Tematów do debat w Chinach nie brakuje. Również lektura chińskiej prasy z ostatniego tygodnia dostarcza interesującego materiału do analizy bieżących wydarzeń w tym kraju. Jednym z głównych tematów podejmowanych przez oficjalne organy prasowe jest słynne „chińskie marzenie”. „Dziennik Ludowy” w specjalnym dziale „Chińskie marzenie. Serce ‘czerwonego syna’” (中国梦·赤子心) publikuje wzniosłe teksty poświęcone realizacji niespełnionych dotychczas marzeń chińskich. Wtóruje mu „Wybór Czerwonego Sztandaru”, który odnosi się do debat wokół interpretacji „chińskiego marzenia”, krytykując uprzednie „republikańskie” interpretacje grupki liberałów związanych z tygodnikiem „Nanfang Zhoumo”. Mniej propagandowo pisze poczytny tygodnik „Nanfang Chuang”. Znajdujemy w nim analizę wprowadzonych ostatnio w życie w strukturach Komunistycznej Partii Chin regulacji dotyczących walki z korupcją. Z kolei strony internetowe „Nanfang Zhoumo” przedstawiają trudne życie nankińskich taksówkarzy, którzy zarabiają jednak około 4 tys. złotych miesięcznie.

Opowieści i teoretyczne rozważania

Propagandowo dobrana opowiastka stała się tematem jednego z tekstów opublikowanych w „Dzienniku Ludowym”. Oto poznajemy głównego bohatera – Li Jiefa, którego rodzina zamieszkała w Hongkongu, ale po wkroczeniu tam Japończyków musiała uchodzić do powiatu Meizhou w prowincji Guangdong. Tam mieszkał wraz z rodziną przez 23 lata. W 1963 roku Li otrzymał specjalne pozwolenie na wyjazd z kraju (中国公民出国通行证, Zhongguo gongmin chuguo tongxingzheng) i wyruszył w kierunku Hongkongu. Cała podróż z powiatu Meizhou zajęła mu około 5 miesięcy. W tym czasie regulacje brytyjskie przewidywały wpuszczanie przez granicę w Luohu (obecnie część Shenzhen) tylko 100 „Chińczyków kontynentalnych” dziennie. Ustawiały się zatem kolejki i kto był pierwszy, ten przekraczał granicę dwóch światów: kapitalistycznego Hongkongu i Chin doświadczonych „Wielkim Skokiem”. Jak się jednak okazało, obywatele chińscy z pozwoleniem takim, jakie miał bohater opowiastki, mogli wjeżdżać do Hongkongu tylko przez Makau. Sprawy zatem skomplikowały się po raz kolejny, tym bardziej że i w Makau pojawiły się nowe obostrzenia. Pozostawała tylko nielegalna emigracja (偷渡, toudu). Tak też się stało – Li nielegalnie dostał się do Hongkongu.

Dalej „Dziennik Ludowy” wspomina „wiek upokorzeń”, stawiając pytania, które z pewnością pojawiały się w „sercu i umyśle” Li Jiefa: dlaczego władze brytyjskie ograniczają dostęp Chińczyków do Hongkongu? Dlaczego Chińczyk nie może stąpać po własnej ziemi? Kiedy się to skończy? „Kiedy Chiny będą silne, wówczas nikt nie oszuka narodu i obywateli chińskich” – zdawał się mówić bohater tekstu.

W Hongkongu Li Jiefa pracował przez jakiś czas, wspierany finansowo przez brata, który pracował w RPA. Sytuacja materialna nie była zła, ale w 1967 roku, kiedy doszło w Hongkongu do zamieszek, Li Jiefa został oskarżony o kolportaż lewackich ulotek propagujących „rewolucję kulturalną” i zmuszony do wyjazdu do RPA. Tam Li znów był specjalnie kontrolowany, znów mógł przekonać się, jak zachowuje się „biały człowiek” – widział przecież apartheid (种族隔离, zhongzu geli). Chińczycy i Murzyni byli traktowani podobnie – dodaje „Dziennik Ludowy”. Doświadczenia te niewątpliwie miały wpłynąć na pozytywną recepcję nowych haseł Xi Jipinga. Dzięki „chińskiemu marzeniu” o „wielkim odrodzeniu narodu chińskiego” Li Jiefa stał się wreszcie, przekonuje organ KC, „szczęśliwą jednostką w szczęśliwym narodzie chińskim”.

