Wywiad z Krzysztofem Darewiczem zamieszczony w najnowszej „Polityce” (nr 16/2013) prowokuje nie tylko do prostej polemiki, ale i głębszego zastanowienia się nad tym, jak i co się w Polsce o Chinach mówi i pisze.

Darewicz jest sinologiem, dziennikarzem i biznesmenem, współwłaścicielem polskiej restauracji działającej w południowochińskim mieście Foshan. W udzielonym przez niego wywiadzie przeczytać można stwierdzenia, których nie sposób pozostawić bez komentarza. Nie ukrywam, że z przykrością widzę tego rodzaju tekst akurat w „Polityce”, która jest jednym z nielicznych w Polsce mediów publikujących ciekawe i utrzymane na wysokim merytorycznym poziomie artykuły poświęcone problematyce międzynarodowej. Szkoda, wielka szkoda.

Na wstępie, dla porządku i jasności, pragnę zapewnić, że cieszę się z powstania polskiej restauracji w Chinach, uważam pomysł jej zlokalizowania w Foshan akurat (a nie np. w Pekinie czy Szanghaju) za bardzo rozsądny, a serwowanie wykwintnych potraw w „sarmackiej” otoczce za dobry sposób na wypromowanie polskiej kuchni, która się aktualnie kojarzy w Chinach (i nie tylko) z dokładnie niczym. Życzę zatem zupełnie szczerze panu Darewiczowi sukcesu jego przedsięwzięcia gastronomicznego.

Mam jednak nadzieję, że – w przeciwieństwie do serwowanych przez niego bażantów, przepiórek i pączków – jego spojrzenie na Chiny i Chińczyków nie spotka się z entuzjastycznym przyjęciem, a może raczej pójdzie jak najszybciej w zapomnienie, gdyż jest nie tylko archaiczne, ale po prostu szkodzi lepszemu zrozumieniu Chin. Nie jestem oczywiście na tyle naiwny, żeby uważać takie opinie za coś wyjątkowego na polskim gruncie. Jako sinolog jestem jednak przerażony faktem, że mój „kolega po fachu” może prezentować takie właśnie spojrzenie. Prowadzona przez niego restauracja odwołuje się, jak sam podkreśla, do „tradycji arystokratycznych”. Noblesse oblige, chciałoby się w tym momencie powiedzieć, bo akurat sinolog jest wśród Polaków zjawiskiem rzadszym niż szlachic z prawdziwiego zdarzenia…

Zacznijmy jednak od początku, czyli od otwierającego wywiad pytania zadanego przez autorkę wywiadu Agnieszkę Wójcińską: „Chińczycy nie jedzą już psów?”. Oczywiście, nie można obarczać pytanego odpowiedzialnością za treść pytania, ale reakcja na nie „ustawia” w tym konkretnym przypadku ton całej rozmowy, wpisując się gładko w ton pytania dziennikarki – pytania eksploatującego jeden z najbardziej oklepanych, a przy tym najbardziej nieprawdziwych, stereotypów dotyczących Chin.

Zastanówmy się, co byśmy poczuli i pomyśleli, gdyby w poważnym brytyjskim np. tygodniku wywiad poświęcony Polsce otwierało pytanie: „czy Polacy przestali już pić tyle wódki?” albo „czy nadal jeździ się w Polsce wozami drabiniastymi?”. Nawet odkładając na bok emocje, czy tego typu pytania mogłyby w jakikolwiek sposób przyczynić się do pogłębienia wiedzy zagranicznego czytelnika o naszym kraju, warunkach prowadzenia w nim działalności, o jego współczesnym charakterze? Odpowiedź oczywiście brzmi „nie” i jest taka sama, jeżeli odniesiemy rzecz do Chin, jak w tym przypadku.

Z trudem, ale można sobie ewentualnie wyobrazić, że w poważnym tygodniku wywiad poświęcony warunkom prowadzenia działalności biznesowej we Francji otwierałoby pytanie „Francuzi nadal jadają żaby?” – wyłącznie jednak w formie żartu. Niestety odpowiedź Krzysztofa Darewicza na pytanie o spożywanie psów świadczy o tym, że traktuje je zupełnie poważnie.

