Poważne już, po opisywanej przez nas nowej odsłonie sporu o Wyspy Diaoyu/Senkaku, napięcia w relacjach chińsko-japońskich zwiększyła jeszcze w ostatnim miesiącu wizyta premiera Shinzo Abe w Świątyni Yasukuni (złożył ją 26 grudnia). Gest ten, jak można się było spodziewać, wywołał ostrą reakcję przedstawicieli władz Chin. Z Pekinu posypały się gromy, a relacje chińsko-japońskie weszły w kolejną fazę konfrontacji – tym razem na polu stosunku do przeszłości, a więc – można by rzec – „polityki historycznej”.
Yasukuni to szintoistyczna świątynia, w której oddaje się hołd japońskim żołnierzom, którzy zginęli w wojnach toczonych od drugiej połowy XIX wieku. Problem w tym, że wśród 2,5 mln upamiętnionych w ten sposób ludzi (w większości szeregowych członków japońskiej armii – w tym sensie rzeczywiście raczej ofiar wojen) znaleźli się również czołowi dowódcy z czasów II wojny światowej – ludzie uznani przez Międzynarodowy Trybunał Wojskowy dla Dalekiego Wschodu (wschodnioazjatycki odpowiednik Trybunału Norymberskiego) za winnych zbrodni przeciwko pokojowi (tzw. „zbrodniarze wojenni klasy A”). Część z nich „zginęła” już po wojnie, wyrokiem wspomnianego Trybunału, na szubienicy.
Reakcja Pekinu na wizytę Abe w Yasukuni była błyskawiczna i zgodna z oczekiwaniami – jeszcze tego samego dnia rzecznik chińskiego MSZ ostro potępił japońskiego premiera, zarzucając mu próbę podważenia nie tylko historycznej oceny japońskiego militaryzmu i zbrodni z okresu II wojny światowej (ze słynną masakrą nankińską na czele), ale wręcz całego ładu międzynarodowego, który się po tej wojnie ukształtował.
Echa wizyty Abe nie milkły przez cały miesiąc. Pekin stanowczo oświadczył, że japoński premier „nie jest w Chinach mile widziany” i odrzucił możliwość bezpośrednich kontaktów chińsko-japońskich na wysokim szczeblu (zapowiedziano m.in., że Xi Jinping nie spotka się z Shinzo Abe przy okazji uczestnictwa ich obu w otwarciu Igrzysk w Soczi).
Nie pomogło oświadczenie szefa japońskiego rządu, który zadeklarował chęć wyjaśnienia motywów swojej wizyty w Yasukuni w osobistych rozmowach z przywódcami Chin i Korei Południowej (Japonia anektowała Koreę w 1910 roku, okupację zakończyła dopiero klęska tej pierwszej w II wojnie światowej). Kilka dni po szefie rządu w kontrowersyjnej świątyni pojawił się zresztą jeden z ministrów jego gabinetu Yoshitaka Shindo.
Obaj politycy są wnukami prominentnych postaci z okresu II wojny światowej. Nobusuke Kishi, dziadek Abe, był najpierw wysokim urzędnikiem w okupowanej przez Japonię Mandżurii, a potem (w latach 1941-1945) ministrem uzbrojenia. Mimo podejrzeń o współodpowiedzialność za zbrodnie wojenne, nie został ostatecznie postawiony w stan oskarżenia, a w latach 1957-1960 pełnił nawet urząd premiera. Dziadek ministra Shindo był z kolei generałem – zginął dowodząc obroną wyspy Iwo Jima.
Shinzo Abe nie jest oczywiście odpowiedzialny za decyzje i działania swojego dziadka, ale powojenne losy tegoż wydają się symptomatyczne i pozwalają chyba lepiej zrozumieć, dlaczego uporanie się z tragiczną przeszłością jest w Azji Wschodniej tak niezwykle trudne. Konstruowanie prostych paraleli nie jest tu może właściwą drogą, ale trudno oprzeć się takiej oto refleksji: czy jesteśmy sobie w stanie wyobrazić Angelę Merkel w miejscu upamiętniającym (obok milionów szeregowych żołnierzy Wehrmachtu) Hermanna Göringa? Czy jesteśmy sobie w stanie w ogóle wyobrazić, że ktoś w powojennych Niemczech wpadłby na pomysł włączenia takich postaci do pamięci o „poległych”?
Europejskie analogie pojawiły się zresztą również w wypowiedziach przedstawicieli chińskich władz. Chińskie media przypomniały gest Willy’ego Brandta z 1970 roku i drukowały zdjęcia Angeli Merkel składającej hołd ofiarom obozu koncentracyjnego w Dachau, nawołując japońskich polityków do brania przykładu z niemieckich.
Tymczasem z Tokio napływały kolejne dowody na „asertywność” w kwestiach historycznych. Kiedy w Harbinie otwarto pod koniec stycznia ufundowane wspólnie przez Chiny i Koreę Południową muzeum poświęcone Ahn Jung-geunowi, jeden z członków japońskiego rządu zaprotestował przeciwko czczeniu „terrorysty”. Ahn był koreańskim działaczem niepodległościowym, który w tymże Harbinie dokonał w 1909 roku zamachu na Ito Hirobumi – byłego premiera Japonii i japońskiego rezydenta w Korei u progu jej aneksji. Ahn Jung-geun jest dla Koreańczyków bohaterem i symbolem oporu przeciwko japońskiemu imperializmowi – taka ocena wpisuje się również w chińskie spojrzenie na historię Azji Wschodniej pierwszej połowy ubiegłego stulecia.