Bardziej „wysublimowane” argumenty przytacza gazeta Centralnej Szkoły Partyjnej „Wybór Czerwonego Sztandaru”. Na początku roku na łamach „Nanfang Zhoumo” udowadniano, że to, do czego dążą Chińczycy od ponad 100 lat, to rządy konstytucyjne. Takie podejście nie spotkało się jednak z przychylnym przyjęciem ze strony władz, więc w „Wyborze Czerwonego Sztandaru” całkowicie podważono tę ocenę. Po pierwsze, jeśli marzenie dotyczy demokracji konstytucyjnej, to nie do końca jest to „chińskie marzenie”, lecz „brytyjskie”, a może do pewnego stopnia „rosyjskie”.

Jak przekonuje na łamach gazety Yu Zhong, dziekan Wydziału Prawa stołecznego Uniwersytetu Ekonomii i Handlu, o ile prawa człowieka czy demokracja są do przyjęcia, to już propagowana na Zachodzie wolność nie. Do tego dochodzi jeszcze kwestia podstawowa: na świecie nie ma jednego określonego do końca modelu rozwoju. Panta rei.  Zdaniem Yu Zhonga, Liang Qichao (chiński myśliciel z przełomu XIX i XX wieku) nie śnił prawdziwie chińskich snów, bo jego rozważania o systemie politycznym wzorowane były na monarchii konstytucyjnej rodem z Wielkiej Brytanii. Podobnie Sun Yat-sen, ojciec Republiki Chińskiej, źle interpretował model rewolucji październikowej, uznając, że w dalszych fazach będzie prowadziła do demokracji konstytucyjnej.  Dlatego „chińskie marzenia” mają być podstawą do zaprzeczenia teorii o demokracji liberalnej jako końcu historii. „Wielkie odrodzenie narodu chińskiego”, nie rządy konstytucyjne, będzie oparte tylko na przekonaniu o własnej odrębności kulturowej.

Nowe regulacje w partii

Przyjęte 27 maja regulacje dotyczące sformalizowania działań partyjnych w oparciu o przejrzyste podstawy i procedury, jak przekonuje tygodnik „Nanfang Chuang”, prowadzą do oficjalnego uregulowania istniejącej już formuły zwalczania przestępczości w szeregach partii. To pierwsze tego typu dokumenty w historii KPCh. Należy jednak wyjaśnić, że do tej pory w walce z korupcją posługiwano się przede wszystkim tzw. shuang gui (双规). To specjalna, nieuregulowana prawem procedura, która w istocie sprowadza się do śledztwa prowadzonego przez wewnątrzpartyjne organy kontroli dyscypliny. Osoba takiemu śledztwu poddana przetrzymywana jest w czasie jego trwania w szerzej nieznanym miejscu i bez kontaktu ze światem zewnętrznym, aby „wyjaśnić problem naruszenia dyscypliny partyjnej”, co de facto wiąże się z początkiem końca kariery politycznej „podejrzanego”. Dopiero po takim wewnątrzpartyjnym śledztwie przekazuje się sprawę w ręce prokuratury, która wnosi akt oskarżenia do sądu (a więc działa już w ramach procedury karnej).

Zdaniem eksperta Centralnej Szkoły Partyjnej Li Yongzhonga, shuang gui to najbardziej efektywny mechanizm walki z korupcją. Jednak od lat 90. ubiegłego wieku miał on padać ofiarą układów i tracić na znaczeniu, a obywatele zostali – powiada Li – „oślepieni”. W roku 1998 Centralna Komisja Kontroli Dyscypliny uznała, że sprawy korupcyjne nie mogły być rozpatrywane przez sądy. Ponoć przesądzały o tym kwestie bezpieczeństwa. Sądy za miejsca bezpieczne uznane nie zostały, a sprawy w oparciu o formułę shuang gui toczyły się w hotelach, hostelach, jednostkach wojskowych oraz… mieszkaniach prywatnych. Takie okoliczności w prywatnych rozmowach z dziennikarzami „Nanfang Chuang” potwierdzają adwokaci, którzy reprezentowali swoich klientów w pokojach hotelowych.

