Przez całą wiosnę była brzydka pogoda, najpierw padał śnieg, potem deszcz, wszędzie błoto. Tak aż do Wielkanocy. Temu świętu towarzyszą okołotygodniowe wakacje, toteż Xiao Zhou zaproponował: „Wyjedźmy gdzieś”.

Zależało mu, żeby wybrać się do Oświęcimia. Ja też bardzo chciałem pojechać, ale jednocześnie czułem wewnętrzny niepokój. Bo po co właściwie się tam udawać? Po to, by pozwiedzać? Odebrać lekcję? To wszystko bez sensu. A jednak zdecydowałem się. Zdaje się, że Chińczykom nie wystarczają własne doświadczenia, „trzeba nam bardziej efektownego nieszczęścia, by rozjątrzyć nasze rany”. Jestem przekonany, że odpowiedzialny jest za to kompleks ofiary. Czy z Xiao Zhou jest tak samo? Jest ode mnie młodszy o piętnaście lat.

Niebo było pochmurne, kropelki zimnego deszczu wirowały w powietrzu. Siedząc w pociągu, patrząc na zmokniętą, przygnębioną ziemię, na melancholijnie kołyszące się brzozy, myślałem o tym stuleciu i jego poetach. Pośród tej bezbrzeżnej melancholii, drzewa te były jak pieg światła na czole ziemi, piękne i smutne. Jak los, jak nieusuwalny ślad, który przydaje jej jeszcze powagi. Pociąg wyruszał o północy. Teraz powoli świta. Mój towarzysz jeszcze śpi.

Najpierw docieramy do Krakowa – znanego wschodnioeuropejskiego miasta o długiej historii. Drobny deszcz i mgła przeszywają dumnie stojące kościoły, Zamek Królewski, uliczki Rynku. Zabytkowe, niszczejące budowle w kryształach mgły wyglądają tym dostojniej, tym bardziej tajemniczo. To jest miasto rzeźbione przez czas, przywodzące na myśl zwoje świętych ksiąg. Jest przeszłością, nie ma przyszłości. Jego ponura architektura przypomina dawnych mnichów, zdaje mi się, że słyszę szuranie ich czarnych szat.

Do Oświęcimia jest stąd kilkadziesiąt kilometrów. Tu mamy przesiadkę. Już bliziutko. Ironia, drwina? Cień wieży Kościoła Mariackiego łączy dwa przeciwne bieguny? Niemilknący od setek lat ton dzwonów – czy się nie zmieni zmieszany z łkaniem? A może już się zmienił i tylko nasze uszy nie są w stanie wysłyszeć nowych brzmień?

„Oświęcim”, w tym słowie streszcza się terror, skupiają się zastępy dusz, które nie zasłużyły na śmierć. Gdyby to słowo otworzyć, jak epidemia, rozprzestrzeniłoby się po świecie. Język ma duszę. Owo maleńkie miasteczko  zasłynęło tym jednym zdarzeniem. Współczuję ludziom, którzy tu mieszkają, pogrążeni w atmosferze strachu. Nawiązując do chińskiej frazy, rzec można, że ciężko tu od ciemności i duchów. A może to tylko językowe wrażenie, a rzeczywistość jest zgoła odmienna. Abstrahując od nazwy, przecież samo miasteczko niczym się nie różni od innych miast. Dzielnice niestare i nienowe, wysokie kościoły, jeden czy dwa zabytki z wyrytymi pamiątkowymi napisami. Starsi ludzie są spokojni, spacerują wolnym krokiem, młodzi wciąż zabiegani. Wisła płynie leniwie, rozpościerające się na jej brzegach łąki i lasy zamazują się w kroplach drobnego deszczu, jaskrawa zieleń uświadamia mi, że jest przecież wiosna. Wiosna, wiosna, na pewno wiosna? Przypomina mi się też, że pojutrze Wielkanoc, dzień Zmartwychwstania Jezusa. Grupka dzieci na mostku łowi ryby, ich jasne czupryny czochra wiatr. Pierwiosnki rozkwitają jak płomienie. Życie toczy się dalej.

Historia Oświęcimia jest dobrze znana. Właściwie nie trzeba by opowiadać.

