Śmierć Margaret Thatcher ożywiła na nowo dyskusję o politycznej i ekonomicznej spuściźnie 11-letnich rządów tej jedynej kobiety, która kierowała dotychczas brytyjskim rządem. W Chinach jednak będzie się ona zapewne już na zawsze kojarzyła nie tyle z „thatcheryzmem” (demontażem państwa opiekuńczego, walką ze związkami zawodowymi itd.), co z nieudaną próbą obrony ostatniego bastionu kolonializmu – brytyjskiego Hongkongu, no i z widowiskowym upadkiem, jaki „Żelazna Dama” zaliczyła na schodach Wielkiej Hali Ludowej.

Margaret Thatcher po raz pierwszy odwiedziła Chiny w roku 1977, jeszcze jako szefowa opozycji. Wizyta przebiegła w dość dobrej atmosferze. Chińczycy życzyli ówczesnej przewodniczącej Partii Konserwatywnej zwycięstwa w najbliższych wyborach, gdyż odpowiadał im twardy sprzeciw Thatcher wobec radzieckiego ekspansjonizmu. „Dziennik Ludowy” (《人民日报》, Renmin Ribao) ostrzegał w trakcie jej pobytu przed nadmiernymi wpływami związków zawodowych, co mogło być jedynie zbiegiem okoliczności, ale z pewnością wskazywało kolejne, poza niechęcią do Moskwy, podobieństwa w poglądach (z tą różnicą, że szefowa torysów raczej nie widziała w działalności związkowej machinacji „Bandy Czworga”…). Thatcher też była dla swoich gospodarzy miła, choć – jak twierdził po latach pewien brytyjski urzędnik – oceniła Chiny jako „miejsce dość nieprzyjemne, rządzone przez dość nieprzyjemnych ludzi”.

Nieprzyjemnie miało się jednak zrobić dopiero podczas kolejnej wizyty, pierwszej składanej przez Thatcher po objęciu – jak jej tego życzyli Chińczycy – gabinetu przy Downing Street 10. Hua Guofenga (华国锋), z którym rozmawiała w 1977, zastąpił w międzyczasie Deng Xiaoping (邓小平), a rozmowy nie były już wymianą ogólnych poglądów, lecz dotyczyły sprawy bardzo konkretnej – przyszłości Hongkongu.

Thatcher, jak to formułują niektórzy jej krytycy, „straciła Hongkong”, czyli rzekomo dała się wykiwać Chińczykom i zaprzepaściła szansę na uratowanie jednej z ostatnich pozostałości największego niegdyś na świecie imperium kolonialnego. Trzeba tu jasno powiedzieć, że taka ocena jest niesłuszna, gdyż wychodzi ona z całkowicie błędnych założeń. Po pierwsze, nie było możliwości „uratowania” brytyjskich rządów w Hongkongu. Po drugie, nie bardzo wiadomo, dlaczego kontynuacja kolonialnych rządów miałaby posiadać jakąś pozytywną wartość i dlaczego warto by było o nią walczyć. Pomijając już aspekt etyczny (tu nie sposób po prostu bronić brytyjskiej obecności w Hongkongu bez uciekania się do argumentacji czysto rasistowskiej), trudno dostrzec jakikolwiek racjonalny powód, dla którego gubernator brytyjski miałby być dla Hongkongu lepszy niż miejscowy szef administracji z poparciem z Pekinu. Warto przypomnieć, że w brytyjskim Hongkongu nie praktykowano nigdy demokracji, a reformy Pattena wprowadzone zostały „za pięć dwunasta” i były siłą rzeczy postrzegane przez Chiny jako swego rodzaju „kukułcze jajo” im podrzucone.

Trzeba jednak przyznać, że sama Margaret Thatcher uważała, że brytyjską obecność w Hongkongu (albo przynajmniej jakąś formę specjalnego statusu) da się utrzymać, kiedy wybierała się we wrześniu 1982 roku do Pekinu. W Londynie rozważano różne opcje: jakąś formę brytyjsko-chińskiego kondominium, międzynarodowy zarząd ze specjalnymi prawami dla Wielkiej Brytanii i Chin czy też formalny zwrot Nowych Terytoriów (czy nawet całego Hongkongu) z jednoczesnym odnowieniem dzierżawy na kolejny okres. Dlaczego Chińczycy mieliby się na to zgodzić?