Restaurator „broni” Chińczyków, zapewniając, że „może gdzieś po wsiach” jakiś „margines” jada jeszcze psy, ale młodzi Chińczycy to już nie „biedny i dziki naród” (jak to sobie, jego zdaniem, wyobrażają Polacy) i psiego mięsa nie tkną, a wręcz przeciwnie – „pieski” bardzo kochają. Ewolucja stosunku do „piesków” (od kotleta do pupilka) jest zatem, jak można z odpowiedzi rozmówcy „Polityki” zrozumieć, wyznacznikiem „ucywilizowania”…

Pominę tu roztrząsanie kwestii prawdziwości stereotypu o „psiożerczych” Chińczykach, gdyż nie ma to najmniejszego sensu z jednego zasadniczego powodu. Oburzenie (czy obrzydzenie) spożywaniem psów jest kwestią czysto psychologiczną, wynikiem określonego kulturowego otoczenia, które ludziom Zachodu wpaja od najmłodszych lat przekonanie, że „pieski” są w jakiś sposób fundamentalnie różne od zwierząt takich jak świnie, krowy czy kury. Jest to oczywiście irracjonalne i nie ma nic wspólnego z „dzikością”, „ucywilizowaniem” czy innymi, nacechowanymi ocennie kategoriami. Sinolog, prezentujący się jako specjalista od przekraczania barier kulturowych, powinien takie prymitywne wręcz przejawy kulturowego absolutyzmu „odruchowo” demaskować i objaśniać. Pokazanie, jak niemądre i jałowe są tego rodzaju stereotypy, stanowiłoby wartościowy wkład w dyskusję o Chinach. Zwrócenie uwagi na oczywisty brak związku między jedzeniem bądź nie psów przez Chińczyków a prowadzeniem działalności gospodarczej w Chinach (nawet jeśli to działalność gastronomiczna – mowa przecież o restauracji serwującej kuchnię polską) wydaje się pierwszą rzeczą, która osobie znającej się na Chinach powinna w takim momencie przyjść do głowy. Dlatego właśnie odpowiedź Krzysztofa Darewicza wprawiła mnie w osłupienie.

Przyjrzyjmy się jednak dalszej części wywiadu. Porzucenie przez Chińczyków (poza „marginesem gdzieś po wsiach”) steków z „piesków” to jednak jeszcze nie koniec ich drogi wyzwalnia się z „dzikości”. Mają oni bowiem w wielu dziedzinach „coś do nadgonienia pod względem stylu życia” – powiada rozmówca „Polityki”. Na szczęście w słusznym dziele wspierają ich bardziej oświecone narody: „Francuzom udało się ich nauczyć pić wino i koniaki.” Vive la France! Gdyby nie przyniesiony znad Sekwany i Loary kaganek oświaty, Chińczycy pijaliby nadal… właściwie nie wiadomo co, bo tego się z wywiadu nie dowiemy. Teraz jednak „żaden stół nie może się obyć bez koniaków Hennessy, Martell czy francuskich win”. Biorąc pod uwagę, że najtańsza wersja takiego koniaku kosztuje w Chinach równowartość ok. 150 zł, a przeciętny gotówkowy dochód na osobę wyniósł na chińskiej wsi (prawie połowa ludności kraju) w I kwartale tego roku niecałe 500 zł miesięcznie, można by było tu mówić wręcz o geniuszu edukacyjno-marketingowym Francuzów (być może zawdzięczają go konsumpcji żab). Można by, gdyby te niesamowite opowieści miały cokolwiek wspólnego z rzeczywistością.

Trudno zaprzeczyć, że zagraniczne trunki są w Chinach coraz częściej kupowane, ale nie zmienia to faktu, że zajmują one marginalny segment rynku, co wynika nie tylko z ich wygórowanych cen, ale i gustów konsumentów, którzy mają do wyboru szeroką gamę alkoholi rodzimej produkcji. Nikt nie musi Chińczyków „uczyć” picia czegokolwiek, bo mają w tej dziedzinie bardzo długą i bogatą własną tradycję, a koniaki i francuskie wina niektórzy z nich piją po prostu dla urozmaicenia sobie konsumpcji.

Bardziej oświecone narody (w domyśle również Polacy) mają jednak jeszcze, zdaniem Darewicza, wiele do zrobienia w Chinach. Kraj może nie jest już „dziki”, ale jednak wygląda jak kania dżdżu zagranicznych lekarzy, nauczycieli muzyki, fryzjerów, kosmetyczek, a także tych Prometeuszy, którzy pokażą ludowi znad Jangcy, jak wykorzystać plaże. Może trzeba jednak przypomnieć sobie, jak to Europejczycy (z udziałem Amerykanów i Japończyków) „pokazywali” Chińczykom w XIX i w początkach XX wieku, jak się prowadzi wolny handel, dyplomację itd. Sinolog wypowiadający opinie tak mocno trącące kolonializmem był może normą sto lat temu, ale na szczęście od tego czasu dokonaliśmy na tym polu poważnego intelektualnego postępu. Jak się wydaje, niektórych on ominął.

Rozmówca „Polityki” nie jest jednak tylko teoretykiem „misji cywilizacyjnej”, próbował bowiem zaspokoić – ogromny zapewne – apetyt Chińczyków na muzykę „disco”, starając się wypromować w Państwie Środka zespół „Bayer Full”. Sam przyznaje, że oferta nie była artystycznie ambitna, ale – jak fatalistycznie powiada – „show-biznes ma swoje prawa”. Kluczem do sukcesu miało być śpiewanie przez polski zespół piosenek po chińsku, bo to „Chińczyków szalenie dowartościowuje”…

Taaak, miliony obywateli jednego z dwóch największych światowych mocarstw (coraz bardziej świadomych swojej mocarstwowości) niewątpliwie czekają z niecierpliwością na zespół, który łamaną chińszczyzną będzie im śpiewał przaśne melodie, przygrywając sobie na syntezatorze. To z pewnością sprawi, że poczują się bardziej pewni siebie i może nawet wyleczy ich z traumy upokorzeń, jaką pozostawiły wojny opiumowe i zachodni imperializm.