Jest o wiele mniejszy niż sobie wyobrażałem, o wiele zwyczajniejszy. Językowy przekaz tak często odległy jest od rzeczywistości. Język zdaje się potęgować fantazję – a ta fantazja jest piekłem, albo może niebem. Obóz w Brzezince zajmuje około ćwierć kilometra kwadratowego, znajduje się w nim jakieś pięćdziesiąt, sześćdziesiąt baraków – wiele z nich doszczętnie już zniszczonych, tak, że ostały się tylko fundamenty. Przekalkulowałem, że może się tu jednocześnie pomieścić od dwudziestu do czterdziestu tysięcy osób. Część znajdująca się wewnątrz miasta jest jeszcze mniejsza, jeszcze bardziej przypomina więzienie. Obejrzałem już wszystkie najtragiczniejsze zakątki. Przed przyjazdem zerknąłem do kilku encyklopedii, pod hasłem Oświęcim odnajdywałem w nich różne liczby: pięć i pół miliona, cztery miliony… Kto wie, może te statystyki są zawyżone, wojenny czas i tutejsza przestrzeń mają dość ograniczoną pojemność. Niedawno (w 1994 roku) natrafiłem na materiały dotyczące badań pewnego francuskiego historyka, który szacował, że  Oświęcim pochłonął około ośmiuset tysięcy ofiar. Niewykluczone, że te dane są bliższe prawdy. Nie jestem historykiem i nie do mnie należy rozstrzyganie kwestii oświęcimskiej. Sądzę wszakże, że swój status tak zwany „Oświęcim” zawdzięcza panującemu instynktowi wyimaginowanego strachu i politycznemu zapotrzebowaniu; choć oczywiście nie zamierzam podważać prawdziwości tych zdarzeń. Tak, wszystko to miało tu miejsce. Ludzkie okrucieństwo gorsze jest nie tylko od zwierzęcej zaciekłości, ale od samego szatana. Istnieje dla nas zło niewyobrażalne, ale nie niewykonalne. W krwawych dziejach ludzkości Oświęcim wcale nie jest przypadkiem wyjątkowym. Jest charakterystycznym obrazem tamtego momentu dziejowego. Ale do milionów podobnych zbrodni dochodzi przecież w każdym czasie i w każdym miejscu, tyle że są one rozproszone po wszystkich obszarach, na których rozsiani są ludzie, a nie skoncentrowane w jednym punkcie. Albo też przyjmują inne formy, przyozdobione wielkimi słowami.

Nie wiem, czy w przeszłości w Oświęcimiu gościli jacyś Chińczycy. W księdze pamiątkowej nie znalazłem żadnego chińskiego imienia. Jeśli tu byli, co czuli? Przestało padać. Szeroki pas ziemi Brzezinki spowija mroczny chłód, niewyraźne słońce zza chmur rzuca promień światła. Wychodząc z jednego baraku, wchodzi się do drugiego… Te drewniane łóżka, te ściany są mi już skądś znane… Doprawdy, przebywając tu, nie potrafię przeniknąć losów Europejczyków, dużo więcej rozmyślam o chińskich traumach. Między 1966 a 1976 rokiem dola przeciętnego Chińczyka, jak sądzę, nie była lepsza od doli ofiar tego miejsca.

Metalowe siatki, posterunki, stalowe tory prowadzące w przedsionek serca obozu. Poszukuję drobnych szczegółów, może te maleńkie detale, które się tu zachowały, lepiej oddają charakter zdarzeń. Używane przez więźniów drewniane taczki, łopaty, plany ucieczki kreślone na ścianach, ornament wydłubany szczoteczką do zębów, niezliczone imiona wyryte na ceglanych murach i drewnianych belkach. Zostawili po sobie tylko imiona, a sami – gdzie są? Świadomie lub nie, pozostawili własne imiona kolejnym pokoleniom, tylko tyle mogli tutaj dla siebie zrobić. Z uwagą czytam litery, tak wyraźne, jakby to oni sami stali przede mną.

Część wewnętrznego obozu przekształcono w muzeum. Wiele tu przedmiotów i fotografii przykuwających uwagę zwiedzających. Nie jestem w stanie opisać tego wszystkiego. Chciałbym, by w moim języku pozostało trochę ciepła, by się nie stał tylko kolejną formą przemocy i krzywdy.

Myślę sobie, że w tu właśnie runęła europejska cywilizacja, grzebiąc wiarę w człowieka. Dwie wojny odsłoniły zło tkwiące w ludzkiej naturze. To nie Niemcy, Rosjanie, Żydzi, to… ludzie. Dopóki „człowiek” leży tu obnażony, potrzaskany, wiary człowieka w „człowieka” też nie sposób poskładać, nic się nie da nadrobić.

Ludzie powinni mieć jakieś wartości. Wszelkie nurty, filozofie, przyszłość, wielcy geniusze i wielkie cele nie mogą się bez nich obyć. I nie są to wcale wartości nadzwyczajne, w chrześcijańskich katechizmach, w konfucjańskich księgach, w buddyjskich i islamskich świętych pismach, dawno już zostały wyłożone. Wzajemny szacunek, zaufanie i dobroć. „Bóg umarł”, więc teraz autorytety i prądy wytyczają ścieżki przyszłości. I może nie byłoby w tym nic w tym złego, gdyby nie fakt, że te koncepcje, które postawiły sobie za cel unicestwienie „człowieczych” wartości, zaczęły zagrażać całej cywilizacji. To morał z tego stulecia. Czyż nie tak doszło do Oświęcimia?

