Kolejnemu już (nie wiadomo właściwie któremu dokładnie) ponownemu otwarciu Muzeum Narodowego w roku 2011 towarzyszyły dwa huczne wydarzenia: ponowne otwarcie wielkiej stałej wystawy „Droga Odrodzenia” (《复兴之路》, Fuxing zhi lu – wystawa ta była już dostępna przez jakiś czas w związku z uroczystymi obchodami 60. rocznicy proklamowania ChRL w 2009 roku) oraz odsłonięcie przed północną bramą monumentalnego pomnika Konfucjusza, ustawionego niemal vis-à-vis portretu Mao na Bramie Niebiańskiego Spokoju. Niedługo później wielką dyskusję wywołała jego równie monumentalna nieobecność, po tym jak statuę przeniesiono na wewnętrzny dziedziniec – do muzealnego Ogrodu Rzeźby. Tłumaczono, że tam właśnie miała się docelowo znaleźć, a przed północną bramą Konfucjusz zatrzymał się tylko na chwilę.

Gmach dzisiejszego Muzeum Narodowego w Pekinie powstał na wschodniej pierzei Placu Tian’anmen (naprzeciw Wielkiej Hali Ludowej) jako jeden z „Dziesięciu Wielkich Budynków” (十大建筑, Shi Da Jianzhu) dla uczczenia X-lecia ChRL. Przez znaczną część swojego istnienia pozostawał jednak zamknięty. Budowę rozpoczęto w roku 1958, a ukończono rok później. Dopiero w 1961 roku odbyło się w nim jednak uroczyste otwarcie Muzeum Chińskiej Rewolucji. Opóźnienie związane było z tzw. Wielkim Skokiem, a także wielkim głodem, który w jego wyniku zapanował w Chinach. Kolejne dekady przynosiły kolejne polityczne kampanie i perturbacje, a wraz z nimi zmiany organizacyjne oraz otwarcia i zamknięcia wielkiego muzeum. W 2003 roku instytucja ostatecznie (?) zmieniła nazwę na Chińskie Muzeum Narodowe. Cztery lata później znów ją zamknięto, aby przeprowadzić wielką renowację i rozbudowę. Kiedy Muzeum Narodowe ponownie otwarto dla szerokiej publiczności (w roku 2011), było już największym muzeum świata.

Odwiedzając je odnosi się wrażenie odwiedzania typowej wystawy typu blockbuster. Nie ma tu jednak kolejek, przynajmniej w tradycyjnym rozumieniu, czyli przed kasami muzeum. Nie ma bowiem kas. Są tylko kolejki po bezpłatne wejściówki, które wydaje się po okazaniu dowodu tożsamości wszystkim bez wyjątku, od kiedy VI Plenum KC XVII kadencji sformułowało w 2011 roku nowe wytyczne, mające na celu „zwiększenie siły oddziaływania chińskiej soft power oraz utrzymanie kulturowego bezpieczeństwa towarzyszącego chińskiemu gospodarczemu ożywieniu”.

Pokłosiem tych (typowo) pytyjskich nowych wytycznych jest bezpłatny wstęp do ponad 60% państwowych muzeów. To, bagatela, 1800 instytucji rozsianych po całym kraju! Pomysł okazał się skuteczny, bo frekwencja w muzeach wzrosła bardzo szybko o kilkadziesiąt procent. Chińska recepta na wypełnianie sal muzealnych – blockbuster w chińskim wydaniu – to masowa lekcja kultury, która ma „umocnić poczucie chińskiej tożsamości narodowej i wiarę w chińską kulturę” – jak mówi kustosz Muzeum Narodowego Lü Zhangshen.

Dalej jednak wszystko tak samo jak we wzorcowym modelu wystawy typu blockbuster, czyli sklepy pełne gadżetów: magnesy na lodówkę z songowskimi i mingowskimi wazami, obudowy na najnowsze iPhony i iPady z cytatami z chińskich klasyków, koszulki z Mao i Konfucjuszem…

Na Zachodzie początki wystaw-blockbusterów wiążą się, jak pisze Paweł Leszkowicz, z wybuchem egiptomanii (zaczęło się od „Skarbów Tutenhamona” w Muzeum Brytyjskim). Wystawę w Londynie obejrzało 1,695 mln widzów. Flagową wystawę w Pekinie zwiedziło do końca 2012 roku 14 mln – twierdzi Agencja Xinhua. W Londynie nieco ponad półtora miliona ludzi oglądało 50 eksponatów. Na zwiedzających w Pekinie czeka ponad 1000 obiektów i prawie 1000 fotografii.  Wystawa z Londynu pojechała później na tournée po Stanach Zjednoczonych, a prezydent Nixon pojawił się na niej w związku ze swoją podróżą do Egiptu. „Ze sztuką związała się tu polityka” – pisze Leszkowicz. To zupełnie jak w Chinach.