Oficjalne wytłumaczenie jest jednak inne. Grupy delegowane przez organy kontroli dyscypliny to osoby wzajemnie anonimowe i nie znające się wcześniej. Tym sposobem, jak twierdzą partyjne władze, eliminuje się prywatne powiązania, co służyć ma większemu obiektywizmowi postępowań w sprawie korupcji. Jednak być może jest tu ukryte drugie dno. Być może takie „tajne śledztwa” to wynik obaw o życie oskarżonych, którym rozsierdzony tłum wkraczający na sale sądowe w normalnych warunkach mógł sam wymierzyć sprawiedliwość.

Przytaczane przypadki „śledztw antykorupcyjnych” nie pozostawiają jednak złudzeń. Zdarzało się, że zamiast wymierzać sprawiedliwość, „śledczy” w procedurze shuang gui mordowali podejrzanych. Ktoś tajemniczo zginął w czasie kąpieli, a inny został pobity na śmierć przez trójkę inspektorów. Takie warunki tajności mają zniknąć na mocy nowych wewnątrzpartyjnych regulacji, a procesy korupcyjne być może od samego początku będą się toczyć na salach sądowych.

Taksówkarze w Nankinie

Zmagania nankińskich taksówkarzy z korporacyjnymi oszczędnościami i rządowymi regulacjami opisuje internetowe wydanie „Nanfang Zhoumo”. Najpierw problemem była perfidna formuła przyjęta przez korporacje taksówkowe przy zakupie pojazdów. Otóż korporacje dawały tablice rejestracyjne do prywatnych samochodów taksówkarzy. Zatem taksówkarz wykładał grube tysiące juanów a samochód de facto był w połowie jego, a w połowie korporacji. Ta żądała jeszcze dodatkowej opłaty za „zarządzanie pojazdem w firmie” w wysokości 2.000-3.000 juanów (1.000-1.500 PLN). Sprzeczności zatem zrodziły się same.

Taki model, określany mianem guakao moshi (挂靠模式), został oficjalnie zniesiony w 2005 roku, a korporacje taksówkowe musiały odkupić od prywatnych właścicieli użytkowane jako taksówki samochody. W 2006 roku doszło jednak do sytuacji, która wywróciła „niebo i ziemię” (翻天覆地, fantian fudi). Nastąpił duży napływ kierowców taksówek z okolicznych wiosek oraz takich prowincji jak Shandong, Anhui, czy nawet odległy Heilongjiang. Miejscowi nie mogli już znaleźć pracy w taksówkarskim fachu. Firmy najmowały pracowników z biedniejszych regionów, aby zaoszczędzić na wynagrodzeniach.

W 2005 roku w Nankinie było 8.597 taksówek, które dawały ponad 10 tys. miejsc pracy. Jednak miejscowi nie mogli konkurować z tanią siłą roboczą z innych regionów Chin. Do tego umowy z korporacjami podpisywane były na 5 lat, a ceny tablic rejestracyjnych wahały się między równowartością 10 tys. PLN a 45 tys. PLN, na co z pewnością zwykły taksówkarz pozwolić sobie nie może… Do gry wkraczały więc ponownie korporacje taksówkowe. Mimo tych „ciężkich czasów”, kierowca taksówki w Nankinie zarabia przeciętnie równowartość około 3.500-4.000 PLN, a jego zmiennik od 1.500 do 2.500 PLN.

***

W Chinach, co naturalne, dzieje się dużo. Analizując „Dziennik Ludowy”, zauważyć można zmianę w oficjalnych schematach słownych, oficjalnej interpretacji zjawisk społecznych, politycznych czy gospodarczych. Często między wierszami wyczytać można ewolucję stanowiska najwyższych władz partyjno-państwowych w niektórych sprawach. Schodząc z górnolotnych teoretycznych debat na niziny, których nie boją się media z południa Chin, odnajdziemy całą paletę problemów, włącznie z morderstwami politycznymi, czy też przytoczone tu tytułem przykładu ciekawostki związane z życiem i problemami taksówkarzy. Takie Chiny to trochę inne Chiny niż przedstawiane w polskich mediach. To Chiny z życia wzięte.