Teraz zaś zupełnie poważnie: tego typu projekt miał szansę zaistnieć wyłącznie jako marginalne i zabawne kuriozum. Coś (z całym szacunkiem dla członków zespołu, piszę tu wyłącznie o mechanizmie percepcji) w rodzaju małpki grającej na fortepianie – urocze, śmieszne, ale tylko na chwilę. Tak, niestety, chińska publiczność z reguły odbiera zagranicznych wykonawców posługujących się w swych występach językiem chińskim, włączając w to przywoływanego w wywiadzie (jako przykład niebywałego sukcesu) Marka Rowswella – to oczywiście małpka grająca na fortepianie pełną wersję „Wlazł kotek na płotek”, a w dodatku pierwsze tego rodzaju dziwo. Ma on jednak już tylu naśladowców, że przestało to być dawno w Chinach atrakcją, a poważnie nikt takich artystów brać tu nigdy nie będzie. Argument o „dowartościowaniu” jest, niestety, kolejnym przykładem lekceważącego (a wręcz nieco pogardliwego) stosunku do Chińczyków, jaki z wywiadu przebija.

Nie twierdzę, że jedyną formą promowania się w Chinach jest tzw. „kultura wysoka” – ze swej natury często hermetyczna. Biorąc jednak pod uwagę, jakie zagraniczne gwiazdy (głównie koreańskie) robią w Chinach wielkie kariery, oczywiste jest, że „Bayer Full” żadnych szans na tym rynku nigdy nie miał. Fantazje Sławomira Świerzyńskiego (i Krzysztofa Darewicza również) nie zmienią bowiem faktu, że gwiazda disco polo to (czysto technicznie, nie artystycznie) kompletna amatorka przy plastikowych, wyhodowanych przez wytwórnie i menedżerów gwiazdkach wschodnioazjatyckiego popu – muzycznie kompletnie bezpłciowych, ale doprowadzonych w swej połyskliwej sztuczności do perfekcji i potrafiących zrobić „show”, o jakim „Bayer Full” się nie śniło. Za tymi gwiazdami stoi gigantyczny przemysł rozrywkowy i potężna, bardzo zaawansowana technicznie machina marketingowa. Tu nie wystarczy zaproponować jakiś tam produkt z europejskiej kultury pop (to nikogo nie interesuje ani nie zadowoli), tu trzeba skroić wszystko pod gusta chińskiej publiczności i zaprezentować jej wśród (dosłownie) fajerwerków, wykorzystując całą wyrafinowaną maszynerię specyficznie chińskich mediów społecznościowych.

Najlepsze jednak zostawia nam Krzysztof Darewicz na koniec. Tu znowu przychodzi mu „z pomocą” autorka wywiadu, pytając, czy Chińczycy „nas [Zachód] wykupią albo skolonizują”. Niezawodny sinolog pytaniu się oczywiście nie dziwi, nie wydaje mu się ten dyskurs niestosowny (choć w innym miejscu wywiadu zdaje się nie zgadzać z traktowaniem Chińczyków jako „żółtej zarazy”), po prostu gładko rozwiewa obawy pani redaktor. Ekspert od zbliżania kultur orzeka, że Chińczycy, Japończycy i Koreańczycy są wprawdzie w stanie „udoskonalić” osiągnięcia ludzi Zachodu, ale sami niczego oryginalnego nie wymyślą. Możemy zatem spać spokojnie, niezdolni do twórczego myślenia Azjaci nie stanowią zagrożenia dla zachodniej dominacji, która zdaje się być dla rozmówcy „Polityki” tyleż niewzruszalna, co naturalnie cenna. Uspokaja on bowiem, że Stany Zjednoczone jako kraj, w którym „jest wolność, wszystko jest proste, dobrze zorganizowane, doceniana jest inicjatywa”, pozostają w swojej pozycji supermocarstwa niezagrożone.

Pouczające jest ostatnie zdanie wywiadu, w którym Darewicz dzieli się refleksją natury ogólnej. A może raczej zasadniczym dla niego pytaniem, którego – doprawdy – bardziej subtelnie sformułować się nie da: „jak zarobić na tym, że dziś Chińczyk ma pieniądze, które chce wydać.” Nie potępiam rozmówcy „Polityki” za to, że stawia sobie taki akurat cel – nie ma w tym niczego niewłaściwego, działalność gospodarczą prowadzi się wszak po to właśnie, aby na niej zarabiać. Problem jednak w tym, że ten sposób myślenia i mówienia o Chinach przypomina raczej poszukiwanie cwanych sposobów na szybkie zbicie fortuny, a nie poważne rozważania o tym, jak lepiej zrozumieć Chiny i Chińczyków i jak skuteczniej (z korzyścią nie tylko poznawczą, ale i materialną – jak najbardziej) z nimi współpracować.