W listopadzie 2012 roku „Drogę Odrodzenia” zwiedziło siedmiu członków najwyższego chińskiego kierownictwa (o czym pisał w ubiegłym tygodniu w natematchin.pl D. Mierzejewski). Właściwie to tu sztuka nie tyle „wiąże się” z polityką, co jej służy. I właściwie raczej „sztuka”, bo większość eksponatów na wystawie „Droga Odrodzenia” to archiwalia i historyczne pamiątki. Pojawienie się takiej delegacji na wystawie jest nie tylko silnym i jednoznacznym zaakcentowaniem pewnego programu politycznego (chciało by się niemal rzec: „polityki historycznej”), ale podkreśla także bezprecedensową uwagę, jaką władze poświęcają tzw. „przemysłowi kulturowemu”. „Przemysłowi” właśnie, bo tak to się w chińskim oficjalnym dyskursie dosłownie nazywa (文化产业, wenhua chanye), a przy tym o jego rozwoju nierzadko myśli się w kategoriach stosowanych do gałęzi przemysłu sensu stricto.

Determinacja, z jaką próbuje się kontrolować przeszłość i przyszłość, przynosi szkodę wszelkim przejawom artystycznej twórczości i kuratorskiej kreatywności. I tutaj kolejne podobieństwo ze wspomnianym modelem wystawienniczym (blockbusterem), którego celem jest maksymalizm, graniczący z manią wielkości. W Pekinie to duch, który snuje się po całym muzeum, większym – pamiętajmy – niż Metropolitan w Nowym Jorku, petersburski Ermitaż czy paryski Luwr. Niestety, większe nie zawsze jest lepsze, a ilość nie kompensuje deficytu jakości. „Droga Odrodzenia” z trudem wypełnia północne skrzydło olbrzymiego gmachu. Jej linearna narracja, zaczynająca się od roku 1839 i pierwszej wojny opiumowej, a kończąca na czasach jak najbardziej nam współczesnych, jest przerażająco tendencyjna. Przechodzi gładko od obrazu upokorzenia Chin przez zachodnie mocarstwa do „triumfu” narodu chińskiego na przestrzeni ostatnich sześciu dekad, czyli tytułowego „Odrodzenia”. To oczywiście temat niezmiernie ważny, nie tylko dla Chin i Chińczyków, a krytyczna refleksja nad nim mogłaby być intelektualnie wręcz fascynująca.

Nic z tych rzeczy. O czym bowiem jest ta wystawa? Jak głosi wstęp i posłowie, o „wielkim chińskim narodzie – pracowitym, odważnym, mądrym i kochającym pokój, który wniósł niezaprzeczalny wkład w rozwój ludzkiej cywilizacji. Przez pokolenia Chińczycy realizowali marzenia o sile i dobrobycie. Dzisiaj chińska cywilizacja stoi już na Wschodzie z podniesioną głową, a przed nią rozpościera się jasna wizja Wielkiego Odrodzenia, kiedy to ziszczą się marzenia i dążenia córek i synów narodu chińskiego.”

„Droga Odrodzenia” to wystawa, na której można tylko biernie przyjmować to, co zwiedzającemu zostało podane w gablotach i na planszach. I to podane nie w formie dopuszczającej jakieś interpretacje, ale w formie ostatecznej, kanonicznej wykładni – do wchłonięcia i zinternalizowania. Nie ma przestrzeni na żadną interakcję, nie ma możliwości dialogu. Brak właściwie nawet tak charakterystycznych dla współczesnego muzealnictwa obiektów interaktywnych, no może poza atrapą lokomotywy kolei Qinghai-Tybet, w której można usiąść na miejscu maszynisty i obserwować pejzaże płaskowyżu. Niestety, przyciski na panelu sterowania już nie działają.