Oliwy do ognia dolał też prezes japońskiej telewizji publicznej Katsuto Momii, który starał się zbagatelizować jedną z bardziej odrażających zbrodni dokonanych przez japońską armię w okresie II wojny światowej, czyli zmuszanie tysięcy kobiet i dziewcząt (m.in. Chinek i Koreanek) do służenia żołnierzom jako seksualne niewolnice (tzw. 慰安妇 – dosł. „pocieszycielki”). Momii uznał, że takie zjawisko było „powszechne we wszystkich krajach prowadzących wojnę”, więc nie należy krytykować za to wyłącznie Japonii. Wkrótce, skonfrontowany z falą oburzenia, wycofał się ze swoich uwag, wygłoszonych jako „prywatny pogląd”.
Sam Shinzo Abe, podczas pobytu w Davos, porównał aktualne relacje między Japonią a Chinami do tych, które panowały między Niemcami a Wielką Brytanią w przededniu wybuchu I wojny światowej. Dość stonowaną odpowiedź dał szef chińskiego MSZ Wang Yi, który – odrzucając analogię jako zupełnie nietrafioną – zaproponował chińsko-japońskie negocjacje na temat Wysp Diaoyu/Senkaku (o których Tokio nie kwapi się rozmawiać, uważając problem za nieistniejący).
Abe próbował jeszcze załagodzić sytuację, wzywając w liście otwartym do mieszkających w Japonii Chińczyków do skupienia się na przyszłości oraz startegicznie ważnych i obustronnie korzystnych relacjach japońsko-chińskich (w sferze gospodarczej dla obu stron niezwykle istotnych). List zawierał też życzenia: „oby w Roku Konia obu krajom udało się przeskoczyć wszystkie przeszkody”. Hippiczna metafora nie zrobiła jednak wrażenia na Chinach, które – ustami rzecznika MSZ – orzekły, że Abe powinien „zatrzymać konia nad przepaścią”, a także „natychmiast przyznać się do błędu” i „natychmiast zmienić swoją postawę”. Użyty w tej wypowiedzi chiński zwrot „natychmiast” (马上) można dosłownie przetłumaczyć jako: „na koniu”.
Ochody Święta Wiosny, najważniejszego w Chinach tradycyjnego święta, przyniosą zapewne krótką przerwę w tym ciągnącym się od miesiąca (a z mniejszą intensywnością – od lat) sporze. Trudno jednak oczekiwać jego trwałego zakończenia w przewidywalnej przyszłości, bo wymagałoby ono fundamentalnego przewartościowania stosunku japońskich elit do przeszłości własnego kraju.
Chiny z całą pewnością „nie odpuszczą”, bo takie gesty wiodących polityków z Tokio dają im bardzo poręczne argumenty przeciw sąsiadowi i regionalnemu rywalowi. Argumenty, z którymi w zasadzie nie da się dyskutować – japońska odpowiedzialność za agresję na państwa Azji Wschodniej i Południowo-Wschodniej, a przede wszystkim dokonane przy jej okazji zbrodnie (oprócz mordów na ludności cywilnej i tragedii wspominanych „pocieszycielek”, można tu wymienić także eksperymenty na ludziach przywodzące na myśl działalność Josefa Mengele i użycie broni biologicznej), nie budzi na świecie wątpliwości. Dla Pekinu to pretekst nie tylko do pobudzania „patriotycznego wzmożenia”, ale i wbijania klina między Tokio a Seul czy Tokio a Waszyngton (odpowiedzialny zresztą po części za brak pełnego rozliczenia Japonii z II wojną światową).
Shinzo Abe ma pewnie swoje wewnątrzpolityczne powody dla podejmowania takich, a nie innych, decyzji – i nie chodzi tu raczej o jego rodzinne powiązania. Nie jest wszak politycznym szaleńcem. Polityczny chłód (czy, odwracając metaforę, gorące spory) w relacjach chińsko-japońskich zaczyna się jednak odbijać na innych dziedzinach wzajemnych stosunków. Mimo że Japonia pozostaje, z 330 mld dol. obrotów w roku 2013, piątym partnerem handlowym Chin, jej pozycja w tym rankingu spada. Liczba japońskich turystów odwiedzających Chiny zmniejszyła się w minionym roku o 1/5, choć systematycznie rośnie liczba Japończyków mieszkających w Chinach (150 tys. w roku 2013).
Konfrontacyjny kurs grozi jednak konsekwencjami o wiele poważniejszymi niż spadek obrotów handlowych czy ruchu turystycznego. Nakładające się na siebie spory terytorialne i historyczne pogłębiają niechęć wobec Japonii w Chinach. „Patriotyczna” mobilizacja może być wprawdzie dla chińskich władz, na krótką metę, korzystna, ale po przekroczeniu pewnego punktu krytycznego może popchnąć przywództwo ChRL w kierunku działań, których ono samo pewnie wolałoby uniknąć, a które mogą zagrozić stabilności całego regionu. Jeśli Abe gra na sprowokowanie Chin do jakichś agresywnych posunięć, żeby uzasadnić konieczność wzmocnienia potencjału wojskowego swego kraju, jest to gra bardzo niebezpieczna.



Jeden Komentarz

  1. Wiesław Pilch mówi:

    „Shinzo Abe ma pewnie swoje wewnątrzpolityczne powody dla podejmowania takich, a nie innych, decyzji”. Bez wątpienia. I myślę że te powody istnieją w samej Japonii. A jakie to powody domyśliłem się po przeczytaniu pewnej pracy. I stworzyłem felieton w swoim chińskim kanale na You Tube pod tym adresem:
    http://www.youtube.com/watch?v=sOeNL72I6jg&feature=c4-overview&list=UUUvzz4o2Lz3BBJwBmaAf0CQ.
    Ukłony.

    P.S.Powody są opisane na końcy więc radzę posłuchać całości.
    Artykuł na dorym poziomie. Ale nie zgadzam się z konklują.

Skomentuj