15 Komentarze

  1. Maciej Krużel mówi:

    Witam,

    Mieszkam w Chinach 6 lat i podsumuję to krótko. Różnica między nami, a Chińczykami jest taka, że my mamy różne poglądy jak np Pan Krzysztof czy Pan Panie Wojtku i nie boimy się o nich rozmawiać. Natomiast wszyscy Chińczycy myślą tak samo, a każde odstępstwa od myślenia, które wpaja im rząd jest (skromnie mówiąc) pacyfikowane. Publiczne „złe” wypowiedzi na tematy np. polityczne grożą tu więzieniem, a nawet śmiercią. I niech Pan się ze mną tu nie zgodzi… Panie Wojtku nie ma co krytykować Pana Krzysztofa, bo to jest jego pogląd, z którym ja i wiele osób mieszkających tu na stałe zgodzi się w 100%.

    Pozdrawiam,
    Maciek

  2. Wojciech Jakóbiec

    Wojciech Jakóbiec mówi:

    Panie Macieju,

    przede wszystkim dziękuję za lekturę mojego tekstu i komentarz.

    Niestety, nie mogę się z Panem zgodzić. Uważam bowiem, że tego rodzaju dyskusja jest bardzo potrzebna, bo – jak Pan słusznie zauważył (i z tym jednym akurat się zgadzam) – myślimy o Chinach w różny sposób i trzeba pokazywać te różne spojrzenia, próbując odnaleźć w tej wielości poglądów te, za którymi stoją mocniejsze argumenty.

    Jeśli, jak Pan ocenia, wielu Polaków mieszkających w Chinach zgadza się z panem Darewiczem, to tym bardziej warto i trzeba prezentować poglądy odmienne. Pan Darewicz, w moim głębokim przekonaniu, nie ma bowiem racji – i to starałem się w moim tekście wykazać.

    Nie mogę się zgodzić z opinią, jakoby wszyscy Chińczycy myśleli tak samo. Gdyby tak było, jakiekolwiek ograniczenia w swobodzie wypowiedzi nie miałyby zresztą żadnego sensu… Nie są one zresztą tak drastyczne, jak Pan opisuje, o czym najlepiej świadczy treść książek czy prasowych artykułów, które ukazują się w Chinach, o dyskusjach z Chińczykami nie wspominając. Konformizm jest bezspornie w Chinach problemem, ale nie przybiera on aż tak skrajnych form, a i wielu Chińczyków (publicznie) na niego narzeka.

  3. Maciej Krużel mówi:

    Witam,
    Dziękuję za odpowiedź do mojego komentarza. Niestety nie przekona mnie Pan gdyż wyrobiłem sobie opinie nt Chińczyków pracując i mieszkając z nimi. Dlatego śmiało mogę powiedzieć, że znam ich tak jak Pan, a nawet lepiej. Uważam, że dobre maniery, czy kulturalne zachowanie u Chińczyków możemy zaobserwować tylko i wyłącznie u bardzo wysoko postawionych osób, pewnych indywidualistach, czy osób długo przebywających poza Chinami. Są to wyjątki i na codzień nie spotyka się w Chinach takich ludzi. Mówiąc o Chinach myślimy o masie. Dam Panu przykład. Proszę spróbować przejść na pasach na zielonym świetle nie rozglądając się na boki, to Pana przejedzie samochód. Albo proszę wyjść z metra na zatłoczonej stacji nie rozpychając się łokciami to osoby, które wchodzą do metra Pana nie wypuszczą. To samo jest w windzie. Kolejnym przykładem jest sposób jedzenia, mlaskanie i plucie resztek jedzenia na stół. Mięso z psów może Pan dostać nawet w Pekinie. W mniejszych miejscowościach w wielu restauracjach. Mam takich przykładów setki, ale nie chcę już bardziej psuć tego co Pan stara się tu zrobić. Rozumiem Pana idee i zgadzam się, że trzeba przedstawiać różne poglądy, ale przedstawiajmy poglądy ludzi, którzy wmieszali się w tłum z Chińczykami i znają ich najlepiej. Uważam, że Pan Krzysztof mieszkając w małej miejscowości i prowadząc tam biznes wie to doskonale. Piszmy prawdę o złych cechach Chińczyków i prawde o ich dobrych cechach. Niech ludzie sami wyrobią sobie poglądy :)
    Pozdrawiam,
    Maciek

