Jedno z podstawowych założeń północnokoreańskiej propagandy brzmi: jeśli powie się coś wystarczająco wiele razy, ludzie w końcu zaczną w to wierzyć. I tak, komunikat głoszący, że Stany Zjednoczone aż ręka świerzbi do wywołania kolejnej wojny w Korei (poprzednio uczyniły to rzekomo w 1950 roku) i do użycia swojej broni atomowej (co również już kiedyś uczyniły – w roku 1945), powtarzany przez urzędników na masowych wiecach i zebraniach w zakładach pracy, przez umieszczone na samochodach obwoźne megafony, przez radio i telewizję, w filmach oraz w podręcznikach szkolnych, raczej ludzi przekonuje.

Argumentację wzmacnia oczywiście fakt utrzymywania przez tego „wroga numer jeden” pokaźnych rozmiarów armii tuż za granicą [w Korei Południowej stacjonuje prawie 30 tys. amerykańskich żołnierzy - red.], prowadzenie przez niego regularnych manewrów wojskowych, które bez trudu dają się odczytać jako przygotowania do (kolejnej) inwazji, jak również niebezpiecznie bliskie rajdy niewidzialnych dla radarów bombowców i wyposażonych w głowice nuklearne okrętów podwodnych należących do tegoż wroga.

Problem jednak w tym, że u zagranicznego odbiorcy takie powtarzanie nie wywołuje pożądanego efektu – i wyraźnie irytuje władze w Pyeongyangu to, że reakcją na ich regularne „potrząsanie szabelką” jest coś w rodzaju ziewnięcia, połączonego z konstatacją: „znowu to samo”. Dawno już zorientowano się tam, że jedynym sposobem na zwrócenie uwagi ludzi spoza samej Korei Północnej oraz skłonienie ich do poważnego potraktowania północnokoreańskich gróźb i żali, jest wymyślenie retoryki jeszcze bardziej agresywnej i gestów budzących jeszcze głębszy niepokój niż wszystko, co widziano do tej pory. Cóż zatem począć, kiedy przerobiło się już rutynowe pogróżki o zrównaniu Seulu z ziemią, przeprowadziło próby rakietowe i jądrowe – co dalej? No cóż, „drze się na strzępy” porozumienie o zawieszeniu broni, przemieszcza się kilka wyrzutni rakietowych i – o zgrozo – powstrzymuje swoich robotników od pojawiania się w należących do południowokoreańskich pracodawców zakładów we wspólnym parku przemysłowym.

Co daje Pyeongyangowi wstrzymanie de facto działalności specjalnej strefy ekonomicznej, która – położona po północnej stronie dzielącej Koreę strefy zdemilitaryzowanej – jest znaczącym symbolem zbliżenia między Północą a Południem? Cóż, choćby to, że odcinając warte dziesiątki milionów dolarów rocznie źródło twardej waluty, które – wskutek sankcji ONZ, ograniczających inne źródła jej dopływu – jest z pewnością coraz bardziej przydatne, demonstruje się, że tym razem to już naprawdę na poważnie. Na użytek wewnętrzny – północnokoreańscy przywódcy w swoich międzynarodowych posunięciach zawsze biorą pod uwagę aspekt wewnętrzny (co ciekawe, to samo można powiedzieć o amerykańskiej administracji w jej relacjach z Koreą Północną) – działania takie wyznaczają powrót do sposobu myślenia w kategoriach: „stoimy pod ścianą” i „my przeciw całemu światu”, który jest od czasu do czasu osłabiany w tych rzadkich przypadkach, kiedy wydaje się, że następuje pewien postęp w otwieraniu się KRLD na świat.

Jest to sposób myślenia głęboko zakorzeniony w czasach walki przeciw japońskim rządom kolonialnym i w czasach wojny koreańskiej. W tym modelu myślenia lud koreański jawi się zjednoczony w heroicznych zmaganiach ze znacznie silniejszym wrogiem i ostatecznie triumfujący, wbrew wszelkim przeciwnościom. Do takiego sposobu myślenia przyzwyczajeni są północnokoreańscy przywódcy, jak i – w pewnym stopniu – również zwykli ludzie w tym kraju. W tych okolicznościach jest on wręcz wygodny dla przywódców, bo kiedy cały świat jest przeciwko Korei Północnej, ludzie nie mogą przecież oczekiwać istotnej poprawy warunków życia czy też jedzenia na swoich stołach.

