Polska spóźniła się do Chin.

Mieliśmy ku temu istotne powody: najpierw byliśmy zajęci transformacją, potem wchodzeniem do Europy, wreszcie konsolidowaniem swojej pozycji w Europie. Dlatego przez lata polską odpowiedzią na nurtujące Zachód dylematy, czy Chiny to zbawca, czy zagrożenie, i światowy wyścig po chińskie pieniądze, była wielka, wielka obojętność.

Chiny z kolei nie spieszyły się do Europy Środkowo-Wschodniej, w tym do Polski. Miały zupełnie inne priorytety: najpierw własne, głębokie i bolesne przemiany, później ekspansję w Azji, Afryce, Ameryce Łacińskiej, na koniec w Europie. Doświadczenie naszych przemian wydawało się chińskim przywódcom mało interesujące, bo nieprzydatne. Dopiero gdy część krajów naszego regionu umocniła się w zjednoczonej Europie, Pekin ruszył ku wschodowi kontynentu.

Dziś stosunki polityczne między Polską a Chinami są tak dobre jak nigdy. Wizyty polskiego prezydenta w Chinach i chińskiego premiera w Warszawie zapaliły zielone światło przed przedsiębiorcami z obu krajów. Politycy odrobili swoje zadanie tak porządnie, że w naszych stosunkach gospodarka wciąż nie nadąża za polityką.

Przed polskimi środowiskami gospodarczymi stoi niełatwe zadanie – stać się głównym partnerem Chin w regionie. Początkowo wydawało się, że bramą do Europy Środkowo-Wschodniej staną się Węgry, bo bardzo się o to starały. Węgierski premier, który na pewno nie jest entuzjastą komunizmu we własnym kraju, wychwalał chińskie doświadczenia i odważnie powoływał się na azjatyckie pochodzenie Węgrów. Okazało się jednak, że bramę da się przenieść, zaś Chińczycy wolą jako głównych partnerów państwa duże.

Główną barierą dla rozwoju stosunków polsko-chińskich pozostaje brak informacji, zresztą po obu stronach. Gdy tuż przed Wystawą Światową w Szanghaju badaliśmy, co Chińczycy wiedzą o Polsce, okazało się, że całkiem spory odsetek młodych, wykształconych respondentów nie jest do końca pewien, czy przypadkiem Polska nie leży w Rosji.

Poważny kłopot polega na tym, że Chińczycy, nawet szefowie wielkich  państwowych korporacji z listy globalnych gigantów „Fortune”, mają niewielkie wyobrażenie o prawdziwym obliczu polskiej gospodarki. Pokutuje obraz kraju rolniczego, słabo rozwiniętego, o postsowieckim systemie podejmowania decyzji.

Z drugiej strony, polscy przedsiębiorcy nie mogą pozbyć sie archaicznego spojrzenia na Chiny jako producenta tanich zabawek i trampek.

Dlatego głównym zadaniem działającego od dwóch lat Centrum Współpracy Gospodarczej Polska-Chiny jest nieustanne tłumaczenie chińskim decydentom, że Polska jest dużym krajem europejskim, a – zwłaszcza w ostatnich latach – dostawcą deficytowego, z chińskiego punktu widzenia, w Europie towaru: stabilności ekonomicznej i niskiego ryzyka.

Strategia Centrum polega, po pierwsze, na ściąganiu do Polski chińskich delegacji. Tylko w roku 2012 było ich ponad dziewięćdziesiąt. Po drugie, na oddziaływaniu na ważne chińskie ośrodki badawcze, obsługujące władze państwowe. Po trzecie, na docieraniu do chińskich inwestorów poprzez obsługujące ich instytucje finansowe. Po czwarte, na wchodzeniu do Chin od zachodu, przez mniej rozwinięte prowincje, gdzie mniej tłoczą się ci, którzy w Chinach znaleźli się przed nami.

Z polskimi przedsiębiorcami też niełatwa sprawa. Strategia „Go China” ma na celu wydobycie ich z europejskiego kokonu, przekonanie, że eksport nie musi znaczyć „Niemcy”. W tym roku nasz eksport do Chin wzrósł o 27 proc., co świadczy o tym, jak przydaje się w Chinach parasol polityczny i jak bardzo trzeba uważać, aby wrażliwi na wiele kwestii gospodarze nagle go nad nami nie zwinęli.

Chińskie inwestycje w Polsce powoli rosną. Ostatnio szef wielkiego państwowego funduszu majątkowego CIC (China Investment Corporation) przyznał, że zainwestował w Polsce już prawie miliard dolarów. Udał sie eksperyment ze sprzedażą Chińczykom cywilnej części Huty Stalowa Wola, chińskie są zakłady łożysk w Kraśniku, a pośrednio – kultowe szynki „Krakus” i parówki „Berlinki”. Chińska flaga załopotała też nad Doliną  Lotniczą w Mielcu. Warto jednak pamiętać, że kiedy my i Chińczycy mówimy o inwestycjach, to niekoniecznie mówimy o tym samym. Polsce marzyły sie nowe fabryki, takie jakie budują u nas Amerykanie i Japończycy. Chińczykom chodzi o udział w tworzeniu naszej infrastruktury energetycznej i kolejowej, choć długo jeszcze zamówienia publiczne będą jedną z głównych barier kulturowych. Chodzi o zakupy istniejących przedsiębiorstw albo udziałów w nich, podobnie jak w innych częściach Europy.

Chińczycy i Polacy są na początku drogi, na etapie ponownego wzajemnego odkrywania się. Nie ma co niecierpliwie poganiać statystyk. Trzeba tylko uwierzyć, że Chiny są blisko i  robić co trzeba, aby w Polsce było więcej chińskiego biznesu, więcej Chińczyków i więcej Chinek.

Sławomir Majman

Sławomir Majmanprezes Polskiej Agencji Informacji i Inwestycji Zagranicznych, przy której działa Centrum Współpracy Gospodarczej Polska-Chiny i która jest jednym z podmiotów realizujących rządową strategię „Go China”.



Skomentuj