Większość eksponatów to zdjęcia. Sporo miejsca zajmuje też eklektyczny zbiór przedmiotów, takich jak kowbojski kapelusz Deng Xiaopinga czy pamiętnik i kombinezon pierwszego chińskiego astronauty Yang Liwei’a. Nie można się oprzeć wrażeniu że na wystawie panuje swoisty horror vacui. Ściany zapełniane są reprodukcjami starych fotografii z lakonicznymi opisami, rekonstrukcjami fasad budynków (np. szanghajskiego budynku, w którym zawiązała się Komunistyczna Partia Chin) oraz pospiesznie wykonanymi przez artystów bardzo współczesnych płaskorzeźbami w stylu soc-jak-najbardziej-realistycznym – stworzonymi specjalnie na tę wystawę.

Całokształt jest niezwykle schematyczny i nie idzie w parze ze społeczno-gospodarczym postępem, jaki dokonał się w Chinach – tak jakby koncepcja wystawy mentalnie utknęła gdzieś u początku okresu „reform i otwarcia”. Absolutne niemal jest skupienie na jasnych rozdziałach historii Chińskiej Republiki Ludowej, a czasy, w których samo Muzeum Narodowe bywało zamknięte z powodu politycznych wstrząsów, są tu zupełnie nieobecne.

To, co zostało opuszczone i przemilczane, jest równie interesujące jak to, co można na wystawie „Droga Odrodzenia” zobaczyć. Chiny nie stawiają tu czoła własnej historii, a partia wyraźnie i twardo trzyma pieczę nad programowymi założeniami muzeum. Wystawa ta nie jest o przeszłości, ale o tym, jak Chiny chcą być dzisiaj postrzegane. Do tego wystarczyłyby pewnie same słowa wstępu i posłowia. No może jeszcze mikrofon, przez który Mao Zedong proklamował ChRL – tak ewidentnie różniący się od urządzenia, do którego Przewodniczący mówi na najsłynniejszym obrazie upamiętniającym to wydarzenie. Zarówno mikrofon, jak i obraz, są do obejrzenia na wystawie, ale nie jest to z pewnością próba zainicjowania krytycznej refleksji o historii i sposobie jej przedstawiania – nie o taką dyskusję zresztą chodzi.

Z końcem wystawy „Droga Odrodzenia” kończy się muzealna lekcja obowiązkowa. Muzeum Narodowe udostępnia znane, rodzime ikony społeczeństwu, które wcześniej nie miało do nich dostępu. Przeciwwagą dla tej narracji „Odrodzenia” jest zlokalizowana w innej częsci budynku ekspozycja poświęcona sztuce starożytnej i dawnej. Ekspozycja niezwykle bogata i interesująca, choć – podobnie jak „Droga Odrodzenia” – rozplanowana niezmiernie schematycznie. W dodatku u progu straszy kukła przedstawiająca jakiegoś praprzodka ludzkości, rodząc u zwiedzających obawy o to, co będzie dalej – niesłuszne, jak się później okazuje.

Tuż obok zaś, trochę mimochodem, zaczyna się zupełnie inne przedsięwzięcie, jednoznacznie zorientowane na zysk. Muzea, w tym Muzeum Narodowe, tak „hojnie” otworzywszy drzwi dla publiczności, stanęły przed koniecznością zarabiania na  siebie i poszukiwania nowych sponsorów. Nie chodzi tu jednak o szukanie rozgłosu, a raczej dyskretne urządzanie pokazów ekskluzywnych marek. Urządza się także wzbudzające ogromne kontrowersje wystawy, takie jak wystawy luksusowych marek Louis Vuitton i Bulgari w 2011 roku, skierowane do zupełnie już innego odbiorcy. Znów, podobnie jak w przypadku „Drogi Odrodzenia”, można sobie wyobrazić scenariusz zupełnie odmienny: biorąc pod uwagę chińską (i wschodnioazjatycką w ogóle) obsesję na punkcie Louis Vuitton, fascynująca mogłaby być wystawa krytycznie przyglądająca się estetyce tej marki w kontekście współczesnej chińskiej kultury czy próbująca zdekonstruować jej oszałamiający sukces w tej części świata. Znów jednak (niestety), nie o to w tym wszystkim chodzi.



Skomentuj