  4. Joanna Karmasz mówi:

    Panie Macieju,

    Pana stwierdzenie pt. ‚wszyscy Chińczycy myślą tak samo’ jest niestety tak samo według mnie krzywdzące dla Chińczyków jak stwierdzenie Pana Krzysztofa, że ‚sami nigdy nic nie wymyślą, tylko kopiują Zachód’.
    Patrząc chociażby z punktu demograficznego Chin, czy naprawdę uważa Pan, że jest to fizycznie możliwe, żeby ponad miliard trzysta milionów obywateli myślało w ten sam sposób?
    Pytanie skierowane do Pana: mieszka Pan od 6 lat w Chinach a czy mówi Pan biegle po chińsku lub w którymś z dialektów i rozmawia Pan z Chińczykami w ich języku?
    Również mieszkam w Chinach, studiuję z Chińczykami i pracuję z nimi i o czym mogę zapewnić, tam gdzie jest 5 Chińczyków jest 10 opinii na dany temat, niekoniecznie pochlebnych… brak przyzwolenia na swobodne wypowiadanie się na wszelakie tematy to inna kwestia, ale na pewno nie można powiedzieć, że ‚myślą tak samo’.
    Inną sprawą jest sposób rozmawiania z Chińczykami, gdyż atakowani niewygodnymi dla nich pytaniami, faktycznie są skłonni przybrać postawę ochronną nie udzielając odpowiedzi wprost lub odpowiadać ogólnikami, które mogą się wydać ‚takie same’ u każdego rozmówcy. Na pewno to jednak nie świadczy o braku ich zdolności do samodzielnego myślenia.

    I proszę nie odbierać moich słów jako atak na Pana, gdyż nie jest to moim zamiarem. Jako chwilowi rezydenci w Chinach uważam, że powinniśmy starać się jak najlepiej zrozumieć tę jakże odmienną od naszej kulturę, a niestety z moich obserwacji obcokrajowców mieszkających w Chinach wynika, że ich poznanie często polega na wygłaszaniu poglądów jacy Chińczycy według nich są i nie są skłonni tych opinii weryfikować nawet przy konfrontacji z rzeczywistością.

    Pozdrawiam,
    Joanna Karmasz

  5. Mike Kubacki mówi:

    Witam wszystkich,

    Można mi będzie zarzucić, że czepiam się „słówek i słówków”, ale tak dyskutuję i zapraszam do czepiania się moich własnych:

    „…że my mamy różne poglądy…i nie boimy się o nich rozmawiać. Natomiast wszyscy Chińczycy myślą tak samo, a każde odstępstwa….jest (skromnie mówiąc) pacyfikowane.”

    napisał też Pan Maciej:

    „…pewnych indywidualistach…”

    „Są to wyjątki i na codzień nie spotyka się w Chinach takich ludzi.”

    Mówimy tu w końcu o wyjątkach czy regule ? W dodatku:

    ” że jest to fizycznie możliwe, żeby ponad miliard trzysta milionów obywateli myślało w ten sam sposób?”

    „Gdyby tak było, jakiekolwiek ograniczenia w swobodzie wypowiedzi nie miałyby zresztą żadnego sensu…”

    Jeśli rozmawiamy o regule (tylko zgaduję):

    Wydaje mi się, że zbyt wiele przywiązuje się tu wagi do poglądów politycznych, za które można zostać uwięzionym, bądź zgładzonym (prawda). Nie chcę umniejszać znaczenia samospaleń młodych osób w Sichuanie, co jest bezpośrednim, jakże bolesnym, skutkiem polityki państwa, ale poglądy na temat filmów, książek, kuchni, miniPada czy presji ze strony rodziców, aby zawrzeć małżeństwo, wyrażane są frywolnie w metrze czy bawolim powozie na południu Henan.
    Poza tym, wydaje mi się, że Chińczycy dyskutują o polityce z podobną chęcia jak Francuzi czy Polacy, a ich opinie wahają się od „Partia jest jedynym rozwiązaniem, Tajwan jest nasz, Xi pokaże tym Amerykańcom”, przez „Jednak chyba byłoby lepiej, a przynajmniej inaczej, gdyby przewodził Peng Dehuai.”, do „Żałuję, że Chang Kaishek nie wygrał wojny, mielibyśmy teraz demokratyczne Chiny” Tyle, że dyskutują tylko ze sobą, rzadko z obcokrajowcami. Dlaczego? Prócz oczywistych barier językowych, wydaje mi się, że wynika to z:

    „Inną sprawą jest sposób rozmawiania z Chińczykami, gdyż atakowani niewygodnymi dla nich pytaniami, faktycznie są skłonni przybrać postawę ochronną nie udzielając odpowiedzi wprost lub odpowiadać ogólnikami”

    co jest im wbijane w szkole, ale przede wszystkim jest bezpośrednim rezultatem kultury „twarzy” i norm międzyludzkich panujących w Chinach…Zdarza się to szczególnie, gdy rozmawiają z obcokrajowcem (plus, często gęsto, spięcie/podniecenie samym faktem kontaktu z obcokrajowcem). Poza tym (tutaj również cytat Pani Joanny):

    „z moich obserwacji obcokrajowców mieszkających w Chinach wynika, że ich poznanie często polega na wygłaszaniu poglądów jacy Chińczycy według nich są i nie są skłonni tych opinii weryfikować nawet przy konfrontacji z rzeczywistością.”