5 Komentarze

  1. YLK mówi:

    Panie Dominiku, czy w artykule podane przez Pana koszty tablic nie dotycza przypadkiem Szanghaju? Z tego, co wiem, w Nankinie nie ma systemu licytacji ograniczonej ilosci tablic rejestracyjnych, jak w Szanghaju – ktory to system w spowodowal wzrost cen tablic do ok. 90tys. yuanow (czyli 45tys. zl).

  2. Darth Tadeusz mówi:

    Jeden kierowca opowiadał mi ostatnio o kupowaniu licencji na taksówkę. Okazuje się, że w Szanghaju są one stosunkowo tanie (30万), podczas gdy w okolicznych miastach przyjmują wartości wyższe, jak wzmiankowane. Może to licencje chodzi?

  3. Dominik Mierzejewski

    Dominik Mierzejewski mówi:

    Doczytałem: tak było w 2005 r. chepai’e w Nankinie chodziły po takich cenach – jak widać nie tylko w Szanghaju koszty tablic były kosmiczne.

  4. Renata mówi:

    Problemow spolecznych w Chinach jest duzo. Ja obserwuje konflikt miedzy wlascicelami mieszkan, ktorzy od 7 lat usiluja zalozyc wspolnote mieszkaniowa ( yezhu wei yuan hui) i zarzadca osiedla ( wprowadzonym przez dewelopera),firma nielegalna, rzadzaca w stylu mafijnym i zastraszajaca po koleki kazdego, czlonka grupy przygotowawczej ( chou bei zu).Metody zastraszania to: strzal z wiatrowki w okno, zniszczenie samochodu,podarowanie wienca pogrzebowego, chlusniecie w twarz rozpuszczalnikiem podczas dostaraczania kuriera, sledzenie, atrzymanie na 6 godzin przez policje za wymycie windy etc… Ciekawe jest fakt, ze lokalny rzad ( jie dao ban shi chu) , ktory wyznacza przewodniczacego chou bei zu, nie reaguje.Policja rowniez nabiera wody w usta. Osiedle jest monitorowane, ale dziwnym trafem, wszystkie tasmy z opisanych zdarzen znikaja.Konflikty miedzy wlascielami mieszkan i firmami zarzadzajacymi to jeden z powazniejszych problemow spolecznych, ktory mimo przepisow regulujacych zakladanie wspolnot i wytycznych dla lokalnego rzadu, ktory ma aktywnie wspopracowac w ich tworzeniu, jest to na razie fikcja.Mam nadzieje, ze w najblizszej przyszlosci temat ten zostanie powaznie potraktowany orzez rzad.

  5. Tao Me Ke mówi:

    Chinese dream jest bardzo prosty i zaskakujaco powszechny: zarobic/zaoszczedzic/zdobyc maksymalnie duzo kasy. Wywiezc to wszystko do USA/Canady, ewentualnie Australi. Wyemigrowac tamze, zmienic paszport, sciagnac rodzine. Nastepnie zyc dlugo i szczesliwie, z rozbawieniem obserwujac (kibicujac) zmagania pozostalych rodakow w Zhongguo.. :-) ) A najciekawsze w tym wszystkim jest to, ze podobny jak powyzej „action plan” siedzi w glowach wiekszosci obywateli PRC, niezalenie od tego czy na zewnatrz demonstruja fantyczny patriotyzm, czy tez kontestacje dla tego co aktualnie dzieje sie w kraju. Przyklady panow Bo, Wen i Xi – sa najbardziej jaskrawe, a ich prywatnych majatkow/aktywow prozno szukac w Panstwie Srodka. Sa w tych „marzeniach” zreszta zadziwiajaco podobni do swoich towarzyszy (oligarchow i nie tylko)z Rassiji… – ot, taka wspolna cecha systemow w ktorych rzadza korupcja i uklady (tu i uwdzie zwanych guanxi :-) ) )- wszystcy marza by sie sie z nich wyrwac zanim statek pojdzie na dno… Caly ten medialny i propagandowy szum about „Chinese dream”, to troche tak jak „Strategiczne partnerstwo Chin z Polska” (ale rowniez z Ghana, i z Ukraina, i Czadem i Chile…itd., itp..).. :-)

Skomentuj