Otóż Thatcher gotowa była na „ustępstwa”, w tym na ewentualne uznanie chińskiej suwerenności na terytorium całego Hongkongu. „W zamian” chciała uzyskać zgodę na utrzymanie brytyjskiej administracji, gdyż właśnie ją uznawała za gwarancję dobrobytu, dalszego rozwoju gospodarczego i zachowania roli Hongkongu w handlu międzynarodowym i w międzynarodowych przepływach kapitału. Dla szefowej brytyjskiego rządu uznanie, że Chinom przysługują suwerenne prawa do Wyspy Hongkong (香港岛) i Półwyspu Kowloon (九龙半岛), które stanowią około 1/10 całego terytorium współczesnego Hongkongu (ale są sercem tego regionu), miało być „ustępstwem”, ponieważ oba traktaty trwale cedujące te obszary na rzecz Wielkiej Brytanii (z 1842 i 1860 roku) uważała za obowiązujące, a ich postanowienia za wiążące. Konsekwencją takiego stanowiska było oczywiście uznanie, że tzw. II konwencja pekińska (z 1898 roku), która oddawała Wielkiej Brytanii tzw. Nowe Terytoria (新界) w 99-letnią dzierżawę, także obowiązuje. To z kolei oznaczało, że o północy z 30 czerwca na 1 lipca 1997 roku brytyjskie rządy musiały zakończyć się na 9/10 terytorium Hongkongu, bez których – jak zgodnie uznano w Londynie – reszta kolonii nie będzie w stanie przetrwać.

Margaret Thatcher zamierzała więc przekonywać Chińczyków do pozostawienia Nowych Terytoriów (razem z Wyspą Hongkong i Kowloonem oczywiście) w jakiejś formie w brytyjskich rękach, za co „oferowała” nawet uznanie, że wszystko to jest chińskim terytorium administrowanym jedynie przez Wielką Brytanię.

Pozwólmy te propozycje skomentować samemu Dengowi. Nie ma całkowitej pewności, czy cytat jest autentyczny, ale nawet jeśli to „apokryf”, z pewnością oddaje wiernie poglądy chińskiego przywódcy na tę kwestię. W trakcie słynnego spotkania z Thatcher we wrześniu 1982 roku miał on rzucić do swoich współpracowników: „Z tą kobietą nie da się rozmawiać, zupełnie nie posługuje się racjonalnymi argumentami” (“我没法和这个女人谈,她根本不讲理”).

Podczas tego samego spotkania Deng oznajmił Thatcher, że z trzech kwestii dotyczących przyszłości Hongkongu (suwerenność, formuła rządów po 1997 roku, regulacja okresu przejściowego do 1997 roku) przedmiotem dyskusji mogą być wyłącznie dwie ostatnie. Suwerenność była dla niego (i chińskiego przywództwa w ogóle) kwestią oczywistą i żadnej dyskusji nie podlegającą. ChRL od samego początku swojego istnienia uważała wszystkie zawarte przez Cesarstwo Chińskie „nierównoprawne traktaty” (不平等条约, bu pingdeng tiaoyue) za nieważne. Umowy te, z których traktat nankiński (ten właśnie oddający Wielkiej Brytanii Wyspę Hongkong) był pierwszym i – można by rzec –archetypicznym, były dla Chińczyków symbolem największego upokorzenia w ich historii. Nie było zatem absolutnie mowy o jakiejkolwiek dyskusji na temat suwerennych praw do Hongkongu. „Koncesja” ze strony Margaret Thatcher była zatem, z perspektywy chińskiej, niemalże obelgą.

Po wyjściu z Wielkiej Hali Ludowej, gdzie rozmawiała z Dengiem w Sali Fujiańskiej, premier Thatcher potknęła się i przewróciła na schodach tego monumentalnego gmachu, stojącego na zachodniej pierzei Placu Tian’anmen. Wizyta budziła oczywiście wielkie zainteresowanie mediów, więc upadek zarejestrowały kamery telewizyjne. Jedno z ujęć można obejrzeć pod tym adresem:

http://www.youtube.com/watch?v=JGClvYX6G1w

Ciekawy jest komentarz, który słychać na tym filmiku spoza kadru. W wolnym przekładzie jego znaczenie jest mniej więcej takie (daruję sobie tłumaczenie dosłowne dziwacznych metafor): „Bezkompromisowa i potężna Żelazna Dama przybyła tu w nimbie zwyciężczyni wojny o Falklandy. Nie spodziewała się jednak, że napotka twardszego od siebie, twardego jak stal przeciwnika. Szybko zdała sobie sprawę, że w kwestii zwrotu Hongkongu nie ma praktycznie z czym siadać do stołu negocjacyjnego.” Tak właśnie ten upadek, zapewne zupełnie przypadkowy, powszechnie się w Chinach interpretuje. „Proszę, jak stalowy Deng nagadał ‘Żelaznej Damie’, aż orła wyrżnęła!” – nie kryją schadenfreude Chińczycy.