    Ciężko by z takimi osobami dyskutować, szczerze przyznam…
    Obcokrajowcy, a szczególnie rasa biała, jest przesiąknięta ignorancją i poczuciem „wyższości”, co mówi nam historia i RÓWNIEŻ WPAJA NAM SIĘ W SZKOŁACH ! takie poglądy obcokrajowców świadczą o nieumiejętności racjonalnego postrzegania świata. Swoją drogą, zastanawiam się, czy nadal w podręcznikach do podstawówki jest napisane, że Gutenberg wydrukował pierwszą książke ? Trzeba spoglądać na pewne sprawy/zjawiska z zupełnie nowej perspektywy, aby dojść do sensu, w tym konkretnym przypadku, chińskiej „kultury”. Trzeba kwestionować własne poglądy raz na jakiś czas, by wciąż sprawdzać ich autentyczność. Podpina sie pod to każdy z argumentów:

    „Uważam, że dobre maniery, czy kulturalne zachowanie u Chińczyków…”
    **********kulturalne z „naszego” punktu widzenia; przyjmujemy to, co nauczyła nas mama, za najlepsze**********

    „Mówiąc o Chinach myślimy o masie…Proszę spróbować przejść na pasach na zielonym świetle nie rozglądając się na boki, to Pana przejedzie samochód.”
    *******jest to spowodowane „masą” i kapitalistycznym „czas to pieniądz”. Jeśli się nie przepchniesz, będziesz wolniejszy/później wrócisz do domu/stoisz dłużej w kolejce. A że człowiek jest większy w samochodzie niż bez niego, zwyczajnie to wykorzystuje i się nie zatrzymuje, bo i tak nic mu się nie stanie (prócz mandatu/więzienia za potrącenie kogoś). Tak samo jest na skrzyżowaniu w relacji ciężarówka-osobówka*******

    „Albo proszę wyjść z metra na zatłoczonej stacji nie rozpychając się łokciami to osoby, które wchodzą do metra Pana nie wypuszczą.”
    ****ta sama idea, co powyżej. Poza tym, spóźnienie do pracy powoduje utratę części pensji, nikt tego nie chce*****

    „To samo jest w windzie”
    ****to samo wyjaśnienie*****

    „Kolejnym przykładem jest sposób jedzenia, mlaskanie i plucie resztek jedzenia na stół”
    ******Niektórzy mówią, że mlaskanie poprawia smak potraw. Sam próbowałem, ma to sens, ale moim zdaniem tylko w przypadku żywności „soczystej”. Plucie resztek na stół jest akurat przejawem kultury osobistej – nie chcesz utrudniać pracy kelnerowi, który będzie po tobie sprzątał i nie plujesz na ziemię – łatwiej zetrzeć ze stołu. Z uwagi na liczbę ludności, zawsze jedli też mniejsze kawałki mięsa, nie steki. Rozumiem frustracje wyciągania każdej pojedynczej kosteczki dłonią, zasłaniając jednocześnie usta ręka******

    „Mięso z psów może Pan dostać nawet w Pekinie. W mniejszych miejscowościach w wielu restauracjach.”****zależy od regionu Chin. Mniejszość Man nie je psów (ponoć). Artykuł poza tym tłumaczy, że jeść psa i jeść krowę jest do siebie bardzo zbliżone****

    Najlepszym przykładem wolności wypowiedzi jest weibo.com
    Technologicznie, nikt i nic nie jest w stanie opanować już wolności wypowiedzi Chińczyków (pomoga tu język chiński, np. 和谐 vs 河蟹 czy 谷歌 vs 古鸽 nie ma informatycznej możliwości filtrowania pewnych wypowiedzi przed ich publikacją ze względu na homofoniczność języka…). Permanentne zablokowanie tej witryny poprowadzi do:

    *natychmiastowego powstania nowej o podobnej funkcji społecznej (z powodu czystej korzyści materialnej)

    *obalenia rządzacych

    —————————————

    „ale przedstawiajmy poglądy ludzi, którzy wmieszali się w tłum z Chińczykami i znają ich najlepiej.”