Nie należy jednak sądzić, że północnokoreańscy przywódcy nie chcą poprawy relacji z resztą świata i zdecydowanie lepszej kondycji krajowej gospodarki. Chcą. To właśnie jest prawdopodobnie rzecz, o którą w aktualnym kryzysie tak naprawdę chodzi. Problem polega na tym, że oni sami i ich dążenia są regularnie źle rozumiane i ignorowane. Dlatego też od czasu do czasu zachodzi potrzeba uczynienia jakiegoś brawurowego gestu (bądź gestów) w nadziei, że świat usiądzie do stołu i zacznie z nimi rozmawiać. Najlepiej na ich warunkach. Rozmowy w formule rokowań sześciostronnych to już raczej przeszłość. Pyeongyang postrzega je, biorąc pod uwagę coraz większą skłonność Chin do przyjmowania amerykańskiego stanowiska w sprawie Korei, jako zasadniczo formułę „pięciu na jednego”.

Tak czy inaczej, Pyeongyang chce rozmawiać bezpośrednio z Waszyngtonem, źródłem – jak to widzą północnokoreańscy przywódcy – większości ich problemów, a potencjalnie również źródłem ich rozwiązania. Możecie Państwo wierzyć lub nie, ale władze Korei Północnej nie chcą rządzić wyizolowanym krajem z podupadającą infrastrukturą, słabnącą gospodarką i głodnym narodem. Dlaczego zresztą miałyby tego chcieć? W ich ocenie, sposobem na zmianę sytuacji jest otwarcie i współpraca gospodarcza ze światem. Musi się to jednak odbyć na północnokoreańskich warunkach. Problem w tym, że kluczowe żądanie Stanów Zjednoczonych, czyli wyrzeczenie się przez Koreę Północną broni nuklearnej, jest czymś, na co Pyeongyang prawdopodobnie się nie zgodzi, zwłaszcza po tym, co północnokoreańscy przywódcy widzieli w Libii, po tym jak pułkownik Kadafi zastosował się do identycznych żądań. W każdym razie, z punktu widzenia obrony narodowej, posiadanie arsenału jądrowego jest w pełni racjonalne, tak pod względem militarnym, jak i gospodarczym.

Gdyby tylko Stany Zjednoczone przyjęły kilka lat temu bardziej pojednawcze stanowisko, zamiast nieprzemyślanego i obelżywego zaliczenia Korei Północnej do „Osi Zła” (razem z Irakiem i Iranem), być może nie bylibyśmy teraz w takiej sytuacji. Wszak jeden z członków owej „Osi Zła” został napadnięty przez międzynarodowe siły zbrojne, a dwóch pozostałych rozważa broń nuklearną jako narzędzie obrony – przynajmniej jeden z nich już ją rozwija. Aktualny kryzys na Półwyspie Koreańskim jest bez wątpienia poważny. Jeśli konflikt ten (czy następny, czy też kolejny po nim) nie ma zakończyć się następstwami zbyt przerażającymi, aby je nawet rozważać, Waszyngton musi wymyślić rozwiązanie mądrzejsze niż kolejne sankcje ONZ. One się nie sprawdzają.  Korea Północna chce rozmawiać, najchętniej twarzą w twarz ze Stanami Zjednoczonymi, i trudno uznać to za pomysł niedorzeczny. U podstaw tych rozmów musi leżeć uznanie Korei Północnej za państwo niezależne, z prawem do własnego systemu politycznego  i do własnego systemu obrony.

michael ntchMichael HarroldBrytyjczyk, który w latach 1987-1994 pracował w KRLD jako redaktor anglojęzycznych wydań przemówień i innych dzieł ówczesnego przywódcy tego państwa Kim Il-sunga oraz jego syna i następcy Kim Jong-ila; z Korei Północnej przeniósł się do Chin, gdzie pracował w Agencji Prasowej Xinhua i Chińskiej Telewizji Centralnej (CCTV); lata 2001-2004 spędził w Polsce, jako redaktor „Warsaw Business Journal”; od roku 2004 ponownie w CCTV. Po dziś dzień utrzymuje kontakty z dawnymi kolegami z Wydawnictwa Języków Obcych w Pyeongyangu – ostatnio pomagał im w redagowaniu anglojęzycznych przekładów kilku przemówień nowego przywódcy KRLD Kim Jong-una. Jest autorem książki „Comrades and Strangers: Behing the Closed Doors of North Korea” (Wyd. John Wiley & Sons, Londyn 2004), w której podsumowuje swoje doświadczenia zebrane podczas siedmiu lat spędzonych w Korei Północnej.



Jeden Komentarz

  1. Wiesław Pilch mówi:

    Czytałem ten tekst już kilka razy. I za każdym razem odnajduję w nim coś nowego. Na pewno jest nierówny. Tak jakby na początku autor chciał być poprawny politycznie a dopiero później, właściwie pod sam koniec przechodzi do meritum. I wtedy odsłania się. Jakby pokazywał swój szacunek dla dążeń władz Korei Płn. Chciałbym kiedyś dożyć do możliwści przeczytania POLSKIEGO tekstu na temat Korei Płn. nie splamionego propagandą. Pisanego pod kątem widzenia potrzeb państwa postawionego pod ścianą.

Skomentuj