Dyskusja o dowolnej właściwie kwestii politycznej czy ekonomicznej nieuchronnie prowadzona jest na poziomie uogólnień i uproszczeń, bo nie sposób przecież inaczej omawiać zjawisk stanowiących wypadkowe milionów (czy nawet miliardów) indywidualnych decyzji i wyborów. Wydaje się jednak, że w prowadzonej na Zachodzie dyskusji o relacjach chińsko-afrykańskich takie uogólnienia i uproszczenia idą zbyt daleko, a „doprawione” uprzedzeniami i ideologią przeradzają się wręcz w fantazje, których wiarygodność wzmacnia brak alternatywy. Przeciętny Europejczyk czy Amerykanin nie był bowiem nigdy ani w Chinach, ani w Afryce, o każdym z tych „dwóch kontynentów” wie bardzo mało, a o ich wzajemnych relacjach nie wie właściwie nic.

Warto, jak sądzę, zwrócić uwagę na kilka typowych i regularnie powtarzanych błędów, które utrudniają (a wręcz uniemożliwiają) realistyczną ocenę fenomenu „relacji chińsko-afrykańskich”. Nie chodzi tu przy tym o podanie gotowych, „prawidłowych” odpowiedzi, a jedynie o wskazanie kierunku poszukiwań odpowiedzi mądrzejszych niż te, które się zazwyczaj w dyskusjach o stosunkach Chin z Afryką pojawiają.

Ważnym źródłem inspiracji dla niniejszego tekstu była znakomita książka kameruńskiego politologa Oliviera Mbabia „La Chine en Afrique. Histoire, géopolitique, géoéconomie” (Ellipses, Paryż 2012) – publikacja cenna również dlatego, że napisana przez uczonego z Afryki, a nie – jak zazwyczaj w takich wypadkach – przez Europejczyka lub Amerykanina. Drugą wartą polecenia pracą poświęconą chińskiej obecności na kontynencie afrykańskim jest książka autorstwa Deborah Bräutigam „The Dragon’s Gift: The Real Story of China in Africa” (Oxford University Press, Oksford 2009). Jej autorka prowadzi systematyczne badania nad relacjami chińsko-afrykańskimi od lat 80., świetnie zna Chiny i Afrykę, co pozwala jej na analizowanie faktów, a nie własnych i cudzych wyobrażeń.

Główną „przypałością” dyskusji o relacjach chińsko-afrykańskich jest chyba traktowanie w niej obu podmiotów jako monolitów. Tymczasem, jak już wspominał w swoim tekście w tym wydaniu NaTematChin Dominik Mierzejewski, po „chińskiej” stronie tych relacji mamy do czynienia z wielością aktorów i skomplikowaną grą interesów. Olivier Mbabia określa przekonanie o istnieniu jakiejś spójnej „wielkiej strategii” wobec Afryki, koordynowanej przez centralne kierownictwo w Pekinie, mianem „złudzenia”. „Lekceważy lub ignoruje się” – pisze kameruński politolog – „chińskie błędy, wahania, również pomyłki w realizacji spójnej polityki w Afryce”.

O tym, jak wygląda „wielka strategia” Chin „w terenie”, przekonać się można oglądając film dokumentalny „Empire of Dust” belgijskiego reżysera Brama Van Paesschena, który miał okazję towarzyszyć z kamerą chińskiej ekipie budującej drogę w Demokratycznej Republice Konga. Perypetie drogowców z Państwa Środka w sercu Afryki układają się w film niemal komiczny. Staje się on jednak o wiele mniej zabawny, kiedy uświadomimy sobie, że to dokument – w bezlitosny sposób pokazuje on, jak bezradni mogą być Chińczycy działający w zupełnie obcym im otoczeniu kulturowym, gospodarczym i prawnym. „Wielka strategia” na pierwszej linii frontu jawi się raczej jako farsa. Zwiastun filmu obejrzeć można tutaj:

http://www.youtube.com/watch?v=mzyaa2tfwBk

W przypadku „afrykańskiej” strony relacji z Chinami perspektywa „monolityczna” jest jeszcze bardziej złudna, bo dyskutujemy przecież o kontynencie będącym mozaiką 54 państw. Różnią się one prawie wszystkim: kulturami, językami, religiami, a także – co nie bez znaczenia – skalą. „Afryka” to zarówno maleńkie wyspiarskie Mauritius czy Wyspy Świętego Tomasza i Książęca, jak i licząca 170 milionów mieszkańców Nigeria. Większość państw afrykańskich jest przy tym niezwykle zróżnicowana wewnętrznie, co ma bezpośrednie przełożenie na sytuację polityczną i ich relacje z innymi państwami. W Zambii (ok. 14,5 mln mieszkańców) mówi się na przykład ponad 70 językami, a w każdych wyborach różnice etniczne odgrywają bardzo istotną rolę (sam miałem okazję przyglądać się na miejscu kampanii przed wyborami prezydenckimi i parlamentarnymi w roku 2006).

Jeśli przyjrzeć się nieco bliżej, żadna kwestia w stosunkach chińsko-afrykańskich nie wydaje się tak prosta, jak na pierwszy rzut oka. Przykład pierwszy: rywalizacja między ChRL a Republiką Chińską (Tajwanem) o uznanie dyplomatyczne przez państwa kontynentu okazuje się nie stanowić istotnej przeszkody dla relacji ekonomicznych. Burkina Faso (państwo utrzymujące stosunki dyplomatyczne z Tajwanem) eksportuje 1/3 swojej bawełny do ChRL, a jest to największe źródło dochodów eksportowych tego państwa.

Przykład drugi: przekonanie, że chińskie inwestycje w Afryce to głównie metoda „dobrania się” do zasobów surowcowych tego kontynentu także jest sporym uproszczeniem. Dominik Mierzejewski przytaczał już strukturę chińskich inwestycji w Afryce, ale warto może przypomnieć, że największą chińską inwestycją na tym kontynencie jest zakup udziałów w jednym z banków w RPA. Chiny udzielają państwom afrykańskim kredytów w formule „pożyczki za ropę”, ale trafia do nich ok. 15% eksportowanej przez państwa afrykańskie ropy (do Stanów Zjednoczonych i Europy po ok. 30%).

Działania chińskich koncernów surowcowych w Afryce oraz ich wpływ na życie lokalnych społeczności i środowisko naturalne budzą zrozumiały niepokój, szczególnie w świetle bulwersujących praktyk takich firm w samych Chinach. Można tu przypomnieć choćby niedawny, zakończony tragedią konflikt wokół wynagrodzeń górników w chińskiej kopalni w położonym na południu Zambii Sinazongwe. Taki model działania, prowadzący do dewastacji środowiska i napięć społecznych (kończących się czasem wybuchem przemocy) nie jest jednak chińską specjalnością. Podobne zarzuty formułuje się bowiem także pod adresem działających w Afryce koncernów zachodnich (m.in. BP, Shella, Chevronu, Elfa). Problem jest zatem znacznie szerszy, więc krytykując akurat Chińczyków, łatwo narazić się na zarzut obłudnej obrony interesów zachodnich.

Jak uważa Olivier Mbabia, interesów takich nie ma zresztą sensu bronić, gdyż nie wydają się zagrożone. Jak przekonuje kameruński badacz, państwa zachodnie pozostają ważnymi aktorami w Afryce, choć ich rola ulega zmianie, a Chiny są po prostu jednym z nowych aktorów działających na tym kontynencie. „Jednym z”, gdyż swoją aktywność w Afryce intensyfikują także Indie, Brazylia, Turcja, Rosja, Korea Południowa czy państwa Zatoki Perskiej.