    Jechałem ponad 50 razy pociągiem na bilet stojący, najdłużej 61 godzin. Skoro takie kryterium, to nie można do mojej wypowiedzi nie przywiązać wagi :)

  6. Joanna Wicher-Skapska mówi:

    Jakże razi, także mnie, nieakceptowane w kulturze europejskiej, chińskie plucie i chrząkanie przy posiłku. Ludzie zachodu wiedza przecież jak zachować się przy…no właśnie… zachodnim stole. Nie zastanawiają nad faux pas, które popełniają zasiadając do obiadu z chińczykami, na które gospodarze, bo co innego im pozostało, przymykają oko. Ach Ci Europejczycy…brakuje im ogłady, no ale cóż są dziwić, że są trochę dzicy, ich cywilizacja nie liczy sobie w końcu ponad 5000 lat.
    Eh…jedną z barier w dogłębnym poznaniu odległych kultur jest etnocentryzm, wynikający bądź to z niewiedzy, bądź ignorancji. Sinologowi nie przystoi jednak ani jedno, ani drugie.

  7. Wojciech Jakóbiec

    Wojciech Jakóbiec mówi:

    Bardzo dziękuję wszystkim za komentarze – cieszy mnie to, że tekst wywołał tak duży odzew.

    Liczę na to, że w przyszłości będziemy mieli jeszcze nie raz okazję podyskutować o sprawach związanych z Chinami.

  8. Maciej Kruzel mówi:

    Witam,

    Pani Joanno, oczywiście chodziło mi o tematy polityczne, a nie rozmowy o jedzeniu jak to ciekawie opisał Pan Mike. W Chinach nie ma wolnych mediów, więc większość Chińczyków czyta i ogląda to samo.
    Pan Krzysztof ma niestety rację, większość z tych miliarda trzystu Chińczyków nastawione jest na kopiowanie, a nie kreatywne myślenie.
    P.S. Znam chiński i rozmawiam z Chińczykami w ich języku.

    Panie Mike, dzięki za dyskusję. Skorzystam z propozycji i też się troche poczepiam. Nie chce się rozpisywać, więc tylko wypowiem się na 2 tematy, które mnie w Chinach drażnią. Tłumaczy Pan chamskie zachowanie Chińczyków, którzy przepychają się w metrze lub nie przepuszczają pieszych na zielonym tym, że się spieszą do pracy. Jest Pan w dużym błędzie. Proszę pojechać choćby do HK lub Japoni to zobaczy Pan jak wygląda ruch w „normalnym” miejscu. Kolejna sprawa to ich kultura osobista np. sposób jedzeniu, czy nie mycie rąk. Jest to spowodowane brakiem wychowania przez rodziców, którzy sami nie wiedzą jak się zachować oraz złą edukacją w szkołach.

    Pozdrawiam,
    Maciek

  9. CZWARTEK [Chiny] SAREK: Bardziej chińscy od samych Chińczyków. Polemika z Wojciechem Jakóbcem | Kultura Liberalna | Liberalnie o kulturze | Kultura, literatura, film, muzyka, polityka, społeczeństwo — Kultura Liberalna mówi:

    [...] Wojciecha Jakóbca. Na łamach portalu „Na temat Chin”, którego jest współzałożycielem, z oburzeniem zarzucił Darewiczowi wypowiadanie opinii trącących kolonializmem, archaiczny sposób myślenia, chęć cywilizowania [...]

  10. Mike Kubacki mówi:

    Panie Macieju,

    „W Chinach nie ma wolnych mediów, więc większość Chińczyków czyta i ogląda to samo.”

    W Polsce sa wolne media (nawet zalozmy, choc tak naprawde wymieraja na calym swiecie), a wiekszosc ludzi czyta i oglada to samo. To sie nazywa mass-media. Sam Pan teraz pisze o „wiekszosci Chinczykow”, a nie jak w pierwszej wypowiedzi: „Natomiast wszyscy Chińczycy myślą tak samo,[...]„.

    ———————————————————-

    Na poglady polityczne tez nalezy spogladac inaczej. „Mandat” sprawowania wladzy (moj chinski nie jest tak dobry, zeby podac rodzimy odpowiednik) rozni sie od powszechnych wyborow. Dlatego tez nalezy odpowiednio przestawic punkt widzenia dyskutujac z Chinczykami o polityce. Wiedza historyczna na pewno w tym przypadku pomaga.

    ———————————————————–

    „Proszę pojechać choćby do HK lub Japoni to zobaczy Pan jak wygląda ruch w „normalnym” miejscu.”

    W Japonii, to nie w Chinach. HK jak najbardziej, istny hub.

  11. Mike Kubacki mówi:

    „Kolejna sprawa to ich kultura osobista np. sposób jedzeniu, czy nie mycie rąk.”

    Sposob jedzenia ? Moglby Pan to stwierdzenie rozwinac ? Plucie ? Paleczkami ? Z jednego talerza ?

    Zgodze sie jednak z myciem rak, czesc Chinczykow tego nie robi i jest to wynik niedostatecznego zaangazowania rodzicow w wychowanie, edukacji rowniez. Mimo to, smiem twierdzic, ze procent osob nie myjacych rak przed posilkiem w Chinach i w Polsce w stosunku do calej populacji kraju ksztaltowalby sie na podobnym poziomie.