Jest takie zdjęcie, o którym rzadko się pisze. Uwieczniona jest na nim grupka koncertujących więźniów ubranych w wojskowe mundury, otaczają ich towarzysze i niemieccy żołnierze. Jakby zawarli przymierze. Grają Mozarta czy Straussa? Ten obraz wywołuje we mnie przygnębienie. Takie sytuacje – czy powinny mieć miejsce? Zbezczeszczenie muzyki i poniżenie muzyków. Ani dla muzyki, ani dla muzyków, żadnej w tym chluby. Pamiętam scenę z  „Archipelagu Gułag”, w której dwóch młodych polskich pianistów na cztery ręce odpiera swój los. To już nie jest muzyka, to najdalsza granica muzyki. Nie chcę stawiać wymagań, nie chcę krytykować, chcę tylko powiedzieć, że musimy postawić sprawę jasno: odróżnić hańbę od dumy, zwrócić uwagę, gdzie lokujemy swój entuzjazm. Pośród tego ogólnego chaosu wiele można zrozumieć,  wiele wybaczyć. Ale zawsze i wszędzie, niezależnie od tego, jak skrajne wyznaje się zasady, w jak wielkiej chodzi się chwale, istnieje jedna wartość, z której okradać człowieka nie wolno, której nie wolno postawić na głowie: jest nią ludzka godność.

Po południu znów popaduje deszcz, północny wiatr zmienia kierunek kropel wody i mieszających się z nimi płatków śniegu. Nieprzyjemny chłód przeszywa skórę, sprawia, że człowiek się wycofuje, izoluje. Faluje na wietrze kilka żydowskich chorągwi. Na jej białym tle umieszczonych jest kilkadziesiąt błękitnych skośnych pasków, a w rogach czerwone serduszka wielkości ziarenka. Przyszło mi do głowy zdanie: „Serca Żydów są poza ich ciałami”. Pośród tej cmentarnej ciszy, zdają się takie jasne, takie czyste, jak serca dzieci. Sprawiają, że dostrzegam niebo – jakby same były tym niebem. Dzięki nim doznaję ulgi i pociechy, przeczuwam rysującą się w oddali nadzieję. Tak, trzeba nam tej czystości – tylko w ten sposób możemy na powrót ożywić „człowieka”. Żydzi to naród, który przeszedł wiele, ale zachował bijące w piersiach czyste serce. Wolno im w takich miejscach stawiać takie flagi. Moja pamięć przywołuje flagę izraelską z czystą, sześcioramienną gwiazdą, młodych Żydów, którzy tu przybywają, by złożyć kwiaty, zapalić świeczkę, zapłakać. Nie mnie oceniać i streszczać ich dzieje, ale pod tym względem niezmiernie ich szanuję, za tę pamięć i kultywowanie własnej cywilizacji.

Kilka miesięcy później telewizja transmituje warszawskie uroczystości upamiętniające Zagładę. Jest tam pewien żydowski muzyk, w pieśni przypominającej hymn opiewa cierpienia swego narodu. Z zamkniętymi oczami, jak ślepiec, łzawym, łagodnie się wznoszącym i opadającym tonem, w którym pobrzmiewa bliskowschodnia historia, siła i mądrość Biblii. Czuję, jakby ten dźwięk, przepływając i wijąc się łagodnie, wymazywał granice państw, pokrywał całą ziemię. Tylko taka pieśń i takie łzy, mogą przynieść ludziom ulgę w cierpieniu. Dobrany przez znanego polskiego muzyka Krzysztofa Pendereckiego akompaniament wstrząsa ciemnością nocy, wybucha w świetle ognia.

Żydzi, Polacy – dwa udręczone narody. Pod wieloma względami reprezentują losy i nieszczęścia wszystkich doznających upokorzeń. Dlatego też poznali wartość i wagę ludzkiej godności, szacunku do siebie samego i tego uporu, który każe przeciwstawiać się tyranii i trwać w sprawiedliwości i prawdzie. W ich tragicznych dziejach podtrzymywał ich ten właśnie duch. Krew i łzy wsiąkały w ziemię i wnikały w ciała, stając się pokarmem dla narodowego serca i wiary. Cierpienie jest ich historią  i ich tragedią, szanują je tak, jak szanują swoje świątynie i pisma. W pewnym sensie ludzkie trwanie jest trwaniem pamięci, zależy od harmonijnego przekazywania dziedzictwa, na wzór dziedziczenia w naturze. Polacy i Żydzi przez długi czas nie mieli ojczyzny, ich ojczyzną były pamięć i język, dzięki nim przetrwali. Korzenie ich egzystencji nie wrastają w tę ziemię, lecz w glebę doświadczenia, sięgają serc tym doświadczeniem wykarmionych. W Oświęcimiu można odczuć ten ich szacunek do własnych tragicznych dziejów i upór, z jakim kultywują narodową pamięć. Ich poczucie godności, ich wiara w sprawiedliwość sięgają i tu. Tak, oni będą pamiętać wiecznie.