Margaret Thatcher nie uchodziłaby za jednego z najbardziej wyrazistych i zdecydowanych przywódców minionego stulecia, gdyby takie (dosłownie i w przenośni) potknięcia ją zniechęcały. Mimo bardzo jasno wyrażonego stanowiska Deng Xiaopinga, próbowała jeszcze (a właściwie próbowali tego brytyjscy negocjatorzy w ramach rozmów podjętych po wizycie Thatcher w 1982 roku) dyskutować z Chińczykami o kwestii suwerenności. Bezskutecznie. Pekin był tak zdeterminowany w dążeniu do tego, aby narzucić swoją formułę, kalendarz i tematykę negocjacji na temat przyszłości Hongkongu, że nie dała mu rady nawet Żelazna Dama. Ostatecznie rozmawiano wyłącznie o tym, jak wyglądać będzie ustrój Hongkongu pod rządami ChRL (słynna zasada „jeden kraj, dwa systemy” – autorski pomysł chiński), a także o tym, jak zapewnić stabilność i niezakłócone funkcjonowanie regionu w okresie przejściowym, czyli w końcówce rządów brytyjskich. Obie strony chciały przede wszystkim uniknąć panicznej ucieczki biznesu i podminowania gospodarczego sukcesu Hongkongu.

Czy Margaret Thatcher była po prostu niedobitkiem imperializmu, nie potrafiącym wyzwolić się z XIX-wiecznego, kolonialnego myślenia o świecie? Nie sądzę, żeby aż tak surowa ocena jej postawy w sprawie zwrotu Hongkongu była sprawiedliwa. Warto pamiętać o tym, że Chiny anno Domini 1982 w niczym nie przypominały tych nam współczesnych. Nikt też nie był w stanie przewidzieć, jak będą wyglądać 15, a tym bardziej 30, lat później. Nie wiedzieli tego przecież sami Chińczycy, nawet chińskie kierownictwo, w którym o ostatecznym kierunku reform rozstrzygnięto dopiero dekadę po historycznej rozmowie Thatcher-Deng. Nie można zatem czynić Żelaznej Damie zarzutu z tego, że perspektywa chińskich rządów w Hongkongu mocno niepokoiła ją niecałe 4 lata po ogłoszeniu polityki „reform i otwarcia”, i raptem 15 lat po pamiętnym roku 1967. Wtedy to Hongkong przeżył siedmiomiesięczny okres zamieszek i zamachów bombowych (będących odpryskiem Rewolucji Kulturalnej), które kosztowały łącznie życie 51 osób. Prawie 1.200 odniosło wówczas obrażenia w trakcie zamieszek lub wskutek wybuchów bomb.

Wydaje się, że Margaret Thatcher autentycznie poczuwała się do odpowiedzialności wobec mieszkańców Hongkongu, odpowiedzialności za ich bezpieczeństwo i dobrobyt. Zabrakło jej (i nie tylko jej) po prostu wyobraźni na inny niż brytyjskie rządy sposób zapewnienia regionowi tego wszystkiego. Trzeba tu przyznać, że w samym Hongkongu lat 80. perspektywa powrotu do Chin budziła co najmniej mieszane uczucia. Miejscowy biznes zaczął wówczas wyprowadzać aktywa, m.in. do Kanady i Singapuru. Paradoksalnie, przejście pod pieczę komunistów okazało się ostatecznie dla hongkońskiego biznesu bardziej korzystne niż działanie pod rządami gubernatorów przysyłanych przez liberalny gospodarczo Londyn. To jednak okazało się znacznie później, w 1982 roku Thatcher starała się bronić status quo, ponieważ z jednej strony nie mogła spojrzeć w przyszłość, a z drugiej – nie rozumiała i nie doceniała historycznej traumy, jaką brytyjski imperializm pozostawił w Chinach.



Skomentuj