  12. Renata mówi:

    Panie Macieju po ponad 20 letnim pobycie w Chinach mysle,ze procent ludzi nie myjacych rak przed posilkiem i po skorzystaniu z toalety jest w Chinach nieporownywalnie wiekszy niz w Polce i ma Pan racje, jest to spowodowane wychowaniem, brakiem przekazywania wzorcow od rodzicow.
    Renata

  13. Magda mówi:

    Brak kultury w Chinach spowodowany jest brakiem kultury. Niestety, ale to prawda. Nigdy w zyciu nie uslyszalam od Chinczyka, ze biali zle zachowuja sie przy stole. Biali zachowuja sie inaczej, to prawda, ale biali chwaleni sa za kulture, a wyksztalceni Chinczycy z ktorymi pracowalam i pracuje bardzo chwala nasze zachowania przy stole. Pytano sie mnie wielokrotnie, czy Polacy podobnie jak Amerykani i inne nacje, ktore znaja z filmow i popkultury rowniez od dziecinstwa wpajane maja normy zachowan. Chinczycy skarza sie na zabicie kultury w Chinach. Pchanie sie jest brakiem manier w kazdej kulturze i Chinczycy uczeni sa tego,ze nie powinno sie pchac, lamac przepisow ruchu ani wpychac przed innych, ale to robia, bo wynika to z pewnych przeslanek historycznych, z czasow, kiedy panstwo o jednostke w ogole nie dbalo a w tej chwili nadal dba w sposob umiarkowany i o wszystko trzeba walczyc. Przykladem moga byc mieszkancy mojego bloku, ktorzy przytrzymaja drzwi, pomoga z zakupami, ale po ulicy beda jechac jak maniacy, wepchna sie przed kazdego w kolejce. Niekiedy rozmawiam z takimi osobami i slysze, ze oni wiedza, ze tego sie nie powinno robic, ale kazdy tak robi. Jeszcze 5 lat temu mialy miejsce sytuacje, kiedy autobusy nie dowozily ludzi do domu, kierowcy nie wpuszczali ludzi do autobusow bo takie mieli widzimisie, panowala ogolna pogarda wobec klienta. Wiec Chinczyk mial zakodowane zeby sie pchac. Teraz kraj jest duzo bogatszy i uslugi sa duzo bardziej wiarygodne i uczciwe, ale potrzeba czasu, zeby mentalnosc sie zmienila…

  14. Magda mówi:

    A propos jedzenia psow – autor artykulu odnosi sie do jedzenia psow przez Chinczykow jak do czegos przebrzmialego, wstydliwego i porownuje do pytania o nadmierne picie wodki czy jedzenie zab. Dla Chinczyka jedzenie psa jest czyms normalnym i Chinczyka takim pytaniem obrazic nie mozna, podobnie jak Polakow pytaniem o wodke.
    Nie lubie Sczucia 5000 latami kultury, to we wspolczesnych Chinach nie ma sensu, kultura chinska zostala zamordowana, teraz sie odradza bazujac w duzej mierze na kulturze zachodu. Komunizm tez byl kultura, ktora przyszla z Zachodu…

  15. Magda mówi:

    Nie zgadzam sie tez ze stwierdzniem, ze pchac sie nalezy bo to kapitalistyczne czas to pieniadz. Chinczycy pchaja sie wszedzie i bez zastanowienia, nawet jak trzy osoby musza wejsc do autobusu, to Chinczyk sie bedzie pchal, bo on czy ona musi usiasc. Pchal i rozpychal lokciami. To jest niekulturalne. A dlaczego? Bo to przeszkadza i irytuje samych Chinczykow. Ale to robia, bo nie sa uczeni szacunku do innych. Moje jest najwazniejsze. Argument o przeludnieniu prosze sobie darowac, prosze zobaczyc metro w Japonii, w Warszawie, czy w Moskwie w godzinach szczytu, jednak inne nacje potrafia sie nauczyc, ze nalezy wczesniej wyjsc do pracy. Chinczycy nie planuja, znam taka pania, ktora zawsze lamala wszystkie przepisy drogowe w drodze do pracy bo chciala sobie
    dluzej pospac, az w koncu wjechala w samochod ojca wiozacego dziecko do szkoly. Wyladowala na 2 tygodnie w szpitalu. dziecko ledwie przezylo. Ona opowiadala o tym ze smiechem, w tej chwili nadal jezdzi jak wariatka. I wstaje pozno…
    Nie zgadzam sie ze stwierdzeniem, ze Chinczycy nie dowartosciowuja sie tym, ze ktos mowi po chinsku. Smiesza ich nasze bledy podobnie jak smiesza nas ich bledy w jezykach obcych. Ale Chinczycy bardzo doceniaja wysilek wlozony w nauke jezyka. Maja oni ogromny kompleks nizszosci w stosunku do Zachodu. Nie wazne, czy slusznie czy nie, ale on jest.

Skomentuj