W telewizji pokazywano kiedyś taki film: pewien aktor komediowy, w sytuacji historycznej zupełnie jego samego niedotyczącej, postanowił pomóc grupce żydowskich dzieci, by ostatecznie zostać  razem z nimi wysłany do Oświęcimia. Na końcowej stacji stanął na platformie wagonu i zaczął odgrywać zabawne scenki, ludzie – transportowani więźniowie i sami transportujący – tłoczyli się wokół w ciszy. Bo w tym jego komizmie, w żartobliwej zabawie odbijał się obraz okrucieństwa i bezwstydu. Widzowie najpierw się śmieją, ale po chwili uśmiech zamienia się w milczenie i łzy. To scena jak z Chaplinowskich „Świateł wielkiego miasta”. Artysta posługuje się śmiechem, żeby wyrazić milczenie łez, a my narodowe dramaty zamieniamy w ulotne komedie. Nie może to nas, Chińczyków, nie napawać przestrachem. Odnoszę wrażenie, że nasz naród nie zachował w sobie już żadnego dostojeństwa, żadnej godności, zamienił się w wielkie cielsko, pozbawione wszakże szkieletu, mózgu, organów wewnętrznych, ale wciąż wydające z siebie śmiech. Wdzięczny jestem Oświęcimiowi, że mi to uświadomił.

Opuściwszy Oświęcim, zatrzymuję się w jednym z południowopolskich miasteczek. Jutro Wielkanoc. Jutro Wielkanoc. Te słowa z całą siłą rozbrzmiewają w moim umyśle. Nie jestem tylko pewien, czy to Oświęcim jest szyderstwem wymierzonym w Chrystusowe Zmartwychwstanie, czy też może Zmartwychwstanie Jezusa ma być dla Oświęcimia wybawieniem. Nie wiem, co należy wymienić w pierwszej kolejności. Wieczorem udałem się do kościoła. Miasto maleńkie, ale świątynia wiekowa, potężna. Jaskrawe światło, mnóstwo ludzi, wszyscy trzymają w dłoniach płonące świece, nawa aż drży od dźwięku hymnów, melodia organów i wtórujący im chóralny śpiew niosą się echem w mrokach nocy. „Jezu, nasz Panie, Ty jesteś Miłością, Drogą i Światłem”… Wszyscy obecni klękają na oba kolana, piękne kobiety, młodzi studenci, dorośli, starcy, dzieci… Zgromadzeni wokół umęczonego ciała Chrystusa, wznoszą nad głowy świece, niektórzy płaczą. Ksiądz każdego kropi wodą święconą, rozdaje Komunię Świętą. Bogato zdobione insygnia, kapłan bierze do rąk naczynia liturgiczne, zapala kadzidło, zaczyna się procesja.

Stoję w kąciku na górze, spokojnie obserwuję. Często podczas takich ceremonii lubię analizować w myślach postawy ludzi uczestniczących w rytuałach, ich psychologię, podświadome zachowania. Ale nie dziś. Muszę ich uszanować, uznać sakralny charakter obrzędu. Zazdroszczę im.

Po wyjściu z kościoła stoję sam pośród nocy, wszędzie zamęt, nawet noc jest zmącona. Uczestnicy procesji, śpiewając hymny, trzymając chorągwie, wznosząc świece, zmierzają w innym kierunku. Tu, tam – jakże daleko sięgają wzajemne różnice. Ale w tę samą noc – należą przecież chyba do tego samego świata…?

1993-1994 w Poznaniu

Przekład z języka chińskiego: Joanna Krenz



2 Komentarze

  1. X mówi:

    Droga redakcjo,

    Bardzo dziękuję za przekład utworu Yi Ping.

    Chcialabym zwrócić Państwa uwagę na to, iż po chińsku słowo Oświęcim najczęściej pisze się jako 奥斯维辛, zamiast “奥斯威辛”, jakie ukazuje się na głównej stronie Państwa portalu.

    Łączę wyraz szacunku

  2. NaTematChin

    NaTematChin mówi:

    Bardzo dziękujemy za zwrócenie uwagi, już zmieniamy.

Skomentuj