Regularnie podnosi się, że chińska obecność na kontynencie afrykańskim to nowa forma „kolonializmu”. Ten z kolei argument podszyty jest lekceważeniem dla państw afrykańskich i ich umiejętności dbania o własne interesy. Afryka jawi się tu niemal jako bezwolny, bierny kontynent, „ziemia niczyja” (do wzięcia po opuszczeniu przez Zachód) – wypisz wymaluj saidowski „Orient”. Wiele państw afrykańskich dotkniętych jest niewątpliwie poważnymi, czy wręcz dramatycznymi, problemami, ale postrzeganie tego zróżnicowanego kontynentu jako zagłębia krwiożerczych reżimów, które bezrefleksyjnie biorą pieniądze od każdego, kto je zaoferuje, niezależnie od warunków, jest krzywdzące i niewiele ma wspólnego z rzeczywistością.

Z autopsji znam jedynie dyskusję o chińskim (i zagranicznym w ogóle) zaangażowaniu ekonomicznym prowadzoną w Zambii, ale przykładów daleko posuniętej rezerwy wobec chińskich inwestycji dostarczają państwa tak różne jak Mali, Liberia, RPA czy Mauritius. Pozwólmy samym Afrykanom rozstrzygać, czy przyjmowanie chińskich inwestycji służy ich interesom i kształtować te relacje według własnego uznania.

„W praktyce” – pisze Olivier Mbabia – „realizacja polityki afrykańskiej Chin musi oddziaływać z wyborami i aspiracjami państw afrykańskich. To właśnie owo oddziaływanie, ten racjonalny model, ostatecznie zadecyduje o opcjach, sukcesach i ograniczeniach chińskiej strategii.” Jak przekonuje kameruński badacz, Afryka jest bowiem „tak obiektem, jak i aktorem w swoich relacjach z Chinami. W rezultacie przyjęcie przez Afrykę ‘chińskiego modelu’ nie jest koniecznie równoznaczne z naśladownictwem, ale świadczy także o dążeniu do [stworzenia] nowego ładu światowego, który doceniałby jej udział i jej interesy.”

Nie mam wątpliwości, że chińskie zaangażowanie w Afryce może być źródłem problemów dla państw i społeczeństw tego kontynentu. To jednak tylko fragment tego złożonego problemu, którego nie można ugólniać i absolutyzować. Jak pokazuje w swojej książce (i innych publikacjach) Deborah Bräutigam, znaleźć można również liczne przykłady pozytywnych skutków chińskiej pomocy rozwojowej dla państw afrykańskich czy chińskich inwestycji. Te ostatnie są oczywiście przedsięwzięciami w pierwszym rzędzie biznesowymi, a więc – ze swej natury – nastawionymi na zysk, jak wszelkie inwestycje, niezależnie od ich pochodzenia.

Nie mam także wątpliwości, że dyskusję o tej ważnej przecież kwestii międzynarodowej wypacza swego rodzaju „obcość” zjawiska, która – jak każda obcość – budzi pewien niepokój czy wręcz lęk. Oto bowiem państwo rozwijające się, będące do niedawna głównie odbiorcą zagranicznych inwestycji i pomocy rozwojowej, zaczyna „wchodzić w buty” państw wysoko rozwiniętych, samo inwestując i dostarczając pomocy rozwojowej innym. Jest to przy tym państwo nadal słabo na Zachodzie znane i niezbyt dobrze rozumiane, co wynika do pewnego stopnia z niskiego poziomu przejrzystości jego systemu politycznego i gospodarczego (a to z kolei funkcja braku demokracji). Stajemy zatem, jako Europejczycy, przed zjawiskiem trudno poddającym się rzetelnej analizie. Nie upoważnia to jednak do formułowania pochopnych wniosków.

Kluczowa jest tu świadomość, że relacje chińsko-afrykańskie to problem o wiele bardziej złożony niż sobie z reguły uświadamiamy. Dlatego też istotne jest, abyśmy w dyskusji na ten temat stawiali właściwe pytania. Sugeruje je Olivier Mbabia, którego na zakończenie pozwolę sobie zacytować raz jeszcze: „pytanie brzmi nie tyle, co Afryka może zyskać bądź stracić [na relacjach z Chinami], lecz co pewne państwa mogą zyskać bądź stracić, w określonych dziedzinach lub określonych okolicznościach.”



Skomentuj