta.

    Nie macie tam łatwo… oj nie macie

Skomentuj